– Nie pomoże – choćby dlatego, że nie było na to lekarstwa i wiedział o tym cały magiczny świat. Połowa rodziny Victorii była uzdrowicielami, a babka była dyrektorką Munga, trzymając go silną ręką w garści od dekad – była pewna, że gdyby cokolwiek na to wymyślili, to by jej powiedzieli. Poza tym, była umówiona do uzdrowiciela w szpitalu na jutro. – Na to nie ma proszków, ani eliksirów, wszystkie specyfiki na normalny kaszel sobie nie radzą, bo to nie jest normalna choroba – wyjaśniła mu cierpliwie, przy czym zastanawiała się, czy był tak mocno skupiony na treningach, że nie widział co się działo wokół, bo mnóstwo ludzi cierpiało teraz na tę przypadłość, ludzi, którzy za długo byli na zewnątrz, kiedy ten syf sypał się z nieba, i nie bez powodu w gazetach pisano o tym, jak sobie z tym radzić na zasadzie „ulżyć sobie trochę”. – Ale dzięki za próbę – dodała i nawet lekko drgnął jej kącik ust.
Wyznawała się na sporcie i ogólnie quidditchu mniej-więcej tak, jak hipogryf na balecie, więc słuchała go z pewnym zainteresowaniem, próbując to wszystko przyswoić i wyciągnąć wnioski oraz jednocześnie dostrzec w tym coś, czego być może nie widział Lukas, zanurzany w tym światku po same czubki swoich ciemnoblond włosów.
– Tak, o tę drużynę potwierdziła i słuchała dalej, nie przerywając, za to powróciła do swojego notatnika i co i rusz cos w nim notowała. Nazwiska, jakieś słowa, które miały być później dla niej wskazówką i jednocześnie kluczem.
Odezwała się dopiero, gdy skończył, chociaż najpierw przeniosła spojrzenie na szafkę, później na inne szafki, na ściany, sufit, a w końcu na drzwi, którymi tutaj weszli, jakby coś mierzyła, liczyła, albo próbowała sobie poukładać w głowie.
– No dobrze, zacznijmy więc od końca – powiedziała w końcu. – Całkiem szczerze, proponuję ci się tymczasowo wynieść z twojego obecnego miejsca zamieszkania. I nie bierz nowego z ramienia klubu. Odetnij się od tego na jakiś czas, nie wiem, odezwij się do jakiegoś kumpla ze szkoły, do rodziny, cokolwiek, i przynajmniej przez jakiś czas nie podawaj adresu, a powód to oczywiście względy bezpieczeństwa – to była darmowa porada, ale szczera, bo ostrożność jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a na pewno nie w takiej sprawie. – Druga sprawa… Jak wygląda dostęp do szatni? Możecie tu wejść kiedy chcecie, czy są jakoś zamykane i zabezpieczane, kiedy nie macie treningów? A może macie jakieś, nie wiem, treningi indywidualne, albo w mniejszych grupach? Zastanawiam się czy nie warto zerknąć na jakiś grafik tego kto mógł być tutaj na terenie stadionu od ostatniego momentu, w którym w szafce nie miałeś niczego podejrzanego, do znalezienia tego pięknego prezentu – wyjaśniła rzeczowo i w końcu ruszyła się, udowadniając, że nie jest żadnym słupem soli. – Szafki macie tylko zamykane na klucz, czy są jeszcze w jakiś sposób zabezpieczane? Może warto ją sprawdzić i się upewnić… – wymruczała. – Mmm, może warto porównać charaktery pisma reszty zawodników – dodała ciszej, jakby bardziej do siebie. Próbka przecież była, a nuż coś wyda się znajome. – Sprawdzić miotłę i upewnić się, że nikt przy niej nie kombinował… – wyliczała, robiąc mentalną notatkę i o tym, że może trzeba zrobić pokazowy przemarsz przez stadion i poobserwować sobie otoczenie, a najbardziej resztę koleżków.