30.05.2026, 15:49 ✶
Ceolsige nie spieszyła się. Z właściwym sobie, cierpliwym spokojem stała na skraju wrzosowiska, pozwalając Helloise na jej własną, intymną celebrację tej chwili. Gdy Hela wreszcie odwróciła się, z palcami wciąż spoczywającymi na chropowatym nacięciu kory, błękitne oczy Ceolsige rozbłysły. Na jej twarzy wykwitł wyraz głębokiego, niemal triumfalnego zadowolenia. To było to specyficzne zadowolenie z trafionego prezentu lub bardzo udanej transakcji z osobę wobec, której żywiło się pewną prywatną sympatię.
— Bezpieczną ścieżkę można odkryć tylko wchodząc w tym konkretnym miejscu — powiedziała cicho, a jej melodyjny głos spłynął między drzewa. W jej głosie wyczuwalna była nutka empatii, która podsunęła jej potrzebę wyjaśnienia czemu sekret był tak długo ukryty przed wiedźmą. Pomyślała, że w gruncie rzeczy, dla Helloise cały las mógł wyglądać podobnie bezpiecznie jak ta ścieżka do czasu pojawienia się widm.
Poprawiła skórzaną torbę, upewniając się, że cenny plik notatek jest bezpieczny, i zdecydowanym krokiem ruszyła za Helloise.
Obserwowanie czarownicy w jej naturalnym środowisku było dla Ceolsige fascynującym doświadczeniem. Miałą wrażenie, że Helloise bardziej zanurzała się w las niż przez niego szła. Rdzawe i ochrowe kolory jej szat doskonale współgrały z kolorystyką kniei. Dodatkowo gałęzie dębów i gęste zarośla zdawały się rozlewać wokół jej sylwetki. Jakby delikatnie gładziły wnikającą w nie postać. Doświadczenie Ceolsige było… znacznie bardziej fizyczne. Dla dziewczyny wychowanej w kamiennych zaułkach Nokturnu i salonach czystokrwistych rodów, dzika gęstwina stawiała bardziej rzeczywisty opór, który należało pokonać. Musiała raz po raz unosić dłonie, by rozsuwać natrętne, suche gałązki, i schylać głowę pod grubszymi konarami, które bezczelnie próbowały strącić jej elegancki kapelusz.
— Nie lubię rozczarowywać dobrych kontrachentów. — podjęła Ceolsige, z łatwością zachowując nienaganny, konwersacyjny ton, mimo, że właśnie jej szeroki obcas ugrzązł w zdradzieckim mchu.
Straciła na moment równowagę, a jej ramię przechyliło się niebezpiecznie w bok. Z cichym, urwanym westchnieniem oparła się dłońmi o wilgotną, pokrytą porostami korę pobliskiego dębu. Chłód drewna natychmiast przeniknął przez skórę, ale czarownica tylko uśmiechnęła się pod nosem, prostując się z nienaganną gracją i ruszając dalej, ostrożniej badając czubkami butów nierówną ściółkę.
— Pracowałam nad tym od pewnego czasu. Moje poszukiwania… cóż, natrafiłam na trop dawnej bitwy i sir Wilhelma, który poległ na tutejszej polanie setki lat temu. Jego żona, chcąc opłakiwać go w spokoju, zabezpieczyła ścieżkę i oznaczyła dęby nasączonymi magią nacięciami. To te symbole, które przed chwilą dotykałaś. Jak widzisz, przekazy w tym zakresie okazały się prawdziwe, a ścieżka rzeczywiście istnieje. Liczyłam, że przyjdę do ciebie z gotową mapą i zaproszeniem na spacer… ale jak widać, dałam się przyłapać na gorącym uczynku przygotowań. - Uśmiechnęła się z niewielką przekorą przechodząc pod kolejnym konarem.
Przeszły jeszcze kilkadziesiąt kroków, mijając po drodze liczne symbole znaczące bezpieczną ścieżkę. Ceolsige ściszyła nieco swój melodyjny głos, nadając mu nastrojowego, niemal konspiracyjnego tonu.
— Jest jednak coś jeszcze, moja droga. Dawne podania i zapiski, do których dotarłam, wspominają, że na samym miejscu pochówku Wilhelma można odnaleźć coś niezwykle cennego. Prawdziwy skarb, który jego żona powierzyła ziemi. Zabezpieczyła go jednak w taki sposób, że zwykła łopata czy zaklęcie przyciągające na nic się nie zdadzą. Aby ziemia dobrowolnie oddała to, co w niej złożono, na miejscu należy przeprowadzić stary rytuał. Potrzeba do tego współpracy z kimś, kto autentycznie rozumie ten las, czuje jego puls i potrafi rozmawiać językiem drzew. Pomyślałam więc… że nikt w całej Anglii nie nadawałby się do tego zadania lepiej niż ty.
