29.05.2026, 21:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2026, 00:04 przez Benjy Fenwick.)
„Merlinie’’, pomyślałem, po raz kolejny, z trudem powstrzymując durny uśmieszek, który o mało co nie wykwitł na mojej zmęczonej gębie, zupełnie nieadekwatny do powagi rozwijającej się sytuacji. Młoda przedsiębiorczyni miała znacznie więcej ikry i cholernie twardej sprawczości, niż przypisywałem komukolwiek z jej kręgu towarzyskiego, była pyskata, bezczelna w obliczu zagrożenia i potwornie wygadana… O wiele bardziej, niż mogłem przypuszczać, znając ją dotychczas wyłącznie z raczej neutralnych, biznesowych gruntów i z tej jednej bardziej towarzyskiej interakcji, która też nie rzuciła akurat tego światła na charakterek kobiety - ta jej pyskówka w obliczu realnego zagrożenia życia miała w sobie coś tak absurdalnie brawurowego, że o mało nie parsknąłem śmiechem, chociaż sytuacja wciąż była daleka od bezpiecznej. Oczywiście, poza tego typu była w tym momencie niemal skrajnie samobójcza, ale nie mogłem odmówić pannie Figg jednego - miała jaja ze stali. Stała naprzeciw drapieżnika, który w przeciągu kilku sekund, bez większego wysiłku, mógł skręcić jej kark i patrzyła na niego z takim samym wyrazem twarzy, z jakim patrzyło się na nieuczciwego dostawcę przyłapanego na kreatywnej interpretacji wagi dostarczanych przez niego produktów.
Wampir jednak nie podzielał mojego nagłego zachwytu wobec elokwencji i uporu napotkanej oponentki, obrończyni praw jego kolacji - zamarł, a lubieżny, pewny siebie uśmieszek, jaki chwilę wcześniej zagościł mu na twarzy, momentalnie zgasł, zastąpiony przez wyraz czystego niedowierzania, szybko przechodząc przez kolejne etapy utraty panowania nad tym, co pokazywał niewerbalnie, czyli… We - a jakże - wkurwienie. Przez moment wyglądał, jakby naprawdę nie potrafił zdecydować, co bardziej go obrażało, sama odmowa czy sposób, w jaki została wypowiedziana, widziałem ten proces niemal namacalnie, najpierw zdziwienie, potem niedowierzanie, wreszcie coś znacznie bardziej niebezpiecznego - czysta, toksyczna furia kogoś, kto przez długie lata przywykł do natychmiastowego posłuszeństwa. Zmrużył oczy w dwie wąskie szparki, lekko unosząc górną wargę, by ponownie pokazać zakrwawione, piekielnie ostre kły - tym razem z pełnym kompletem całej reszty uzębienia. Warkot, jaki wydostał się w jego gardła, trudno byłoby niewłaściwie zinterpretować, było w tym coś niemal komicznego, wampiry lubiły kreować się na istoty opanowane, eleganckie i ponad ludzkimi emocjami, ale wystarczyło odpowiednio mocno nadepnąć im na odcisk, żeby spod warstw arystokratycznej pozy wyszło zwykłe, prymitywne zwierzę. Jeszcze chwilę temu był panem wieczoru, drapieżnikiem pewnym swojej przewagi, przekonanym, że wszystko wokół poruszało się zgodnie z jego wolą, nie był przyzwyczajony do tego, by filigranowe czarownice odpowiadały mu z taką przyganą i chłodem, jakby proponował im zepsute owoce na straganie, nie darmową wycieczkę w krainę zapomnienia. To była jedna z tych rzeczy, których większość ludzi nie dostrzegała - pijawy uwielbiały kontrolę, nie tylko nad ofiarą, ale nad całym przedstawieniem, nader wszystko kochały też bowiem teatr, chciały być centrum uwagi, reżyserem i głównym aktorem jednocześnie - uwielbiały strach, błagania, drżące głosy i spuszczone spojrzenia, karmiły się tym niemal równie chętnie, co krwią, każda rozmowa miała przebiegać według ich zasad, każdy strach miał pojawiać się dokładnie wtedy, kiedy sobie tego życzyły, a kiedy ktoś odmawiał zagrania przypisanej mu roli…
Cóż.
