Dużo łatwiej byłoby udawać, że jest to zaledwie towarzyska wizyta. Niezobowiązująca. Podobna do tych, które składali sobie w przeszłości. Zwłaszcza, że dawniej - tych cztery, pięć, może nieco więcej lat temu - cóż, w tamtym czasie wszystko było dużo mniej skomplikowane. Czasami nawet za tym tęskniłem, choć nie na tyle, żeby żałować podjętch decyzji; decyzji, które zaprowadziły mnie do mojego obecnego miejsca.
Nie byłem w stanie powstrzymać uśmiechu, który przez chwilę gościł na mojej twarzy. Rozbawienia wywołanego wypowiedzianymi przez nią słowami. Zwłaszcza, że wspomniana ucieczka na Karaiby nie była czymś do końca nieprawdopodobnym. Mogłem sobie nawet to wyobrazić, choć oczywiście zdawałem sobie sprawę, że wszystko wyglądało inaczej. Musiało. Niektórzy zapewne byliby w stanie dostrzec w tej reakcji pewną tęsknotę. Za dawnymi czasami, dawnymi znajomościami. Za samą Brenną?
Dobrze, że owijanie w bawełnę i unikanie właściwego tematu nie zajęło większej ilości czasu.
Kiwnąłem raz i drugi głową, słuchając tego, co miała do powiedzenia na temat sprawy Nobby'ego Leach'a. Tej, która go tutaj sprowadziła. Nie śpieszyłem się z odpowiedzią, kontynuowaniem rozmowy. Longbottom mogła dostrzec, że zmieniła się moja postawa, wyraz twarzy. Wcześniejsze rozbawienie, zastąpiła powaga. Pozwoliłem sobie na to, żeby tym razem to moja stopa wprawiła w ruch huśtawkę. Raz, drugi. Trzeci również.
- Czasami podziwiam Twoje dążenie do prawdy, ale to już powinnaś wiedzieć. - Wreszcie zaczynam. Ostrożnie dobieram kolejne słowa, starając się nie powiedzieć czegoś niewłaściwego. Zbędnego? Zdradzającego zbyt wiele na temat sprawy, mojego udziału, innych zaangażowanych osób. - Czasami jednak trzeba pozwolić, żeby sprawy biegły swoim torem i nie wychylać się przed szereg. Dla własnego dobra, dla bezpieczeństwa swoich bliskich... - Kontynuuje, przenosząc spojrzenie z powrotem na znajomą twarz. - Nie powinienem tego mówić, nie powinno mnie tutaj być, ale... - Ruch lewej ręki, przerwany mniej niż w połowie, wskazywać mógłby na chęć wyciągnięcia jej w kierunku Brenny. Impuls, z którymi od zawsze było mi po drodze. Nie zawsze jednak wynikało z nich coś dobrego. - Za tym wszystkim stoją ludzi znacznie więksi niż my, sama powinnaś zdawać sobie z tego sprawę, i wiem, że jeśli nie przestaniesz w tym grzebać, nie zakończy się to dla Ciebie dobrze.
- Dla mnie zapewne też nie, jeśli informacja o tej wizycie dotrze do niewłaściwych uszu... - Tego jednak nie zdecydowałem się już powiedzieć na głos. Zwłaszcza, że dotyczyło tylko mnie, było moim ryzykiem. Niczyim więcej. I nikogo więcej, rzecz jasna jak słońce, nie zamierzałem w to wciągać.