05.06.2026, 13:17 ✶
Rowlówna zajęła posłusznie miejsce tak jak doktor Prewett przykazał. Jakaś część jej umysłu wciąż podsuwała jednak kuszącą możliwość ucieczki. Wystarczyłoby wymyślić wymówkę i powołać się na obowiązek, który z pewnością wymagał natychmiastowej uwagi bardziej niż własne zdrowie. Smoki miały tę przewagę nad uzdrowicielami, że nigdy nie stawiały diagnoz.
— Cześć, Basilu. Dobrze cię widzieć — przywitała się. — Kaszel po Spalonej nocy nie daje mi spokoju.
Na blacie biurka pomiędzy nimi, postawiła szklane naczynie zawierające zielony susz. Jeszcze tego ranka gotowała go zgodnie z instrukcjami siostry jej ojca, która od niepamiętnych czasów pozostawała wierną wyznawczynią takich metod i wszystkich cudownych właściwości, jakie zwykła im przypisywać. Mona jej wierzyła.
Kolejny napad kaszlu ją dopadł. Zgięła się wpół i zasłoniła usta zdrową dłonią. Kiedy wreszcie atak ustąpił, opadła nieco w fotelu, chwytając oddech z widocznym trudem. Na jej policzkach zakwitły dwie plamy gorączkowej czerwieni, nienaturalne na tle cery bladej. Dolegliwość nie opuszczała jej od blisko trzech tygodni.
— Jest wspaniale — wychrypiała zmęczona do niego. — Jeśli to nie pomoże, pozostanie mi już tylko zakopać się po szyję w bursztynie.
Jednocześnie jej dłoń, ta prawdziwa, zacisnęła się na jej kolanach. Nie mówiła całej prawdy, a ta nieuczciwość pozostawiała w ustach kwaśny posmak. Drętwienie w palcach protezy było jedynie upiornym echem — bólem fantomowym kończyny, której już nie posiadała. W związku z tym, przeszła do rzeczy:
— Od pewnego czasu obserwuję okresowe drętwienie i sztywność ramienia. Czasami odczucie rozchodzi się wyżej aż do barku. Nie potrafię wskazać konkretnej przyczyny. Nie wydaje się związane z wysiłkiem. Nie jestem pewna, czy to następstwo urazu. Uznałam jednak, że lepiej zapytać kogoś, kto faktycznie się na tym zna — wyjaśniła. Trzymała prawą rękę pod nienaturalnym, sztywnym kątem, usiłując ignorować pełznące uczucie napięcia, które zaczęło wspinać się w górę od starej blizny.
— Cześć, Basilu. Dobrze cię widzieć — przywitała się. — Kaszel po Spalonej nocy nie daje mi spokoju.
Na blacie biurka pomiędzy nimi, postawiła szklane naczynie zawierające zielony susz. Jeszcze tego ranka gotowała go zgodnie z instrukcjami siostry jej ojca, która od niepamiętnych czasów pozostawała wierną wyznawczynią takich metod i wszystkich cudownych właściwości, jakie zwykła im przypisywać. Mona jej wierzyła.
Kolejny napad kaszlu ją dopadł. Zgięła się wpół i zasłoniła usta zdrową dłonią. Kiedy wreszcie atak ustąpił, opadła nieco w fotelu, chwytając oddech z widocznym trudem. Na jej policzkach zakwitły dwie plamy gorączkowej czerwieni, nienaturalne na tle cery bladej. Dolegliwość nie opuszczała jej od blisko trzech tygodni.
— Jest wspaniale — wychrypiała zmęczona do niego. — Jeśli to nie pomoże, pozostanie mi już tylko zakopać się po szyję w bursztynie.
Jednocześnie jej dłoń, ta prawdziwa, zacisnęła się na jej kolanach. Nie mówiła całej prawdy, a ta nieuczciwość pozostawiała w ustach kwaśny posmak. Drętwienie w palcach protezy było jedynie upiornym echem — bólem fantomowym kończyny, której już nie posiadała. W związku z tym, przeszła do rzeczy:
— Od pewnego czasu obserwuję okresowe drętwienie i sztywność ramienia. Czasami odczucie rozchodzi się wyżej aż do barku. Nie potrafię wskazać konkretnej przyczyny. Nie wydaje się związane z wysiłkiem. Nie jestem pewna, czy to następstwo urazu. Uznałam jednak, że lepiej zapytać kogoś, kto faktycznie się na tym zna — wyjaśniła. Trzymała prawą rękę pod nienaturalnym, sztywnym kątem, usiłując ignorować pełznące uczucie napięcia, które zaczęło wspinać się w górę od starej blizny.
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception