03.06.2026, 17:32 ✶
Oglądał drzewo bo i łatwiej mu było oglądać drzewo niż stojącą obok kobietę. Z resztą wszystko w jego postawie wskazywało, że nieliczne momenty swobody, którą odczuwał wobec całej sytuacji to były te krótkie momenty, kiedy zapominał o jej obecności.
To nie było tak, że nie mógł zdzierżyć obecności innej osoby. Pan Ollivander. Helloise. Nikolai. Razem pracowali, razem śmiali się, razem łatwiej było im nawet wyczuć ten moment, kiedy liczył się tylko szlif, kiedy milczenie było wszystkim co potrzebne, aby czuć się razem. Czuć się wspólnie. Już Septima, córka pana Ollivandera była sprawą, która go nękała, rozproszeniem w robocie, chaosem, który przestawiał jego przygotowane za wczasu wcześniej kawałki drewna w dziwny sposób, niemożliwy dla niego do odgadnięcia. Zbiorowości ludzkie większe niż dwie osoby wprawiały go w spore zakłopotanie, a wizja nadchodzącego jarmarku, gdzie miałby wystawić swoje prace…
Teraz to nie miało znaczenia. Po prostu miał za złe trochę panu Ollivanderowi, że go nie uprzedził. Czy coś by to zmieniło? Oczywiście nie, dalej by chciał pomóc, bo pomoc była właściwa jego krwi podobnie jak magia żywiołu ziemi. Czy czułļy się lepiej w obecności rzemieślniczki? Pewnie nie, bo dalej była to nieznajoma osoba. Ale wiedział. Przynajmniej by wiedział.
Sięgnął do kieszeni po notes złożony ze skrawków papierów, ulotek i śmieci na których można byłoby coś narysować. Kawałkiem węgielka zaczął bazgrać projekt.
– To myślałem… myślałem o tym… o tym, żeby to było… myślałem o totemie…hm… ze… ze… zwierzętami i no… roślinami. Natura podczas godów. Może może… może para? To.. to myślę, że pasowałoby… nie wiem do… do tego co tam no… co nam dali. – kiwnął głową w stronę Kate absolutnie nie patrząc na nią. Nawet nie chciał wziąć książki, nie to że nie umiał czytać, ale jakoś… Musieli się podzielić pracą. Musieli podejmować decyzje. Podrapał się po głowie, a z przydługich jasnych pasm na ziemię spadł proch z drewnianych wiórów. Jego przekrwione oczy wskazywały na to, że spał nader mało, ale który rzemieślnik po Spalonej Nocy nie miał za dużo pracy? Potarł się po twarzy, przeczesując palcami przez moment splątany zarost, już nie trzy dniowy, wciąż jednak trudno było mówić o porządnej brodzie. Westchnął i rzucił krótkie, bardzo krótkie spojrzenie Kate. Nie mogli zrobić tego sami, trzeba było się dogadać. Chrzęknął, odwracając głowę znów w stronę pniaka. Bardzo pięknego, dorodnego pniaka.
– Co myślisz? – udało mu się w końcu z siebie wycisnąć.
To nie było tak, że nie mógł zdzierżyć obecności innej osoby. Pan Ollivander. Helloise. Nikolai. Razem pracowali, razem śmiali się, razem łatwiej było im nawet wyczuć ten moment, kiedy liczył się tylko szlif, kiedy milczenie było wszystkim co potrzebne, aby czuć się razem. Czuć się wspólnie. Już Septima, córka pana Ollivandera była sprawą, która go nękała, rozproszeniem w robocie, chaosem, który przestawiał jego przygotowane za wczasu wcześniej kawałki drewna w dziwny sposób, niemożliwy dla niego do odgadnięcia. Zbiorowości ludzkie większe niż dwie osoby wprawiały go w spore zakłopotanie, a wizja nadchodzącego jarmarku, gdzie miałby wystawić swoje prace…
Teraz to nie miało znaczenia. Po prostu miał za złe trochę panu Ollivanderowi, że go nie uprzedził. Czy coś by to zmieniło? Oczywiście nie, dalej by chciał pomóc, bo pomoc była właściwa jego krwi podobnie jak magia żywiołu ziemi. Czy czułļy się lepiej w obecności rzemieślniczki? Pewnie nie, bo dalej była to nieznajoma osoba. Ale wiedział. Przynajmniej by wiedział.
Sięgnął do kieszeni po notes złożony ze skrawków papierów, ulotek i śmieci na których można byłoby coś narysować. Kawałkiem węgielka zaczął bazgrać projekt.
– To myślałem… myślałem o tym… o tym, żeby to było… myślałem o totemie…hm… ze… ze… zwierzętami i no… roślinami. Natura podczas godów. Może może… może para? To.. to myślę, że pasowałoby… nie wiem do… do tego co tam no… co nam dali. – kiwnął głową w stronę Kate absolutnie nie patrząc na nią. Nawet nie chciał wziąć książki, nie to że nie umiał czytać, ale jakoś… Musieli się podzielić pracą. Musieli podejmować decyzje. Podrapał się po głowie, a z przydługich jasnych pasm na ziemię spadł proch z drewnianych wiórów. Jego przekrwione oczy wskazywały na to, że spał nader mało, ale który rzemieślnik po Spalonej Nocy nie miał za dużo pracy? Potarł się po twarzy, przeczesując palcami przez moment splątany zarost, już nie trzy dniowy, wciąż jednak trudno było mówić o porządnej brodzie. Westchnął i rzucił krótkie, bardzo krótkie spojrzenie Kate. Nie mogli zrobić tego sami, trzeba było się dogadać. Chrzęknął, odwracając głowę znów w stronę pniaka. Bardzo pięknego, dorodnego pniaka.
– Co myślisz? – udało mu się w końcu z siebie wycisnąć.