07.06.2026, 08:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.06.2026, 21:29 przez The Hollow.)
– Możesz spróbować mnie okraść na własną rękę, bez dodatkowych instrukcji. Doceniam taktykę, ale ze mną nie załatwisz tego słowem, nawet wierszem. Postaw na zwinność, szybkość i spryt. Przecież nie będę za Tobą biegł, bo pośpiech upokarza, no i pewnie zwymiotowałbym sobie na buty.
Był ciekaw, czy sugerował to wszystko przez skojarzenie z cyrkiem, czy ze względu na jego wcześniejszą dociekliwość, czy z racji ogólnego wyszczekania. Eugene był dość odporny na gadkę, taką czy inną, bo sam pracował w tej materii od lat, a wcześniej, jako dziecko, pozwalał się tak mamić. Wiedział, że słowa, choć czasem tworzą najpiękniejsze światy, bardziej zaciemniają niż rozjaśniają, dlatego w osobistym sprzeciwie, przynajmniej prywatnie, rozmawiał z innymi możliwie bezpośrednio i raczej prostolinijnie. Starał się żyć uczciwie, nie prowokować tych czy innych bogów niepotrzebnymi grzechami.
– Nie każda dusza znika po śmierci.
Nie wchodził w to głębiej, uznając, że należy ten poranny eros thanatos zdusić w zarodku, zanim na dobre przyklei się do jego dnia jak gówno do buta. Jasnowłosy często myślał o śmierci jak o wybawieniu; nadejściu Mesjasza, który teraz będzie go tylko kochał, całował w skronie i głaskał po głowie, ale wiedział, że ta fantazja to zamiennik dla marzenia o świętym spokoju, a niekoniecznie pragnienie niebytu, o którym wspominał Dægberht. Mógł sobie gadać, jednak nie posunąłby się dalej. Pielęgnował w sobie tę ostatnią cząstkę bogobojności i strachu przed ogniem piekielnym, którą zapewniło mu religijne wychowanie.
– Jest dokładnie przeciwnie, piękna istotko. Rozmawiam z ludźmi, by czuć się bliżej żywych.
Otworzył drzwi, które nie były zamknięte, i ruszył przodem. Wewnątrz pachniało starym drewnem, deszczem i kadzidłami, głównie olibanum i sandałowcem. Późno dotarło do niego, że jeśli chce się zachować przed kimś tajemnice, niemądrym jest zapraszanie tej osoby do domu, o ile nie jest upośledzona umysłowo, co istotnie wpływa na zdolność do wyciągania wniosków.
Wnętrze wozu prezentowało się nie inaczej niż on sam: może nie katastrofalnie, ale też nie na tyle dobrze, by gościć arystokratów. Było ciasne i zagracone, utrzymane w ujmującym nieładzie, choć pozbawione rzeczywistego brudu i kurzu. Księgi piętrzyły się na półkach i podłodze, tworząc chwiejne wieże złożone z rozpraw, starych kronik i zeszytów. W jakimś sensie było to też muzeum dewocjonaliów, które nie pasowały do jednej tradycji religijnej i jako takie nie tworzyły wspólnej całości – kilka różańców, talizmany i amulety, a przy tym figurki bóstw pochodzących z odległych miejsc. Najbardziej lubił jedną, stojącą na parapecie. Drewnianego Anubisa. W tym wszystkim wyróżniało się łóżko, nienagannie uścielone piękną, satynową narzutą w kolorze nocnego nieba, ze starannie wyszytymi złotą nicią gwiazdami. Jeśli jakiś przedmiot był w tym całym rozgardiaszu rzeczywiście cenny, to właśnie ten. Eugene usiadł na skraju skrzypiącego materaca, sięgając po blaszany czajnik, który ustawił na turystycznej kuchence gazowej, wcześniej zdejmując z niej garnuszek z woskiem pozostały po robieniu świec. Obiecał mu herbatę i zamierzał wywiązać się ze swoich słów. Złapał jego spojrzenie swoim. Chłopak mógł stać, oprzeć się o szafkę albo usiąść obok.
