Te przeklęte gadające pomarańcze, wciąż czasem śniły mu się po nocach, szczególnie kiedy na horyzoncie jawił mu się problem, z który wydawał się wyjątkowo uciążliwy. Samą historię jednak, szczególnie kiedy już przykryła ją patyna czasu, wspominał z pewnym rozrzewnieniem, bo nikt nie mógł im zabronić ucieczek, niesamowitych biznesów na wiele knutów i rzygania po wątpliwych drinkach. Teraz już nie wypadało trochę bardziej. Historia pomarańczy nie kończyła się jednak całkowicie na nieszczęsnym pijaczku z Dziurawego Kotła, którego najpewniej w domu czekał ochrzan żony i rozwód, bo jedną z nich Leviathan próbował sobie zostawić i przysposobić do własnych celów. Przedsięwzięcie to było wręcz karkołomne, ale ostatecznie przez jakiś czas wykorzystywał ją do odstraszania szczurów z wolier smoczogników. W końcu jednak przestały się jej bać i zjadły żywcem.
Timmy nawet niewiele myliła się w swojej ocenie sytuacji, związanej z otaczającymi Leviathana zdzirami. W sumie to jedną zdzirą, jakby nie patrzeć, i to jego własną żoną, bo Rowle miał Faye ostatnimi czasy po dziurki w nosie. Wadziła mu, denerwowała swoimi decyzjami i absolutnym brakiem chęci do kooperacji. Ich spotkanie jeszcze pod koniec sierpnia w Ministerstwie Magii, wciąż wzbudzało w nim irytację i zwyczajną chęć zniszczenia jej życia dla samej zasady.
Im starszy się stawał, tym ciężej było mu odnajdywać pomiędzy Londyńskimi ulicami jakikolwiek urok. Kamienne zwyrodnienie, rozrastające się na ciele natury, wydawało mu się tym bardziej nienaturalne, im dalej znajdował się od Snowdonii. Jedyne przyjemności, które się tutaj kryły, to urywki wspomnień i garstka ludzi na których mu zależało. Brzmiał trochę jak Helloise i nawet jeśli kiedyś w pewien sposób go to irytowało, jakby uważał że zgadzanie się z kimś oznaczało bezwolę i ledwo powtarzanie za nim bez zastanowienia, tak teraz nie widział w tym wiele złego. Bardziej coś naturalnego.
Drzwi do Dziurawego Kotła skrzypnęły i owinął go znajomy zaduch; stare drewno, na którym wylano zbyt wiele rzeczy, zapach piwa, ludzkiego potu, wydychanego przez gości powietrza i wiecznie gotowego do podania gulaszu. Powoli też wkradały się w to nuty korzennych przypraw, bo właściciel przygotowywał się do ogłoszenia niesamowitego napoju jakim miał być jesienny grzaniec. A pośrodku tego wszystkiego była ona – przy stoliku, z torbą pełną szpargałów obok siebie – jedna z prawdziwie znajomych mu twarzy pośród londyńskich uliczek. — Błagam, powiedz mi że to nie są te gadające pomarańcze albo inne arbuzy — krzesło skrzypnęło obok niej, kiedy odsunął je i usiadł, z dramatyczną miną wspominając ile kłopotów im przysporzyły.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast