05.06.2026, 18:34 ✶
Uśmiechnął się nieznacznie w reakcji na tę wymijającą odpowiedź. Wyczuł jednak, że stres stopniowo ustępuje, energia się zmienia, a chłopak łagodnieje i odrywa wzrok od posągu; dopiero wtedy zauważył, jak niezwykłe ma oczy. Alternację atmosfery wziął za komplement. Eugene niby nie lubił się w tej roli, bo życzył sobie mieć wyjebane na wszystkich i wszystko (kiedy w rzeczywistości nigdy nie zostawiłby człowieka w potrzebie), ale wiedział, że gdy się postara, ma właściwości kojące – nauczył się tego, gdy jeszcze mieszkał ze wspólnotą i obserwował działania Proroka. Sprzyjała mu też flegmatyczna natura człowieka żywego tylko w połowie.
Nadal nie ustalił, przynajmniej nie z całkowitą pewnością, czy chłopak jest wariatem i stanowi dla siebie zagrożenie, czy raczej nie, dlatego ucieszył się, że przystał na propozycję herbaty.
– Jest to możliwe, choć mało prawdopodobne.
Gdyby widział go niedawno, z pewnością pamiętałby o spotkaniu. Jeśli w grę wchodziło mijanie się dawno, przeszło dekadę temu, pewnie mogło mu to umknąć. Był wtedy nawiedzonym dzieckiem, może nastolatkiem, w umiarkowanym stopniu zainteresowanym żywymi i zupełnie niewrażliwym na cudzą urodę, zwłaszcza męską. Ciemnowłosy mógł być jego rówieśnikiem, choć nie z tego samego rocznika. Z drugiej strony, nie miał żadnego powodu, by zapisać sobie w pamięci kogoś tak nieistotnego i nijakiego jak Eugene. No, chyba, że pamiętał jego krzywy nos, wtedy jeszcze. Podniósł termos z ziemi i otrzepał go z przyklejonych igieł sosny. Mgła powoli rzedła między drzewami, ale chłód wciąż wciskał się pod ubranie. Był ciekaw, o co chodzi z tym posągiem, ale zdusił to w sobie, żeby nie wyjść na natręta. Może to było głupie, a przynajmniej nieuzasadnione, niemniej zależało mu, by mężczyzna poczuł się przy nim bezpiecznie. Czy to się jakoś leczy, tę skłonność do przygarniania zbłąkanych psów, nieproszony etat hycla?
– Nie jestem z Bellami od zawsze – dodał zaraz, wzruszając ramionami. Nie od zawsze, ale wystarczająco długo, by czuć się nieswojo, gdy o tym mówił. Nigdzie nie był dłużej niż z nimi, jednak zdarzało się, że ten detal miał znaczenie; cyrk miał długą historię, znaną wielu, pełną postaci i epizodów, a E. stanowił w niej tylko krótki epizod. Zdarzało się, że o czymś nie wiedział albo nie słyszał, a wtedy jego tożsamość bywała kwestionowana. Brał takie rzeczy do siebie. Czasem pozwalał, by ta myśl go przygnębiła. – Uczyłem się w Hogwarcie. Spędziłem chwilę w Ministerstwie. I tak, rzeczywiście, uciekliśmy. Od jakiegoś czasu stacjonujemy w Epping.
Nie chciał rozmawiać o tym, co zdarzyło się w Londynie. Na pewno nie przed śniadaniem. Ruszył w stronę, z której przyszedł, choć wolniej, by go nie popędzać, ale poprowadzić.
– Uznałem, że pytanie o imię będzie zbyt osobiste – odpowiedział, znów lekko uśmiechnięty, może nieco zbyt przebiegle. Z trudem powstrzymał śmiech. – Poczekam, aż sam zechcesz zdradzić mi tę tajemnicę. Ja nazywam się Eugene. To znaczy „wielkoduszny”.
Nadal nie ustalił, przynajmniej nie z całkowitą pewnością, czy chłopak jest wariatem i stanowi dla siebie zagrożenie, czy raczej nie, dlatego ucieszył się, że przystał na propozycję herbaty.
– Jest to możliwe, choć mało prawdopodobne.
Gdyby widział go niedawno, z pewnością pamiętałby o spotkaniu. Jeśli w grę wchodziło mijanie się dawno, przeszło dekadę temu, pewnie mogło mu to umknąć. Był wtedy nawiedzonym dzieckiem, może nastolatkiem, w umiarkowanym stopniu zainteresowanym żywymi i zupełnie niewrażliwym na cudzą urodę, zwłaszcza męską. Ciemnowłosy mógł być jego rówieśnikiem, choć nie z tego samego rocznika. Z drugiej strony, nie miał żadnego powodu, by zapisać sobie w pamięci kogoś tak nieistotnego i nijakiego jak Eugene. No, chyba, że pamiętał jego krzywy nos, wtedy jeszcze. Podniósł termos z ziemi i otrzepał go z przyklejonych igieł sosny. Mgła powoli rzedła między drzewami, ale chłód wciąż wciskał się pod ubranie. Był ciekaw, o co chodzi z tym posągiem, ale zdusił to w sobie, żeby nie wyjść na natręta. Może to było głupie, a przynajmniej nieuzasadnione, niemniej zależało mu, by mężczyzna poczuł się przy nim bezpiecznie. Czy to się jakoś leczy, tę skłonność do przygarniania zbłąkanych psów, nieproszony etat hycla?
– Nie jestem z Bellami od zawsze – dodał zaraz, wzruszając ramionami. Nie od zawsze, ale wystarczająco długo, by czuć się nieswojo, gdy o tym mówił. Nigdzie nie był dłużej niż z nimi, jednak zdarzało się, że ten detal miał znaczenie; cyrk miał długą historię, znaną wielu, pełną postaci i epizodów, a E. stanowił w niej tylko krótki epizod. Zdarzało się, że o czymś nie wiedział albo nie słyszał, a wtedy jego tożsamość bywała kwestionowana. Brał takie rzeczy do siebie. Czasem pozwalał, by ta myśl go przygnębiła. – Uczyłem się w Hogwarcie. Spędziłem chwilę w Ministerstwie. I tak, rzeczywiście, uciekliśmy. Od jakiegoś czasu stacjonujemy w Epping.
Nie chciał rozmawiać o tym, co zdarzyło się w Londynie. Na pewno nie przed śniadaniem. Ruszył w stronę, z której przyszedł, choć wolniej, by go nie popędzać, ale poprowadzić.
– Uznałem, że pytanie o imię będzie zbyt osobiste – odpowiedział, znów lekko uśmiechnięty, może nieco zbyt przebiegle. Z trudem powstrzymał śmiech. – Poczekam, aż sam zechcesz zdradzić mi tę tajemnicę. Ja nazywam się Eugene. To znaczy „wielkoduszny”.