Kącik moich ust drgnął nieznacznie, gdy usłyszałem odpowiedź Eleonory, naprawdę nie powinienem był znajdować w tym nic zabawnego, naprawdę powinienem był zachować powagę, rozsądek podpowiadał mi przecież, że sytuacja była daleka od dogodnej, mieliśmy uzbrojonego w kły psychopatę, zakładniczkę na granicy utraty przytomności i wyjątkowo kiepskie warunki do ewentualnej walki, a jednak coś w sposobie, w jaki ten nadęty krwiopijca powoli rozpadał się emocjonalnie pod naporem kilku celnych uwag znacznie drobniejszej oponentki było zwyczajnie przekomiczne. Panna Figg, świadomie lub nie, właśnie robiła z niego lokalnego błazna - najzabawniejsze było to, że nie musiała nawet podnosić głosu ani właściwie… Właściwie nic nie musiała. Wystarczyły same komentarze, tak bardzo nieadekwatne do zagroszenia, że aż z niego kpiące.
Tak czy inaczej, wyglądało to żałośnie, nawet jeśli sama scenografia nadal przypominała film noir, nie był to już gotycki koszmar. Podmuch wiatru przeleciał przez uliczkę, poruszając połami płaszczy i posyłając liście wokół stóp wampira, w słabym świetle latarni jego twarz wydała się jeszcze bledsza niż wcześniej, martwa, nienaturalnie napięta, i wtedy… W oczach mężczyzny zabłyszczała mieszanina furii i czegoś znacznie mniej przyjemnego - rozpoznania, gdyż… W końcu mnie zauważył, naprawdę zauważył - nie jako przypadkowego przechodnia, nie jako kolejne danie do skonsumowania po dwóch kobietach, lecz zdecydowanie jako konkretnego, uprzednio problematycznego człowieka stojącego tuż obok osoby, która właśnie potraktowała go jak natrętnego akwizytora pukającego do drzwi o siódmej rano. Nie dało się ukryć - stanowiliśmy bardzo wkurwiającą parę, lecz pod tym wszystkim dało się wyczuć coś jeszcze. Obawę? Strach…?
- Ty… Znowu ty. - Syknął w moim kierunku, obnażając kły tak mocno, że blade mięśnie jego szczęki napięły się niezdrowo pod cienką jak pergamin skórą, zaś na skrwawionych wargach zbąbliła się ślina, jeszcze bardziej upodabniając go do wściekłego zwierzęcia, z każdą chwilą coraz bardziej tracił swój szlachecki blichtr - cofnął się o krok, ciągnąc za sobą otumanioną dziewczynę, która niemal potknęła się o własne buty, lecz zamiast wylądować na ziemi, rozdarła mu palcami rąbek rękawa „drogiego” płaszcza, nieudolnie go chwytając. Jeszcze moment temu robił za tajemniczego księcia nocy, ale teraz…
Jego górna warga drgnęła. Przez krótką, dziwnie rozciągniętą sekundę nikt się nie poruszył, powietrze zgęstniało jednak od napięcia tak bardzo, że niemal czułem je na języku, metaliczne i ciężkie, pachnące jak krew spływającą po szyi półprzytomnej ofiary. Gdzieś w oddali zaszczekał pies, ktoś trzasnął drzwiami, szyld nad jednym ze sklepów zaskrzypiał na wietrze, normalne odgłosy miasta wydawały się jednak absurdalnie odległe od niewielkiego skrawka ulicy, na którym staliśmy. Wystarczył jeden gwałtowny ruch, jedno szarpnięcie nerwów, a sytuacja mogła zmienić się w regularną jatkę…
- Tak, wiem. Stlasznie nieslęszne. Gdzie się człowiek nie obejszy, tam ja. Gdybym był pszesądny, zacząłbym podejszewaś, sze wszechświat plóbuje ci coś zasugelowaś. - Westchnąłem ciężko, bardziej ze zmęczenia niż z irytacji, chociaż tej drugiej również mi nie brakowało - naprawdę zaczynałem mieć dość sytuacji, w których różnej maści krwiożercze indywidua rozpoznawały mnie szybciej, niż życzyłbym sobie tego, patrząc na dosyć zdrowy rozsądek i „przezorne” zachowanie, jakie starałem się wdrażać w moją nową codzienność. Przekrzywiłem lekko głowę, nie spuszczając go z oczu nawet na ułamek sekundy - ten typ był szybki, znacznie szybszy od przeciętnego człowieka, a kiedy wpadał w szał, stawał się również nieprzewidywalny, co byłoby znacznie bardziej zabawne, gdyby nie fakt, iż we dwóch mieliśmy tu jeszcze towarzystwo - właśnie dlatego nie ruszyłem się od razu do przodu - między odwagą a głupotą przebiegała bardzo cienka granica, a ja nie miałem najmniejszego zamiaru jej dzisiaj przekraczać. No… Przynajmniej nie bardziej, niż było to absolutnie konieczne.
- Moszesz - rzuciłem zamiast robić krok do przodu, wykonując wolną dłonią ruch mający na celu wskazanie jednej i drugiej kobiety - daś jusz spokój - cóż, nie wydawało mi się, by Nora zrezygnowała z wizji akcji ratunkowej, więc kolejne słowo było już konsekwencją decyzji, jaka znowu nie została przeze mnie, dokładnie tak jak poprzednio, podjęta; ja byłem tu wyłącznie egzekutorem - paniom? - Tak ładnie prosiliśmy, prawda?
Słysząc te słowa, krwiopijca przez krótką chwilę trwał jeszcze w bezruchu, zaciskając palce wokół ramienia swojej ofiary, jak gdyby rozważał, czy nie zrobić z nią czegoś znacznie gorszego, mierząc nas chłodnym, wyraźnie wrogim spojrzeniem, po czym nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, rozluźnił uścisk i wypuścił ją tak gwałtownie, jakby stracił nią wszelkie zainteresowanie. Dziewczyna zachwiała się i niemal runęła na ziemię, podczas gdy on, bez dalszego słowa, zupełnie jak poprzednio, wycofał się w mrok alejki za jego plecami. Cóż… Nie można mu było odmówić schematu działania - kolejny raz zachował się dokładnie tak samo, pozostawiając nas z konsekwencjami czegoś, co mogło się skończyć znacznie gorzej.
