Przecież nigdy w życiu nie przyznałaby się, że ten nagły paroksyzm bliskości, w którym utonęli, był dla niej niejako miły; że jego ramiona, w których się znalazła, były przyjemnie ciepłe i że gdy utknęła w malignie jego bezkresnego wzroku, coś w niej drgnęło nieodwracalnie. Zamrugała jedynie kilkukrotnie, przywracając właściwość percepcji zamglonemu spojrzeniu; nie zamierzała odezwać się ani słowem na te ułamki wszechświata, które nagle połączyły ich w uścisku. Jedynie samotne westchnięcie opuszczające jej usta poświadczyły o fakcie, iż coś w niej drgnęło.
Okazywał się być jej milszy niż ktokolwiek inny.
– Moje kondolencje, w takim wypadku twoje jaja doliczę do mojej kolekcji – sarknęła, uderzając go łokciem gdzieś między żebrami.
Bo przecież wiedziała, że niebo nie istniało; że nawet wszelkie próby dostania się za bramy niebiańskie były skazane na klęskę – po śmierci istniała jedynie pustka. I gdy jako dziecko uświadomiła sobie nieuchronność bytowania i jego formę zjazdu po równi pochyłej, nie potrafiła patrzeć na życie z należytą powagą, co przełożyło się na cynizm zawierający się w osobowości i oschłe, chłodne wyrachowanie. Nie kryła się ze swoją osobowością tej mitycznej kobiety niezależnej; ona była niezależnie w faktach i ich braku – prawdopodobnie dlatego zachowywała jeszcze wyżej uniesiony podbródek.
– Gdy byliśmy dziećmi, twój egocentryzm był zabawny. Myślałam, że z niego wyrosłeś na przestrzeni dekad – odpowiedziała półżartem.
W gruncie rzeczy, to właśnie to zarzuciła mu z butą i arogancją pasującą jedynie do jej samej; że był dziecinny, egocentryczny i dla niej, domorosłej dorosłej w ciele jedenastolatki, zasługiwał jedynie na przeciągłe spojrzenia i wywracanie oczyma. Teraz, gdy zgorzknieli życiem, traktowała go jako jedną z nielicznych stałych w swoim życiu.
Ciepłota jego dłoni, rozlewająca się gdzieś w okolicy talii; druga z kolei ujmująca jej dłoń, w pijanym umyśle zatoczyły się nieprzytomnie – aż na jej skalane pijactwem oblicze zabarwiło się nieznacznym pąsem.
Odwróciła aż wzrok.
– Przeżyjemy to, Theonie – odparła, wprawiając ich ramę taneczną, prawdopodobnie wielokroć krzywo ustawioną, w delikatny ruch.
Gdy mimowolnie skierowała ponownie burzliwe spojrzenie na jego oblicze, kąciki jej ust zadrgały, aby po chwili ułożyć się w wydatny uśmiech; w uśmiech, którym nie zaszczycała nikogo.