Zatrzymała się na moment, pozwalając, by jej słowa odpowiednio wybrzmiały w gęstwinie. Posłała Helloise długie, baczne spojrzenie spod ronda swojego eleganckiego kapelusza.
- Oczywiście pod warunkiem, że polana rzeczywiście tam będzie i miałabyś ochotę na bliższą konwersację z naturą w celu uchylenia nam rąbka tajemnicy.
— Bezpieczną ścieżkę można odkryć tylko wchodząc w tym konkretnym miejscu — powiedziała cicho, a jej melodyjny głos spłynął między drzewa. W jej głosie wyczuwalna była nutka empatii, która podsunęła jej potrzebę wyjaśnienia czemu sekret był tak długo ukryty przed wiedźmą. Pomyślała, że w gruncie rzeczy, dla Helloise cały las mógł wyglądać podobnie bezpiecznie jak ta ścieżka do czasu pojawienia się widm.
Poprawiła skórzaną torbę, upewniając się, że cenny plik notatek jest bezpieczny, i zdecydowanym krokiem ruszyła za Helloise.
Obserwowanie czarownicy w jej naturalnym środowisku było dla Ceolsige fascynującym doświadczeniem. Miałą wrażenie, że Helloise bardziej zanurzała się w las niż przez niego szła. Rdzawe i ochrowe kolory jej szat doskonale współgrały z kolorystyką kniei. Dodatkowo gałęzie dębów i gęste zarośla zdawały się rozlewać wokół jej sylwetki. Jakby delikatnie gładziły wnikającą w nie postać. Doświadczenie Ceolsige było… znacznie bardziej fizyczne. Dla dziewczyny wychowanej w kamiennych zaułkach Nokturnu i salonach czystokrwistych rodów, dzika gęstwina stawiała bardziej rzeczywisty opór, który należało pokonać. Musiała raz po raz unosić dłonie, by rozsuwać natrętne, suche gałązki, i schylać głowę pod grubszymi konarami, które bezczelnie próbowały strącić jej elegancki kapelusz.
— Nie lubię rozczarowywać dobrych kontrachentów. — podjęła Ceolsige, z łatwością zachowując nienaganny, konwersacyjny ton, mimo, że właśnie jej szeroki obcas ugrzązł w zdradzieckim mchu.
Straciła na moment równowagę, a jej ramię przechyliło się niebezpiecznie w bok. Z cichym, urwanym westchnieniem oparła się dłońmi o wilgotną, pokrytą porostami korę pobliskiego dębu. Chłód drewna natychmiast przeniknął przez skórę, ale czarownica tylko uśmiechnęła się pod nosem, prostując się z nienaganną gracją i ruszając dalej, ostrożniej badając czubkami butów nierówną ściółkę.
— Pracowałam nad tym od pewnego czasu. Moje poszukiwania… cóż, natrafiłam na trop dawnej bitwy i sir Wilhelma, który poległ na tutejszej polanie setki lat temu. Jego żona, chcąc opłakiwać go w spokoju, zabezpieczyła ścieżkę i oznaczyła dęby nasączonymi magią nacięciami. To te symbole, które przed chwilą dotykałaś. Jak widzisz, przekazy w tym zakresie okazały się prawdziwe, a ścieżka rzeczywiście istnieje. Liczyłam, że przyjdę do ciebie z gotową mapą i zaproszeniem na spacer… ale jak widać, dałam się przyłapać na gorącym uczynku przygotowań. - Uśmiechnęła się z niewielką przekorą przechodząc pod kolejnym konarem.
Przeszły jeszcze kilkadziesiąt kroków, mijając po drodze liczne symbole znaczące bezpieczną ścieżkę. Ceolsige ściszyła nieco swój melodyjny głos, nadając mu nastrojowego, niemal konspiracyjnego tonu.
— Jest jednak coś jeszcze, moja droga. Dawne podania i zapiski, do których dotarłam, wspominają, że na samym miejscu pochówku Wilhelma można odnaleźć coś niezwykle cennego. Prawdziwy skarb, który jego żona powierzyła ziemi. Zabezpieczyła go jednak w taki sposób, że zwykła łopata czy zaklęcie przyciągające na nic się nie zdadzą. Aby ziemia dobrowolnie oddała to, co w niej złożono, na miejscu należy przeprowadzić stary rytuał. Potrzeba do tego współpracy z kimś, kto autentycznie rozumie ten las, czuje jego puls i potrafi rozmawiać językiem drzew. Pomyślałam więc… że nikt w całej Anglii nie nadawałby się do tego zadania lepiej niż ty.
Zatrzymała się na moment, pozwalając, by jej słowa odpowiednio wybrzmiały w gęstwinie. Posłała Helloise długie, baczne spojrzenie spod ronda swojego eleganckiego kapelusza.
- Oczywiście pod warunkiem, że polana rzeczywiście tam będzie i miałabyś ochotę na bliższą konwersację z naturą w celu uchylenia nam rąbka tajemnicy.