04.06.2026, 10:19 ✶
Jeśli szło o Kate, to była po prostu podekscytowana.
Zlecenie nie było dobrze płatne, ale Gerard płacił naprawdę dobrze za kombinowanie nad bronią, drewnianymi łukami, sztyletami i struganie amuletów, na które potem ktoś nakładał pieczęcie. A Kate brała dodatkowe zlecenia zazwyczaj w dwóch przypadkach: gdy kogoś lubiła albo kiedy było fascynujące.
– Wróżki! – wyrwało się jej tylko niemalże radośnie, kiedy wspomniano o Gwragedd Annw, chociaż spoważniała niemal natychmiast, gdy usłyszała o tym, że były uwięzione i musieli im pomóc. Starała się więc słuchać wszystkich instrukcji z poważną miną i w ogóle zachowywać się absolutnie profesjonalnie. Nic nie mogło jednak powstrzymać ekscytacji Barclayówny, bo jednak… to nie było zwykle zlecenie. To było zlecenie, które miało przełamać okrutną magię. Nie miała stworzyć prostej podstawy pod jakiś amulet, a prawdziwy artefakt. Zazwyczaj wolała działać sama, zbyt indywidualistycznie nastawiona do swojej pracy i gotowa chronić tajemnic swego fachu, ale w tym wypadku nie przeszkadzało jej zupełnie, że ma z kimś pracować, zdawała się zupełnie nie dostrzegać albo ignorować zakłopotanie Samuela i to, jak ten unikał jej wzroku. Zgodziłaby się pewnie zresztą na współdziałanie właściwie z każdym, tak bardzo chciała spróbować stworzyć ten artefakt. Musieli zabawnie obok siebie wyglądać, nieśmiały mężczyzna z zarostem o rozbieganym spojrzeniu, i Kate w barwnych szatach, z mnóstwem bransoletek podzwaniających na rękach, kompletnie nie wyglądająca na rzemieślniczkę, a już na pewno nie na kogoś, kto trudnił się i kowalstwem.
– Dlaczego nie. Chyba najważniejsza jest sama intencja i forma, więc mogą być zwierzęta – zgodziła się, przesuwając pieszczotliwym ruchem po drewnie. Kate niewiele wiedziała o przyrodzie, ale to tutaj wyglądało jak coś, w czym dało się pracować. – Umiem sprawiać, że przedmioty wywołują emocje… ale nigdy nie próbowałam w żadnych zakląć poezji miłosnej. Obawiam się, że marna ze mnie recytatorka, ale dam z siebie wszystko – obiecała, sama niepewna, czy bardzo zależy jej na tym, żeby te biedne istoty uwolnić, czy na tym, aby po prostu stworzyć coś doskonałego. – Wydaje mi się, że powinnam zacząć dopiero, kiedy umieścimy tu pierwsze znaki? – zastanowiła się na głos.
Zlecenie nie było dobrze płatne, ale Gerard płacił naprawdę dobrze za kombinowanie nad bronią, drewnianymi łukami, sztyletami i struganie amuletów, na które potem ktoś nakładał pieczęcie. A Kate brała dodatkowe zlecenia zazwyczaj w dwóch przypadkach: gdy kogoś lubiła albo kiedy było fascynujące.
– Wróżki! – wyrwało się jej tylko niemalże radośnie, kiedy wspomniano o Gwragedd Annw, chociaż spoważniała niemal natychmiast, gdy usłyszała o tym, że były uwięzione i musieli im pomóc. Starała się więc słuchać wszystkich instrukcji z poważną miną i w ogóle zachowywać się absolutnie profesjonalnie. Nic nie mogło jednak powstrzymać ekscytacji Barclayówny, bo jednak… to nie było zwykle zlecenie. To było zlecenie, które miało przełamać okrutną magię. Nie miała stworzyć prostej podstawy pod jakiś amulet, a prawdziwy artefakt. Zazwyczaj wolała działać sama, zbyt indywidualistycznie nastawiona do swojej pracy i gotowa chronić tajemnic swego fachu, ale w tym wypadku nie przeszkadzało jej zupełnie, że ma z kimś pracować, zdawała się zupełnie nie dostrzegać albo ignorować zakłopotanie Samuela i to, jak ten unikał jej wzroku. Zgodziłaby się pewnie zresztą na współdziałanie właściwie z każdym, tak bardzo chciała spróbować stworzyć ten artefakt. Musieli zabawnie obok siebie wyglądać, nieśmiały mężczyzna z zarostem o rozbieganym spojrzeniu, i Kate w barwnych szatach, z mnóstwem bransoletek podzwaniających na rękach, kompletnie nie wyglądająca na rzemieślniczkę, a już na pewno nie na kogoś, kto trudnił się i kowalstwem.
– Dlaczego nie. Chyba najważniejsza jest sama intencja i forma, więc mogą być zwierzęta – zgodziła się, przesuwając pieszczotliwym ruchem po drewnie. Kate niewiele wiedziała o przyrodzie, ale to tutaj wyglądało jak coś, w czym dało się pracować. – Umiem sprawiać, że przedmioty wywołują emocje… ale nigdy nie próbowałam w żadnych zakląć poezji miłosnej. Obawiam się, że marna ze mnie recytatorka, ale dam z siebie wszystko – obiecała, sama niepewna, czy bardzo zależy jej na tym, żeby te biedne istoty uwolnić, czy na tym, aby po prostu stworzyć coś doskonałego. – Wydaje mi się, że powinnam zacząć dopiero, kiedy umieścimy tu pierwsze znaki? – zastanowiła się na głos.