– Opowiesz mi o swoim wyznaniu?
Był ciekaw, czy sugerował to wszystko przez skojarzenie z cyrkiem, czy ze względu na jego wcześniejszą dociekliwość, czy z racji ogólnego wyszczekania. Eugene był dość odporny na gadkę, taką czy inną, bo sam pracował w tej materii od lat, a wcześniej, jako dziecko, pozwalał się tak mamić. Wiedział, że słowa, choć czasem tworzą najpiękniejsze światy, bardziej zaciemniają niż rozjaśniają, dlatego w osobistym sprzeciwie, przynajmniej prywatnie, rozmawiał z innymi możliwie bezpośrednio i raczej prostolinijnie. Starał się żyć uczciwie, nie prowokować tych czy innych bogów niepotrzebnymi grzechami.
– Nie każda dusza znika po śmierci.
Nie wchodził w to głębiej, uznając, że należy ten poranny eros thanatos zdusić w zarodku, zanim na dobre przyklei się do jego dnia jak gówno do buta. Jasnowłosy często myślał o śmierci jak o wybawieniu; nadejściu Mesjasza, który teraz będzie go tylko kochał, całował w skronie i głaskał po głowie, ale wiedział, że ta fantazja to zamiennik dla marzenia o świętym spokoju, a niekoniecznie pragnienie niebytu, o którym wspominał Dægberht. Mógł sobie gadać, jednak nie posunąłby się dalej. Pielęgnował w sobie tę ostatnią cząstkę bogobojności i strachu przed ogniem piekielnym, którą zapewniło mu religijne wychowanie.
– Jest dokładnie przeciwnie, piękna istotko. Rozmawiam z ludźmi, by czuć się bliżej żywych.
Otworzył drzwi, które nie były zamknięte, i ruszył przodem. Wewnątrz pachniało starym drewnem, deszczem i kadzidłami, głównie olibanum i sandałowcem. Późno dotarło do niego, że jeśli chce się zachować przed kimś tajemnice, niemądrym jest zapraszanie tej osoby do domu, o ile nie jest upośledzona umysłowo, co istotnie wpływa na zdolność do wyciągania wniosków.
Wnętrze wozu prezentowało się nie inaczej niż on sam: może nie katastrofalnie, ale też nie na tyle dobrze, by gościć arystokratów. Było ciasne i zagracone, utrzymane w ujmującym nieładzie, choć pozbawione rzeczywistego brudu i kurzu. Księgi piętrzyły się na półkach i podłodze, tworząc chwiejne wieże złożone z rozpraw, starych kronik i zeszytów. W jakimś sensie było to też muzeum dewocjonaliów, które nie pasowały do jednej tradycji religijnej i jako takie nie tworzyły wspólnej całości – kilka różańców, talizmany i amulety, a przy tym figurki bóstw pochodzących z odległych miejsc. Najbardziej lubił jedną, stojącą na parapecie. Drewnianego Anubisa. W tym wszystkim wyróżniało się łóżko, nienagannie uścielone piękną, satynową narzutą w kolorze nocnego nieba, ze starannie wyszytymi złotą nicią gwiazdami. Jeśli jakiś przedmiot był w tym całym rozgardiaszu rzeczywiście cenny, to właśnie ten. Eugene usiadł na skraju skrzypiącego materaca, sięgając po blaszany czajnik, który ustawił na turystycznej kuchence gazowej, wcześniej zdejmując z niej garnuszek z woskiem pozostały po robieniu świec. Obiecał mu herbatę i zamierzał wywiązać się ze swoich słów. Złapał jego spojrzenie swoim. Chłopak mógł stać, oprzeć się o szafkę albo usiąść obok.
– Opowiesz mi o swoim wyznaniu?