06.06.2026, 00:31 ✶
Jak to, co robił? Przygotowywał im miejsce do spania! Tak naprawdę powinni jeszcze obłożyć wejście jakąś pieczęcią, czy coś, może Jessie na tym swoim klątwołamaczowym stażu poznał jakąś przydatną…
- Hej!
Szarpnięcie za koszulę i uderzenie po ręku skutecznie wytrąciło różdżkę nie spodziewającemu się ataku Hannibalowi i pogrążyło pomieszczenie w ciemnościach. Zamiast jej szukać, chłopak objął krzyczącego przyjaciela, ignorując własne siniaki, ale pamiętając o cięciach na jego plecach (nigdy, nigdy nie będzie w stanie o nich zapomnieć).
(Mam propozycję, powiedział śmierciożerca, wytnij skundlonemu szczeniakowi pamiątkę na plecach, a powiedzmy, że uwierzę w wasze przedstawienie i znajdę sobie kogoś innego na kolację. I gdyby był tylko jeden, pewnie mieliby szanse w walce, ale w pobliżu kręciło się ich więcej i jeżeli ktokolwiek miał przeżyć, jeżeli Hannibal miał uratować choć jego jednego, to gotów był zapłacić każdą cenę.)
- Cicho. Cicho, nie krzycz. Już nie będę. Przepraszam. Cicho. Nikt nas nie znajdzie. Jesteśmy daleko - mamrotał teraz w jego włosy, przyciskając go do siebie, rozpaczliwie osamotniony, jak zawsze, kiedy Jessie zapadał się w odmęty własnej traumy. Jego umysł również odniósł rany, być może głębsze, niż ciało.
Czy tak samo czuł się Kelly, kiedy to Selwyn krzyczał? Kiedy przez sen wołał Monę albo własnych rodziców, kiedy mamrotał nieskładne błagania i przeprosiny, przetykane imionami Jonathana i Anthony’ego, a czasami, od tamtej okrutnej nocy, także Jaspera?
Odnalazł stopą brzeg materaca i powoli spróbował na nim usiąść, nie wypuszczając Jessiego, starając się zachować spokój wobec zaciskającego gardło lęku. Co pozostawało z czarodzieja, który bał się używać magii? Jak daleko w obłęd mógł zawędrować jeden z nich, zanim drugi nie będzie w stanie go dosięgnąć i sprowadzić z powrotem?
Hannibal trzymał przyjaciela, póki nie poczuł, że panika ustępuje, a chłopak przestaje się rzucać. Mimo pewności, że zgubili pogoń i niemal-pewności, że znajdują się poza terenem ostatnich działań Śmierciożerców, nasłuchiwał pomiędzy oddechami.
Było cicho.
Póki co.
- Nie chciałem cię przestraszyć - szepnął, kiedy wydawało mu się, że Jessie wrócił trochę do siebie. Odsunął go od siebie na tyle, by spojrzeć mu w twarz - próba skazana w otaczającym ich mroku na porażkę - i zaproponował pojednawczo - To jak, ogień? Bez magii rozpalę. Albo ty. Zwinąłem nową zapalniczkę z tamtego ostatniego miejsca.
Sięgnał po omacku w stronę plecaka. Mogli też po prostu położyć się w ciemnościach, chociaż wolałby nie.
Ciemności były doskonałym tłem dla obrazów, które podsuwał jego mózg.