Obserwować jak Vulcor z ciekawością odkrywa, że oto faktycznie wrócił do domu – to była prawdziwa nagroda. Leviathan nigdy nie popierał trzymania zwierząt w warunkach, które dalekie były od ich naturalnego środowiska, ale wysokie sufity rodowej posiadłości Averych, zdawały się mieścić w sobie tyle przestrzeni, by nawet smoczogniki mogły poczuć się tutaj swobodnie. Mogły rozłożyć skrzydła i wzbić się do lotu, a jeśli odpowiednia ilość drzwi zostałaby otworzona na przestrzał, to wyszłaby z tego całkiem sporych rozmiarów prosta, którą można było tym lotem pokonać. Widać też było, że jaszczurka czuła się jak u siebie, z właściwą dla siebie zaczepnością zwiedzając kolejne znajome kąty i miejsca, jakby upewniając się ze wszystko jest dokładnie tak jak to zapamiętała. Mimowolnie na ten widok, na twarzy Rowle'a pojawił się delikatny uśmiech.
Kiwną głową na jej zgodę, ale w oczach czaiła się jakaś czujność, jakby nie był do końca pewien czy faktycznie mogła to zrobić, albo czy dalej nie pojawią się konkretne warunki. Cóż, te przyszły, ale ciężko było stwierdzić że były niezwykle wygórowane, bo plasowały się raczej w kategorii tych w pełni akceptowalnych. Przynajmniej dla niego.
— Będzie wisiał u mnie w domu. W Ostoi — wydawało mu się to o wiele lepsze miejsce niż rodowa posiadłość, szczególnie kiedy Astoria nie była do końca pewna swojej sztuki. Zawsze uważała ją za niedokończoną i niepełną, nawet jeśli według innych całość wydawała się skończona. Mógł zrobić przynajmniej tyle, ze faktycznie miałby ten obraz tylko dla siebie. I dla tych, których mógłby do niego zabrać. — Do czego? Cóż, na ten moment do niczego konkretnego. Ale to niepewne czasy i wychodzę z założenia, że czasem wypada mieć parę sztuczek w rękawie… — prawda nie leżała daleko od tego, co właśnie jej powiedział. Obraz miał stanowić dla niego zabezpieczenie. Może z czasem znalazłby coś, co mógłby w nim schować. — Swoją drogą, można do waszych obrazów wejść, ale czy istnieje możliwość, dajmy na to, namalować dwa prowadzące do tego samego miejsca i przechodzić między nimi? — zainteresował się, tknięty nagle jakąś myślą. Gdyby tak, zaproponowałby jej pewnie, żeby drugi znajdował się u niej.
— Jajkiem? — ściągnął nieznacznie brwi, śledząc jej kolejne ruchy. To, jak odwraca się ku jednej z komód i wysunęła z niej szufladę, wyjmując z niej niewielkie zawiniątko. Kiedy rozchyliła tkaninę, przez chwilę obserwował uważnie zawartość. — Tak, coś takiego — mruknął i wziął jajo do ręki, oglądając je uważnie. — Znalazłem ostatnio u siebie coś podobnego. Co prawda okazy były inne, ale też pochodzące ze wschodu. To ptasie jajo, dokładniej sowy. Cichy, spokojny okaz, który jest mistrzem kamuflażu. Jeśli chcesz je zatrzymać, należy umieścić je w ściółce i odczekać dobę, żeby zareagowało na otoczenie. Potem powinno zacząć się wykluwać.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast