06.06.2026, 20:57 ✶
Każdy historyk zapewne zgodzi się, że styczność z osobami, które były świadkami kluczowych wydarzeń w dziejach świata, stanowi nieocenione źródło informacji. Niestety, nie wszystkie osoby są skore do opowiadania, a jeśli już się zgodzą to często robią to w dość chaotyczny sposób. Dlatego gdy ponad 250-letni mecenas zgodził się odpowiedzieć na nurtujące Lanę pytania, czarownica poczuła się szczególnie wyróżniona. Najwyraźniej musiała zrobić na panu Delacour pozytywne wrażenie (albo w jakiś sposób go zaintrygować), gdyż następnie wziął ją pod swoje skrzydła, jako swego rodzaju mentor.
Dzięki wielu odbytym konwersacjom oraz wymienionym listom Dolohovówna zrozumiała, że pan mecenas nie był jedynie biernym świadkiem historii jak zabytek z muzeum, ale przede wszystkim aktywnym twórcą. Wszystkie kodeksy oraz umowy, do których przyłożył rękę, kształtowały przecież życia całych społeczności przez wiele lat. Wampir mógł również szczycić się spostrzegawczą, a dzięki wielowiekowemu żywotowi posiadał unikatową perspektywę. Kto inny mógłby obserwować skutki własnych działań po upływie stu lat?
Pomimo bycia nieumarłym, panu Delacour nie można było odmówić energii ani zaangażowania; wciąż interesował się on światem i zdawał się posiadać opinię na każdy temat. Sposób w jaki przekazywał wiedzę był również niezwykle pociągający: potrafił jednocześnie zaznaczyć swoją pozycję i doświadczenie, bez wywyższania się nad słuchaczem. Gdy doceniał rozmówcę, często sam zaawał pytania by zdobyć nowe informacje. Istne ucieleśnienie noblesse oblige. Dlatego po każdym spotkaniu z nim Lana czuła się mądrzejsza nie tylko w kwestiach historycznych, ale także życiowych (czy nie-życiowych). Mentoring Delacour'a polegał bowiem nie tylko na pomocy Dolohovównie w karierze historyczki, lecz również (a może przede wszystkim) na wsparciu jej w samorozwoju.
A jeśli chodziło o wsparcie, to ostatnimi czasy bardzo go potrzebowała.
Mistrz (jak lubiła o nim myśleć, choć nie zwracali się do siebie w tak oficjalny sposób) przez ostatnie sześć służył jej pomocą oraz dobrą radą. Po tragicznej śmierci matki Lany w pożarze, stanowił więc najbliższy autorytet, do którego mogła się zwrócić z prośbą o rozwianie wątpliwości. Dolohovówna była więc bardzo wdzięczna, że mecenas znalazł dla niej czas w swoim wiecznie wypełnionym spotkaniami kalendarzu.
-- Domyślam się. Chyba dla nikogo nie były one łatwe… – odpowiedziała, zajmując wskazane miejsce. Kącik jej ust mimowolnie uniósł się, kiedy Gustave wymieniał listę niechcianych gości. Większość ludzi obawiała się wizyty nielubianej ciotki, a nie posłańca wróżącego katastrofę polityczną. Cóż, życie długowiecznego prawnika obfitowało w absurdalne sytuacje, które jej pewnie nawet nie przyszłyby do głowy. – Hah, akurat ostatnio wcale nie zajmuję się badaniami. – znał ją na tyle dobrze, by przewidzieć jak zwykle odpowiadała. Zazwyczaj musiał specjalnie nakierowywać rozmowę tak, by ze swojej pasji przeszła na inny temat. Tym razem jednak nie musiał, gdyż żałoba po matce odebrała Lanie siły nawet na czynności, które wcześniej sprawiały jej przyjemność. – Jeśli chodzi o mnie… Przyznam szczerze, że zupełnie sobie nie radzę. Przez ostatnie tygodnie ledwo czułam, że żyję. – to wyznanie było trudne, ale konieczne. – A-ale chciałabym… C-chciałabym znów mieć siłę do życia. – mimo iż jej głos był łamliwy, to dało się w nim wyczuć determinację. Spotkanie z Anthony'm zmotywowało ją do robienia małych kroczków, lecz nie była pewna co konkretnie powinna uczynić. Liczyła, że Gustave pomoże jej w uzyskaniu odpowiedzi.
