02.06.2026, 19:34 ✶
O dwójce różdżkarzy wałęsających się po lesie z pewnością dałoby się ułożyć przynajmniej kilka przyzwoitych żartów, ale wyglądało na to, że żadne z nich nie miało dziś ochoty odbierać pracy lokalnym komediantom i komikom. Wielka to była szkoda.
Przytaknęła rudzielcowi, na powitanie trącając go swoim koszyczkiem.
— Tak. Mogę okryć twarz szalem, jeśli wolisz. Nie mam z tym problemu.
Machając mu przed oczami białym szalem, mówiła całkowicie poważnie. Ich obawy również były całkowicie poważne. Nie spodziewała się wprawdzie ujrzeć pomiędzy drzewami ani Garricka odzianego w markowe kalosze, ani Mykewa w kapeluszu grzybiarza, ale doświadczenie podpowiadało jej, że do wywołania rodzinnego kryzysu nie potrzeba obecności rodziny – wystarczyła jedna osoba o odpowiednio luźnym stosunku do prawdy.
A potem kostki domina toczyły się same.
System ploteczkowy działał w Londynie pod tym względem stosunkowo sprawnie; brał dwójkę ludzi stojących obok siebie i po kilku dniach oddawał historię o zakazanej przyjaźni, skandalu, złamanych tradycjach i innych rzeczach, które namiętnie targały sercami nieświadomych słuchaczy. Żadne z nich nie miało na to ani czasu, ani chęci. Chociaż Savaš czas może i miał.
Powiodła za jego spojrzeniem utkniętym pomiędzy splątanymi gałęziami głogu, tak jakby Savasowa przyjaciółka miała tam właśnie na nich czekać, witając darem mleka z żołędziami.
— Baba Jagodowa? — powtórzyła powoli, obracając nazwę w ustach tak, jakby sprawdzała, czy nie pomyliła jej z własnym głodem albo inną przykrą konsekwencją pominiętego obiadu. — Uprzedź mnie następnym razem. Przyniosę guziki. Mam ich absurdalnie dużo.
Sroka-graciarka taka jak Ollivander zwykle niechętnie rozstawała się ze swoimi zbiorami – zwłaszcza tymi, którym przez lata zdążyła przypisać wartość znacznie większą niż wskazywałby zdrowy rozsądek ale! Dla leśnej istoty o tak konkretnej i niegroźnie ekscentrycznej reputacji byłaby skłonna pójść na ustępstwa. W ostatecznym rozrachunku negocjowanie z kimś, kto otwarcie oczekuje guzików, wydawało się znacznie bardziej klarownym układem niż większość pertraktacji prowadzonych na Nokturnie z tłustowłosymi łotrami.
Całkiem zaintrygowana, chciała nawet wypytać go o ten głóg i kilka innych różdżkarskich tajemnic, ale nastrój ostrzeżeń i mrocznych niedopowiedzeń rozpuścił się szybko pod naporem jego rozbawienia. Timmy cmoknęła tylko cicho, niespecjalnie urażona rybciowymi obelgami.
— Najciemniej pod latarnią, mój drogi — trudno było stwierdzić czy o czymś konkretnym teraz mówiła, czy po prostu się mądrzyła się jakby chciała przekazać mu wiedzę leciwszą od większości znanych im instytucji. A te w Wielkiej Brytanii były cholernie stare.
Pod starym bukiem, pośród mchu w kolorze strawionych przez wodne stwory, alg, wyrósł prawdziwek, acz podejrzanie spokojnie, jakby od początku wiedział, że prędzej czy później ktoś gagatka znajdzie.
Septima przykucnęła nad grzybim kapeluszem i przez krótką chwilę przyglądała mu się z rozwagą, choć kontrola jakości błyskawicznie odnalazła defekt. Pod kapeluszem nie było znajomej, bladej gąbki!
Szatan! Bezczelny Szatan!
Wyprostowała się powoli, z niechęcią wypisaną na facjacie i otrzepała dłonie z ziemi. Teraz każdy grzyb wyda jej się podejrzany.
— Ale nie czujesz tego? — nie ruszyła dalej, ale przystanęła na chwilę, pławiąc się w milczeniu jesiennego lasu — tego jak powietrze dziwniej świszczy? Jak ptaki nie śpiewają już o świcie, a las brzmi bardziej tak jakby nasłuchiwał…? — na co dzień nie układała słów w sposób poetycki i niekonkretny, ale coś najwyraźniej natchnęło ją do spróbowania języka, który bliższy był Flintowi, bądź natchnionej boską chwałą Lorraine. Nie opisywała bowiem obserwacji ujętych w faktach niezaprzeczalnych. Mówiła o wrażeniach czasem niedostrzegalnych. Ale odczutych. Swoich.
— Zwierzęta również wydają się bardziej płochliwe — zauważyła ciszej, odgarniając czubkiem buta mokre liście. Przed momentem przebiegła jej drogę strwożona, wyliniała wiewiórka, o której właśnie pomyślała.
Skrzyżowała z nim spojrzenia, próbując wtargnąć w myśli przez jasne jak kotara dymu, oczy.
Przypominały jej Spaloną Noc.
— Wszystko jest takie niespokojne— osądziła surowo.
