Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że byłem jedną z tych osób, których wizyty Brenna się nie spodziewała. Sam zresztą również jej nie planowałem. Gdyby nie pewne wydarzenia, informacje które do mnie dotarły w ostatnich dniach, moje stopy nieprędko dotknęłyby tej ziemi. O ile w ogóle, kiedykolwiek. Najwyraźniej mimo upływu czasu, zmian które zaszły w łączącej nas relacji, nie można było powiedzieć aby Longbottom przestała być dla mnie kimś... w pewnym sensie istotnym. Nie, żebym był chętny się do tego przyznać. Zwłaszcza na głos. Prawdopodobnie jednak nie było takiej potrzeby.
Złapałem jabłko, które poszybowało w moim kierunku. Obróciłem w dłoni. Skierowałem wreszcie do ust, żeby odgryźć kawałek. Przerzuć, przełknąć.
- Macie tutaj jedynie kilka gościszy, ale ich obecność niczyjej uwadzę chyba nie umknęła. - Odpowiadam na zadane pytanie, zarazem nie informując o tym jaki był rzeczywisty cel mojej wizyty. Cóż. Odrobina owijania w bawełnę jeszcze nikogo nie zabiła? Albo przynajmniej sam nie spotkałem się z takim przypadkiem. Ewentualnie tego przypadku nie byłem świadomy. - Wyglądają na całkiem zadowolone i chyba nawet trochę przekarmione. - Dodaje, jakby faktycznie był to temat, który zamierzałem poruszyć podczas wizyty. Theon Yaxley, pierwszy czarodziej walczący o odpowiednią dietę dla gościszy, czyż to nie brzmi dumnie? Kiedyś będą mogli umieścić to na moim nagrobku. Oczywiście nie wcześniej niż za jakieś 60 lat. Co najmniej. Za więcej obrażać się nie zamierzam.
Decyduje się na kolejnego gryza, później jeszcze jednego. Pozwalam sobie też przyjrzeć się Brennie. Dawno jej takiej nie widziałem. Jakby dużo młodszej, choć przecież lat na karku nie miała wiele. Można było na moment zapomnieć o tym, że stała po przeciwnej stronie barykady. Oczywiście nie byłby to moment szczególnie długi.
- Słyszałem, że mieliście ostatnio sporo roboty. - Zauważam pomiędzy kilkoma kolejnymi gryzami. Jabłka ubywa coraz bardziej wraz z kolejną sekundą, minutą. - I że ponoć zasłużyłaś sobie na krótki urlop. - Ot, niby zwykła rozmowa. Pytanie zadane lekkim tonem. Choć może ton ten brzmiał trochę tak, jakby utrzymywany był na siłę.
Odsuwam się od drzewa, o które byłem dotąd oparty, nieśpiesznie ruszam w kierunku huśtawki. Po drodze rzucam gdzieś za siebie ogryzek jabłka. Nie zajęło mi dużo czasu, żeby się nim zająć. Zjeść, jeśli nazwiemy rzeczy po imieniu. Kątem oka udaje mi się zauważyć dwa gościsze, które zabijając się o własne, tłuste nóżki, rzucają się w kierunku posiłku. Prawdopodobnie nie pierwszego w tym dniu.
Wyczekując odpowiedni moment, również zajmuje miejsce na drewnianej huśtawce. Zamiast na samą Brennę, patrzę teraz przed siebie. Na to, co znajduje się przed nami. Drzewa. Budynek. Pewnie jakiś drewniany stół, być może z drewnianymi ławkami do kompletu. Nic czego nie można byłoby spotkać również w przypadku posiadłości Yaxleyów zlokalizowanej w północnej Walii. Dużo czasu minęło odkąd ostatni raz odwiedziłem tam rodziców.