Prawdopodobnie ani bogin, ani Victoria, nie spodziewali się tego, co zaraz nastąpi: że Christopher raz jeszcze spróbuje swojego czaru i tym razem uda mu się w pełni przemienić bogina w to, co sobie wyobraził. Lestrange patrzyła przez moment oniemiała na to, jak ubrana została zjawa, w tę suk…nię… iście choinkowozieloną, w kupę materiału, który tym bardziej miał ją upodobnić do drzewa, w bombki, które zwisały z rantów materiału i podzwaniały teraz, gdy bogin się poruszył, patrząc po sobie w co jest ubrany. Victoria przez dwie sekundy wytrzeszczała oczy, trochę nieświadomie rozchyliła usta, a potem… potem w końcu do niej dotarło, że oto chwila dla debila na to, by bogina zapakować do szuflady, bo jest ewidentnie rozproszony. Uśmiechała się, to na pewno udało się sprawić, oraz pokręciła z niedowierzaniem głową.
A chwilę później szuflada zatrzasnęła się z trzaskiem, gdy już wciągnęła do środka bogina. Sztuce szybko przestały dzwonić i nastała grucha cisza.
– Noo, widzisz! Mówiłam, że sobie poradzisz – pochwaliła za chwilę i odruchowo zaczęła wygładzać sobie rękawy, choć po prawdzie nie bardzo było po co. – Gdyby to był egzamin, to według mnie zdany na Powyżej Oczekiwań – bo były lekkie potknięcia, dlatego nie Wybitny, ale ostatecznie w żadnym punkcie nie zawalił, a poza tym udało mu się za trzecim razem i d e a l n i e. – No i masz pewność, że nie ma tu poltergeista. Tego by już na pewno nie wytrzymał w ciszy – dodała i niemal z czułością poklepała front szuflady – tej jedynej teraz zamkniętej. – Co to w ogóle było? Ten… ta… sukienka… – lekko zmarszczyła brwi, a potem dmuchnęła, chcąc pozbyć się zbłąkanego kosmyka włosów, który po tych wszystkich ciśnieniach powietrza spadł jej aż na czoło. – A pamiętasz, jak mówiłeś, że udzielisz mi kilku lekcji? – z pieczenia ciast, oczywiście i Victoria nie mówiła tego do końca na poważnie… ale jej ostatnia próba, jakiś miesiąc temu, była równie spektakularną porażką jak próba upieczenia na Lammas chleba. Jak sobie radziła od czasu wyprowadzki do momentu zabrania skrzata po Spalonej Nocy…? Otóż umiała zagotować wodę na herbatę i zrobić kanapkę. Kroiła całkiem nieźle, miała wprawę po siekaniu i krojeniu składników do eliksirów. Póki nie trzeba było nic… przygrzać, smażyć, gotować albo nie daj Merlinie piec, to była w stanie jakoś przeżyć. A poza tym jadła na mieście. Albo na ministerialnej stołówce.
– Jeśli pójdziesz na strych, to pójdę z tobą na strych. Jeśli do piwnicy, to pójdę do piwnicy. A jeśli masz już dość i pójdziesz do wyjścia, to pójdę za tobą do wyjścia – odparła gładko i nawet się uśmiechnęła, bo jej nerwów na pewno to nie nadszarpnęło i w ten właśnie sposób zapewniła go, że decyzja zależy tylko od niego, bo samego go nie zostawi. Widziała znacznie gorsze rzeczy, a bahanki i bogin… Lekka niedogodność. Bahanki do pozbycia się eliksirem, bogin… Skoro się wiedziało, że zjawa tam siedzi, to można było teraz przyjść przygotowanym i go stąd bardzo łatwo eksmitować. – Skoro wprowadził się tutaj bogin i są tu bahanki, to na pewno poprzedni właściciel nie mieszkał tu już długo. Ale wiesz co, nie jest tak źle – dodała, gdy już wyszli z kuchni, Chris zamknął za nimi drzwi i łypnął na zasłony w salonie. Wyglądały najniewinniej jak tylko się dało, prócz tego, że były trochę zakurzone i wymagały prania, albo przynajmniej zaklęcia czyszczącego. O, Chłoszczyść i wszystkie inne odmiany Victoria miała w małym palcu. – Panowie przodem, panie Rosier – dodała i nawet lekko zachichotała.