Wood trochę zgubiła wątek, zamyśliła się na moment, dała im sobie przedyskutować sprawy rodzinne. Mrugnęła i dotarło do niej, że rozmawiają o jakiejś koronie z włosów. Rzeczywiście coraz mniej z tego wszystkiego rozumiała. Zdecydowanie nie nadążała za rodzeństwem Longbottom.
Heather przeniosła spojrzenie na Brenne, albo jej się wydawało, albo ta zamiauczała? Zmrużyła oczy i przyglądała się uważnie Longbottom, co się tutaj działo? Dlaczego oni porozumiewali się między sobą w ten sposób. Nie znalazła jednak odpowiedzi na te pytania. Podpyta Charliego, czy to u nich normalne. Skoro z nimi mieszka, to pewnie trochę ich poznał - będzie mógł jej opowiedzieć co nieco na temat relacji rodzeństwa. Brennę niby sama znała - w końcu trochę już ze sobą pracowały, jednak jeszcze nie zdarzyło jej się, żeby przy niej wydawała kocie dźwięki. Dziwny to był dzień - naprawdę.
- Pewnie i ułatwia, ale jakbyś miała rzygać przy każdym teleportowaniu się, to pewnie też byś jej nie lubiła. - Powiedziała dosyć bezpośrednio. Za to nienawidziła tego środka transportu, zdarzało jej się, że ktoś ją zabierał w ten sposób, jednak za każdym razem kończyło się to tak samo. Przypomniała sobie o tym, jak dwa razy zwymiotowała na Camerona, kiedy Charlie ich ostatnio teleportował. Na samą myśl o tym ścisnęło ją w żołądku.
- Woaaa - Wydała z siebie dźwięk zachwytu. - Zmieniasz się w wilka? To budzi respekt. - Gdyby ona została animagiem, to pewnie przytrafiłoby się jej zwierzątko typu kaczka, fretka, czy inne małe gówno, z którego inni by się naśmiewali, dałaby sobie rękę uciąć.
- Ktoś rzucił urok... W sumie tylko kto mogłby chcieć Wam zaszkodzić, chyba nie ma kogoś, kto by Was nie lubił. - Miała wrażenie, że rodzeństwa Longbottom nie da się po prostu nie lubić. Byli takimi osobami, które wydawały się chcieć pomóc wszystkim, odbierała ich też jako bardzo dobrodusznych, dlaczego ktoś by miał rzucić na nich urok? Nie mogła znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
Wood była sportowcem, może na emeryturze, ale jednak sportowcem. Rzadko kiedy pozwalała sobie na używki typu tytoń, czy inne rzeczy do palenia, czasem alkohol, jednak papierosów i innych takich unikała jak ognia. Musiała dbać o swoją kondycję, gdyby miała kiedyś wrócić do quidditcha. - Nie jesteś już taki młody, przemyśl czy warto się tym truć... - Powiedziała jeszcze, kiedy wychodziła do Erika.
Jeszcze chwila i będą mogli wzbić się w powietrze. Droga powina minąć im szybko. Sprawdziła jeszcze, czy dobrze przytwierdziła swoją część zapasów do miotły, aby ich przypadkiem nie zgubić, wszystko wyglądało dobrze. Mogli ruszać, skoro Erik do niej dołączył. - Jasne Brenna, pojawię się w takim wypadku jutrp, przed tym wszystkim.- Powiedziała jeszcze do swojej partnerki.
- Przystanki są niepotrzebne, przecież to krótka trasa. - Miała nadzieję, że dla niego też. - To świetny pomysł, polecimy więc główną drogą, a później poprowadź mnie skrótem. - Wood usiadła na miotłe, odbiła się nogami od ziemi i wzbiła w powietrze. Mogli już lecieć. Była gotowa, aby wyruszyć w tą podniebną podróż.Nie obawiała się, że ktoś mógłby im przeszkodzić, bo na sklepieniu niebieskim nie miała sobie równych. Może i było to trochę próżne myślenie, jednak uważała je za prawdziwe. Śmierciożercy na pewno nie mieli wśród swoich takiego świetnego lotnika, chociaż może, w końcu i zdarzali się czystokrwiści czarodzieje, którzy grali zawodowo, jakby ten Lestrange, którego nie znosiła. Nie wydawało jej się jednak, że i on by sobie z nią poradził.