Dzięki wielu odbytym konwersacjom oraz wymienionym listom Dolohovówna zrozumiała, że pan mecenas nie był jedynie biernym świadkiem historii jak zabytek z muzeum, ale przede wszystkim aktywnym twórcą. Wszystkie kodeksy oraz umowy, do których przyłożył rękę, kształtowały przecież życia całych społeczności przez wiele lat. Wampir mógł również szczycić się spostrzegawczą, a dzięki wielowiekowemu żywotowi posiadał unikatową perspektywę. Kto inny mógłby obserwować skutki własnych działań po upływie stu lat?
Pomimo bycia nieumarłym, panu Delacour nie można było odmówić energii ani zaangażowania; wciąż interesował się on światem i zdawał się posiadać opinię na każdy temat. Sposób w jaki przekazywał wiedzę był również niezwykle pociągający: potrafił jednocześnie zaznaczyć swoją pozycję i doświadczenie, bez wywyższania się nad słuchaczem. Gdy doceniał rozmówcę, często sam zaawał pytania by zdobyć nowe informacje. Istne ucieleśnienie noblesse oblige. Dlatego po każdym spotkaniu z nim Lana czuła się mądrzejsza nie tylko w kwestiach historycznych, ale także życiowych (czy nie-życiowych). Mentoring Delacour'a polegał bowiem nie tylko na pomocy Dolohovównie w karierze historyczki, lecz również (a może przede wszystkim) na wsparciu jej w samorozwoju.
A jeśli chodziło o wsparcie, to ostatnimi czasy bardzo go potrzebowała.
Mistrz (jak lubiła o nim myśleć, choć nie zwracali się do siebie w tak oficjalny sposób) przez ostatnie sześć służył jej pomocą oraz dobrą radą. Po tragicznej śmierci matki Lany w pożarze, stanowił więc najbliższy autorytet, do którego mogła się zwrócić z prośbą o rozwianie wątpliwości. Dolohovówna była więc bardzo wdzięczna, że mecenas znalazł dla niej czas w swoim wiecznie wypełnionym spotkaniami kalendarzu.
-- Domyślam się. Chyba dla nikogo nie były one łatwe… – odpowiedziała, zajmując wskazane miejsce. Kącik jej ust mimowolnie uniósł się, kiedy Gustave wymieniał listę niechcianych gości. Większość ludzi obawiała się wizyty nielubianej ciotki, a nie posłańca wróżącego katastrofę polityczną. Cóż, życie długowiecznego prawnika obfitowało w absurdalne sytuacje, które jej pewnie nawet nie przyszłyby do głowy. – Hah, akurat ostatnio wcale nie zajmuję się badaniami. – znał ją na tyle dobrze, by przewidzieć jak zwykle odpowiadała. Zazwyczaj musiał specjalnie nakierowywać rozmowę tak, by ze swojej pasji przeszła na inny temat. Tym razem jednak nie musiał, gdyż żałoba po matce odebrała Lanie siły nawet na czynności, które wcześniej sprawiały jej przyjemność. – Jeśli chodzi o mnie… Przyznam szczerze, że zupełnie sobie nie radzę. Przez ostatnie tygodnie ledwo czułam, że żyję. – to wyznanie było trudne, ale konieczne. – A-ale chciałabym… C-chciałabym znów mieć siłę do życia. – mimo iż jej głos był łamliwy, to dało się w nim wyczuć determinację. Spotkanie z Anthony'm zmotywowało ją do robienia małych kroczków, lecz nie była pewna co konkretnie powinna uczynić. Liczyła, że Gustave pomoże jej w uzyskaniu odpowiedzi.
She was like a star,
nothing but a beautiful echo of death.
nothing but a beautiful echo of death.