06.06.2026, 07:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2026, 07:46 przez The Hollow.)
Zostawił posąg za plecami z pewną ulgą. Nie był poszukiwaczem przygód, raczej przeciwnie – ciągnęło go do zwykłego życia i prostych, niewymagających przyjemności. Pociągnął łyk z termosu, chcąc się tylko w tym utwierdzić. Zwrócił uwagę na jego włosy i poczuł ogromną chęć, by ich dotknąć, przeczesać chuderlawymi palcami, ale nie znalazł pretekstu dla tak osobliwego, intymnego gestu wobec nieznajomego. Pomyślał zaraz o gęstych, jasnych puklach swoich mormońskich sióstr, splatanych w grube warkocze, i nawiedziło go coś na kształt nostalgii, która pasowała do ponurego, wilgotnego lasu. Po tych wszystkich latach odseparowania nie potrafił tęsknić za rodziną — w pamięci zostawały mu tylko nieistotne szczegóły, choćby zapach krochmalu, którego nie potrafiły ukryć żadne kadzidła. Nieustanne przeczesywanie włosów drewnianą szczotką. Niektóre psalmy. Większość wersetów. Oczy Proroka, mądre i niebieskie jak nieboskłon. Kij trzcinowy, stary pasek. Żadna z jego sióstr nie była tak ładna jak ten chłopak. Wspomnienia to taki kamień w bucie.
– Wyglądam Ci na kogoś, kto ma taką skrytkę?
Kto miłuje srebro, nie nasyci się srebrem, a kto miłuje bogactwo – nie przyjdzie mu z tego pożytek. I to jest marność, pomyślał głupio.
Obaj prezentowali się teraz mizernie, ale Eugene wyglądał zazwyczaj nijako, bo kiepsko się prowadził i ubierał jakieś quasi-gotyckie szmaty, a Dægberhta odarł z godności deszcz, chłód i umiarkowana dawka własnej paranoi, już na szczęście zaleczonej. Zdał sobie sprawę, że słyszał wcześniej to rzadkie imię w opowieściach. Nosił je chłopiec, którego raczej trudno było spotkać na lądzie. Stało się dla niego jasne, że mają więcej wspólnego, niż myślał, ale nic nie powiedział – zachowanie własnych zdolności w tajemnicy było jedyną przewagą, na jaką mógł sobie w tym układzie pozwolić. Nie sądził zresztą, że może mu czymkolwiek zaimponować.
– Byłbym szczęśliwy, gdybym w końcu wylądował w grobie.
Czy ktoś, kto jest tak blisko związany ze śmiercią, może w ogóle się jej obawiać? Nie życzyłby sobie tylko spłonąć. Szli przez chwilę, a niebo z wolna jaśniało. Droga w tę stronę wydała mu się krótsza, bo myślał, co powinien zrobić. Z egoistycznych pobudek nie chciał dzielić się swoim ładnym, dobrze urodzonym gościem, dlatego uznał, że zaprowadzenie go do części głównej nie jest najlepszym pomysłem – jeszcze natknęliby się tam na tego czy innego gadułę-ekstrawertyka, których w cyrku nie brak, a Eugene poczułby się jak gość na własnym występie. Las powoli ustępował miejsca otwartej przestrzeni. Między drzewami zamajaczyły znajome kształty namiotów i drewnianych wozów. Ten, w którym mieszkał Eugene, znajdował się na skraju, częściowo schowany między drzewami. Był raczej stary, pomalowany kiedyś na ciemną zieleń, ale dawno wyblakły od deszczu i słońca. Na drzwiach wejściowych wisiał wpół urwany plakat reklamujący Cyrk Bellów. Papier pożółkł już od czasu, a rogi podwijały się od wilgoci. Nadal jednak można było rozpoznać roztańczone sylwetki akrobatów, błysk jasnych gwiazd nad namiotem i wymalowane z przesadnym rozmachem hasło obiecujące „cuda, jakich nie widziała Anglia”. Jego pseudonim sceniczny został upchnięty w prawym, dolnym rogu, daleko za bardziej spektakularnymi atrakcjami; osobiście uważał, że to uczciwe przedstawienie hierarchii. Gestem zaprosił go do środka, próbując szybko sobie przypomnieć, w jakim stanie zostawił wszystko, gdy wychodził.
– Co właściwie robisz w Epping?
Spojrzeniem rzucił mu wyzwanie. Odpowie, nie odpowie? Za wcześnie na występ.
– Wyglądam Ci na kogoś, kto ma taką skrytkę?
Kto miłuje srebro, nie nasyci się srebrem, a kto miłuje bogactwo – nie przyjdzie mu z tego pożytek. I to jest marność, pomyślał głupio.
Obaj prezentowali się teraz mizernie, ale Eugene wyglądał zazwyczaj nijako, bo kiepsko się prowadził i ubierał jakieś quasi-gotyckie szmaty, a Dægberhta odarł z godności deszcz, chłód i umiarkowana dawka własnej paranoi, już na szczęście zaleczonej. Zdał sobie sprawę, że słyszał wcześniej to rzadkie imię w opowieściach. Nosił je chłopiec, którego raczej trudno było spotkać na lądzie. Stało się dla niego jasne, że mają więcej wspólnego, niż myślał, ale nic nie powiedział – zachowanie własnych zdolności w tajemnicy było jedyną przewagą, na jaką mógł sobie w tym układzie pozwolić. Nie sądził zresztą, że może mu czymkolwiek zaimponować.
– Byłbym szczęśliwy, gdybym w końcu wylądował w grobie.
Czy ktoś, kto jest tak blisko związany ze śmiercią, może w ogóle się jej obawiać? Nie życzyłby sobie tylko spłonąć. Szli przez chwilę, a niebo z wolna jaśniało. Droga w tę stronę wydała mu się krótsza, bo myślał, co powinien zrobić. Z egoistycznych pobudek nie chciał dzielić się swoim ładnym, dobrze urodzonym gościem, dlatego uznał, że zaprowadzenie go do części głównej nie jest najlepszym pomysłem – jeszcze natknęliby się tam na tego czy innego gadułę-ekstrawertyka, których w cyrku nie brak, a Eugene poczułby się jak gość na własnym występie. Las powoli ustępował miejsca otwartej przestrzeni. Między drzewami zamajaczyły znajome kształty namiotów i drewnianych wozów. Ten, w którym mieszkał Eugene, znajdował się na skraju, częściowo schowany między drzewami. Był raczej stary, pomalowany kiedyś na ciemną zieleń, ale dawno wyblakły od deszczu i słońca. Na drzwiach wejściowych wisiał wpół urwany plakat reklamujący Cyrk Bellów. Papier pożółkł już od czasu, a rogi podwijały się od wilgoci. Nadal jednak można było rozpoznać roztańczone sylwetki akrobatów, błysk jasnych gwiazd nad namiotem i wymalowane z przesadnym rozmachem hasło obiecujące „cuda, jakich nie widziała Anglia”. Jego pseudonim sceniczny został upchnięty w prawym, dolnym rogu, daleko za bardziej spektakularnymi atrakcjami; osobiście uważał, że to uczciwe przedstawienie hierarchii. Gestem zaprosił go do środka, próbując szybko sobie przypomnieć, w jakim stanie zostawił wszystko, gdy wychodził.
– Co właściwie robisz w Epping?
Spojrzeniem rzucił mu wyzwanie. Odpowie, nie odpowie? Za wcześnie na występ.