Ale być może w tym narastającym rozchwianiu, młodzieniec odnajdywał coś znajomego.
Kto wie.
Przytaknęła rudzielcowi, na powitanie trącając go swoim koszyczkiem.
— Tak. Mogę okryć twarz szalem, jeśli wolisz. Nie mam z tym problemu.
Machając mu przed oczami białym szalem, mówiła całkowicie poważnie. Ich obawy również były całkowicie poważne. Nie spodziewała się wprawdzie ujrzeć pomiędzy drzewami ani Garricka odzianego w markowe kalosze, ani Mykewa w kapeluszu grzybiarza, ale doświadczenie podpowiadało jej, że do wywołania rodzinnego kryzysu nie potrzeba obecności rodziny – wystarczyła jedna osoba o odpowiednio luźnym stosunku do prawdy.
A potem kostki domina toczyły się same.
System ploteczkowy działał w Londynie pod tym względem stosunkowo sprawnie; brał dwójkę ludzi stojących obok siebie i po kilku dniach oddawał historię o zakazanej przyjaźni, skandalu, złamanych tradycjach i innych rzeczach, które namiętnie targały sercami nieświadomych słuchaczy. Żadne z nich nie miało na to ani czasu, ani chęci. Chociaż Savaš czas może i miał.
Powiodła za jego spojrzeniem utkniętym pomiędzy splątanymi gałęziami głogu, tak jakby Savasowa przyjaciółka miała tam właśnie na nich czekać, witając darem mleka z żołędziami.
— Baba Jagodowa? — powtórzyła powoli, obracając nazwę w ustach tak, jakby sprawdzała, czy nie pomyliła jej z własnym głodem albo inną przykrą konsekwencją pominiętego obiadu. — Uprzedź mnie następnym razem. Przyniosę guziki. Mam ich absurdalnie dużo.
Sroka-graciarka taka jak Ollivander zwykle niechętnie rozstawała się ze swoimi zbiorami – zwłaszcza tymi, którym przez lata zdążyła przypisać wartość znacznie większą niż wskazywałby zdrowy rozsądek ale! Dla leśnej istoty o tak konkretnej i niegroźnie ekscentrycznej reputacji byłaby skłonna pójść na ustępstwa. W ostatecznym rozrachunku negocjowanie z kimś, kto otwarcie oczekuje guzików, wydawało się znacznie bardziej klarownym układem niż większość pertraktacji prowadzonych na Nokturnie z tłustowłosymi łotrami.
Całkiem zaintrygowana, chciała nawet wypytać go o ten głóg i kilka innych różdżkarskich tajemnic, ale nastrój ostrzeżeń i mrocznych niedopowiedzeń rozpuścił się szybko pod naporem jego rozbawienia. Timmy cmoknęła tylko cicho, niespecjalnie urażona rybciowymi obelgami.
— Najciemniej pod latarnią, mój drogi — trudno było stwierdzić czy o czymś konkretnym teraz mówiła, czy po prostu się mądrzyła się jakby chciała przekazać mu wiedzę leciwszą od większości znanych im instytucji. A te w Wielkiej Brytanii były cholernie stare.
Pod starym bukiem, pośród mchu w kolorze strawionych przez wodne stwory, alg, wyrósł prawdziwek, acz podejrzanie spokojnie, jakby od początku wiedział, że prędzej czy później ktoś gagatka znajdzie.
Septima przykucnęła nad grzybim kapeluszem i przez krótką chwilę przyglądała mu się z rozwagą, choć kontrola jakości błyskawicznie odnalazła defekt. Pod kapeluszem nie było znajomej, bladej gąbki!
Szatan! Bezczelny Szatan!
Wyprostowała się powoli, z niechęcią wypisaną na facjacie i otrzepała dłonie z ziemi. Teraz każdy grzyb wyda jej się podejrzany.
— Ale nie czujesz tego? — nie ruszyła dalej, ale przystanęła na chwilę, pławiąc się w milczeniu jesiennego lasu — tego jak powietrze dziwniej świszczy? Jak ptaki nie śpiewają już o świcie, a las brzmi bardziej tak jakby nasłuchiwał…? — na co dzień nie układała słów w sposób poetycki i niekonkretny, ale coś najwyraźniej natchnęło ją do spróbowania języka, który bliższy był Flintowi, bądź natchnionej boską chwałą Lorraine. Nie opisywała bowiem obserwacji ujętych w faktach niezaprzeczalnych. Mówiła o wrażeniach czasem niedostrzegalnych. Ale odczutych. Swoich.
— Zwierzęta również wydają się bardziej płochliwe — zauważyła ciszej, odgarniając czubkiem buta mokre liście. Przed momentem przebiegła jej drogę strwożona, wyliniała wiewiórka, o której właśnie pomyślała.
Skrzyżowała z nim spojrzenia, próbując wtargnąć w myśli przez jasne jak kotara dymu, oczy.
Przypominały jej Spaloną Noc.
— Wszystko jest takie niespokojne— osądziła surowo.
Ale być może w tym narastającym rozchwianiu, młodzieniec odnajdywał coś znajomego.
Kto wie.
Kocham drewno i duże bicepsy.