Wampir jednak nie podzielał mojego nagłego zachwytu wobec elokwencji i uporu napotkanej oponentki, obrończyni praw jego kolacji - zamarł, a lubieżny, pewny siebie uśmieszek, jaki chwilę wcześniej zagościł mu na twarzy, momentalnie zgasł, zastąpiony przez wyraz czystego niedowierzania, szybko przechodząc przez kolejne etapy utraty panowania nad tym, co pokazywał niewerbalnie, czyli… We - a jakże - wkurwienie. Przez moment wyglądał, jakby naprawdę nie potrafił zdecydować, co bardziej go obrażało, sama odmowa czy sposób, w jaki została wypowiedziana, widziałem ten proces niemal namacalnie, najpierw zdziwienie, potem niedowierzanie, wreszcie coś znacznie bardziej niebezpiecznego - czysta, toksyczna furia kogoś, kto przez długie lata przywykł do natychmiastowego posłuszeństwa. Zmrużył oczy w dwie wąskie szparki, lekko unosząc górną wargę, by ponownie pokazać zakrwawione, piekielnie ostre kły - tym razem z pełnym kompletem całej reszty uzębienia. Warkot, jaki wydostał się w jego gardła, trudno byłoby niewłaściwie zinterpretować, było w tym coś niemal komicznego, wampiry lubiły kreować się na istoty opanowane, eleganckie i ponad ludzkimi emocjami, ale wystarczyło odpowiednio mocno nadepnąć im na odcisk, żeby spod warstw arystokratycznej pozy wyszło zwykłe, prymitywne zwierzę. Jeszcze chwilę temu był panem wieczoru, drapieżnikiem pewnym swojej przewagi, przekonanym, że wszystko wokół poruszało się zgodnie z jego wolą, nie był przyzwyczajony do tego, by filigranowe czarownice odpowiadały mu z taką przyganą i chłodem, jakby proponował im zepsute owoce na straganie, nie darmową wycieczkę w krainę zapomnienia. To była jedna z tych rzeczy, których większość ludzi nie dostrzegała - pijawy uwielbiały kontrolę, nie tylko nad ofiarą, ale nad całym przedstawieniem, nader wszystko kochały też bowiem teatr, chciały być centrum uwagi, reżyserem i głównym aktorem jednocześnie - uwielbiały strach, błagania, drżące głosy i spuszczone spojrzenia, karmiły się tym niemal równie chętnie, co krwią, każda rozmowa miała przebiegać według ich zasad, każdy strach miał pojawiać się dokładnie wtedy, kiedy sobie tego życzyły, a kiedy ktoś odmawiał zagrania przypisanej mu roli…
Cóż.
Kącik moich ust drgnął nieznacznie, gdy usłyszałem odpowiedź Eleonory, naprawdę nie powinienem był znajdować w tym nic zabawnego, naprawdę powinienem był zachować powagę, rozsądek podpowiadał mi przecież, że sytuacja była daleka od dogodnej, mieliśmy uzbrojonego w kły psychopatę, zakładniczkę na granicy utraty przytomności i wyjątkowo kiepskie warunki do ewentualnej walki, a jednak coś w sposobie, w jaki ten nadęty krwiopijca powoli rozpadał się emocjonalnie pod naporem kilku celnych uwag znacznie drobniejszej oponentki było zwyczajnie przekomiczne. Panna Figg, świadomie lub nie, właśnie robiła z niego lokalnego błazna - najzabawniejsze było to, że nie musiała nawet podnosić głosu ani właściwie… Właściwie nic nie musiała. Wystarczyły same komentarze, tak bardzo nieadekwatne do zagroszenia, że aż z niego kpiące.
Tak czy inaczej, wyglądało to żałośnie, nawet jeśli sama scenografia nadal przypominała film noir, nie był to już gotycki koszmar. Podmuch wiatru przeleciał przez uliczkę, poruszając połami płaszczy i posyłając liście wokół stóp wampira, w słabym świetle latarni jego twarz wydała się jeszcze bledsza niż wcześniej, martwa, nienaturalnie napięta, i wtedy… W oczach mężczyzny zabłyszczała mieszanina furii i czegoś znacznie mniej przyjemnego - rozpoznania, gdyż… W końcu mnie zauważył, naprawdę zauważył - nie jako przypadkowego przechodnia, nie jako kolejne danie do skonsumowania po dwóch kobietach, lecz zdecydowanie jako konkretnego, uprzednio problematycznego człowieka stojącego tuż obok osoby, która właśnie potraktowała go jak natrętnego akwizytora pukającego do drzwi o siódmej rano. Nie dało się ukryć - stanowiliśmy bardzo wkurwiającą parę, lecz pod tym wszystkim dało się wyczuć coś jeszcze. Obawę? Strach…?
- Ty… Znowu ty. - Syknął w moim kierunku, obnażając kły tak mocno, że blade mięśnie jego szczęki napięły się niezdrowo pod cienką jak pergamin skórą, zaś na skrwawionych wargach zbąbliła się ślina, jeszcze bardziej upodabniając go do wściekłego zwierzęcia, z każdą chwilą coraz bardziej tracił swój szlachecki blichtr - cofnął się o krok, ciągnąc za sobą otumanioną dziewczynę, która niemal potknęła się o własne buty, lecz zamiast wylądować na ziemi, rozdarła mu palcami rąbek rękawa „drogiego” płaszcza, nieudolnie go chwytając. Jeszcze moment temu robił za tajemniczego księcia nocy, ale teraz…
Jego górna warga drgnęła. Przez krótką, dziwnie rozciągniętą sekundę nikt się nie poruszył, powietrze zgęstniało jednak od napięcia tak bardzo, że niemal czułem je na języku, metaliczne i ciężkie, pachnące jak krew spływającą po szyi półprzytomnej ofiary. Gdzieś w oddali zaszczekał pies, ktoś trzasnął drzwiami, szyld nad jednym ze sklepów zaskrzypiał na wietrze, normalne odgłosy miasta wydawały się jednak absurdalnie odległe od niewielkiego skrawka ulicy, na którym staliśmy. Wystarczył jeden gwałtowny ruch, jedno szarpnięcie nerwów, a sytuacja mogła zmienić się w regularną jatkę…
- Tak, wiem. Stlasznie nieslęszne. Gdzie się człowiek nie obejszy, tam ja. Gdybym był pszesądny, zacząłbym podejszewaś, sze wszechświat plóbuje ci coś zasugelowaś. - Westchnąłem ciężko, bardziej ze zmęczenia niż z irytacji, chociaż tej drugiej również mi nie brakowało - naprawdę zaczynałem mieć dość sytuacji, w których różnej maści krwiożercze indywidua rozpoznawały mnie szybciej, niż życzyłbym sobie tego, patrząc na dosyć zdrowy rozsądek i „przezorne” zachowanie, jakie starałem się wdrażać w moją nową codzienność. Przekrzywiłem lekko głowę, nie spuszczając go z oczu nawet na ułamek sekundy - ten typ był szybki, znacznie szybszy od przeciętnego człowieka, a kiedy wpadał w szał, stawał się również nieprzewidywalny, co byłoby znacznie bardziej zabawne, gdyby nie fakt, iż we dwóch mieliśmy tu jeszcze towarzystwo - właśnie dlatego nie ruszyłem się od razu do przodu - między odwagą a głupotą przebiegała bardzo cienka granica, a ja nie miałem najmniejszego zamiaru jej dzisiaj przekraczać. No… Przynajmniej nie bardziej, niż było to absolutnie konieczne.
- Moszesz - rzuciłem zamiast robić krok do przodu, wykonując wolną dłonią ruch mający na celu wskazanie jednej i drugiej kobiety - daś jusz spokój - cóż, nie wydawało mi się, by Nora zrezygnowała z wizji akcji ratunkowej, więc kolejne słowo było już konsekwencją decyzji, jaka znowu nie została przeze mnie, dokładnie tak jak poprzednio, podjęta; ja byłem tu wyłącznie egzekutorem - paniom? - Tak ładnie prosiliśmy, prawda?
Słysząc te słowa, krwiopijca przez krótką chwilę trwał jeszcze w bezruchu, zaciskając palce wokół ramienia swojej ofiary, jak gdyby rozważał, czy nie zrobić z nią czegoś znacznie gorszego, mierząc nas chłodnym, wyraźnie wrogim spojrzeniem, po czym nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, rozluźnił uścisk i wypuścił ją tak gwałtownie, jakby stracił nią wszelkie zainteresowanie. Dziewczyna zachwiała się i niemal runęła na ziemię, podczas gdy on, bez dalszego słowa, zupełnie jak poprzednio, wycofał się w mrok alejki za jego plecami. Cóż… Nie można mu było odmówić schematu działania - kolejny raz zachował się dokładnie tak samo, pozostawiając nas z konsekwencjami czegoś, co mogło się skończyć znacznie gorzej.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)