07.06.2026, 17:19 ✶
Przez krótką chwilę patrzyłem na ciemniejące niebo za oknem, burzowe chmury zbierały się coraz gęściej nad posiadłością, ciężkie i granatowe, przecinane sporadycznymi błyskami światła gdzieś daleko na horyzoncie. Nie wiedziałem, co dokładnie się zmieniło, ale coś zdecydowanie się zmieniło, we mnie i w otaczającym mnie świecie, jeszcze kilka miesięcy wcześniej ktoś musiałby mnie zakląć albo porządnie uderzyć w głowę, żebym dobrowolnie siedział na dupie, nie myśląc o szukaniu szczęścia gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, i zastanawiał się nad tym, jak bardzo cieszyła mnie obecność drugiego człowieka, a jednak właśnie tym się teraz zajmowałem. Co gorsza, nie miałem nawet ochoty z tym walczyć, bo za każdym razem, gdy przypominałem sobie jej uśmiech albo sposób, w jaki wtulała się we mnie nad ranem, w mojej klatce piersiowej rozlewało się coś ciepłego i spokojnego, czego nie potrafiłem ani nazwać, ani skutecznie zignorować.
Za oknami zbierały się ciężkie chmury, powietrze było duszne, pełne tej charakterystycznej ciszy poprzedzającej burzę, gdy cały świat wydawał się czekać na pierwszy głośny grzmot, wrzosowiska w oddali ciemniały z każdą minutą, a korony drzew poruszały się coraz niespokojniej pod naporem wzmagającego się wiatru. Lubiłem taką pogodę, było w niej coś idealnie pasującego do chaosu, jaki zazwyczaj odczuwałem…
Usłyszałem kroki, lecz zareagowałem na nie dopiero wtedy, gdy były już całkiem blisko, nie odwróciłem się od razu, ale uśmiechnąłem się pod nosem, bo rozpoznawałem je coraz łatwiej, zdecydowanie bardziej intuicyjnie, niż powinienem. To było absurdalne, bo rezydencja pełna była ludzi, a jednak moje ciało nauczyło się już wychwytywać jej obecność szybciej, niż chciałbym przyznać. Jeszcze niedawno uznałbym podobną umiejętność za niepokojący objaw, teraz natomiast przyjmowałem ją z zaskakującym spokojem. Biorąc pod uwagę ostatnie miesiące, można było uznać, że całkiem spora część moich decyzji należała do kategorii wątpliwych, tylko że akurat tej jednej, stojącej już praktycznie obok mnie, nie zamierzałem wrzucać do tego samego worka, choć zdrowy rozsądek prawdopodobnie próbowałby protestować. Dopiero gdy odezwała się zza moich pleców, odwróciłem lekko głowę przez ramię.
Nadal nie byłem do tego przyzwyczajony, do tego, że czyjaś obecność potrafiła poprawić mi humor bardziej niż dobra whisky, pełna sakiewka galeonów albo tydzień bez żadnej klątwy próbującej urwać mi rękę.
- Zdążyłem. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, obserwując Pruey, gdy podchodziła bliżej. - Chociasz pszy tempie, w jakim zbielają się chmuly, pewnie zablakło niewiele. Jeszcze godzina i wlaaałbym tu wpław. - Moje spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła rozmowa, nie miałem nawet najmniejszego zamiaru udawać, że tego nie robiłem, po wydarzeniach ostatnich dni wydawało się to pozbawione sensu, szczególnie że sam coraz częściej łapałem się na tym, że po prostu lubiłem na nią patrzeć.
Kiedy znalazła się tuż obok mnie i po krótkim zawahaniu wtuliła się w moje ramię, nie zastanawiałem się ani chwili - objąłem Prue odruchowo wolnym ramieniem, przyciągając ją nieco bliżej, jakby był to najbardziej naturalny gest na świecie, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej prawdopodobnie wywołałby u mnie przynajmniej krótkie zwarcie w układzie nerwowym, teraz nie musiałem się nad tym zastanawiać. Nie analizowałem, nie szukałem drugiego dna, po prostu oparłem policzek na czubku jej głowy na krótką chwilę i spojrzałem za okno, gdzie ciężkie chmury zwiastowały nadciągające apogeum gniewu żywiołu, zbierając się coraz gęściej nad dachami rezydencji. Przez krótką chwilę nie powiedziałem nic, słuchałem jedynie odległego pomruku grzmotu, który przetoczył się gdzieś nad wzgórzami, i czułem jej ciepło przy swoim boku. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej podobna scena wydałaby mi się czymś kompletnie nieprawdopodobnym, a teraz stała się częścią mojego dnia tak naturalnie, że dopiero po czasie docierało do mnie, jak bardzo wszystko się zmieniło.
Właśnie wtedy ponownie rozległo się charakterystyczne stuknięcie o szybę, zmarszczyłem lekko brwi i przeniosłem wzrok na okno, tym razem wreszcie dostrzegając, iż na przeciwległym parapecie rzeczywiście siedziała sowa, mokra od wilgoci unoszącej się w powietrzu i wyraźnie niezadowolona z faktu, że musi czekać. Przez chwilę patrzyła na nas z tak oskarżycielskim wyrazem ślepi, jakbyśmy osobiście odpowiadali za zbliżającą się wichurę.
Nie puściłem Prudence od razu, jeszcze przez moment stałem z ramieniem przewieszonym przez jej barki, ciesząc się tą krótką, spokojną chwilą, zanim rzeczywistość znowu postanowi się o coś upomnieć. Dopiero kiedy ptak stuknął dziobem w szybę po raz kolejny, wyraźnie tracąc cierpliwość, niechętnie odsunąłem się od niej i ruszyłem w stronę ptaka.
- Dobsze, dobsze, jusz idę. - Pokręciłem głową, podchodząc bliżej, otworzyłem okno dokładnie w chwili, gdy rozległ się kolejny mocny huk, pierwszy silniejszy podmuch wiatru wdarł się do środka wraz z zapachem deszczu i mokrej ziemi. Sowa natychmiast sfrunęła do kuchni, dopiero wtedy zauważyłem przywiązaną do jej nogi kopertę, odwiązując ją w akompaniamencie niezadowolonych pohukiwań, brzmiących przy okazji dostatecznie pospieszająco, bym zaledwie minutę później wypuścił posłańca z powrotem na zewnątrz. Nie rozpoznałem ani ptaka, ani charakteru przesyłki, ale na razie nie poświęciłem temu większej uwagi, najpierw zamknąłem okno przed coraz silniejszym wiatrem, a potem obróciłem się w kierunku mojej dziewczyny, lekko wzruszywszy ramionami, gdy napotkałem jej spojrzenie.
Za oknami zbierały się ciężkie chmury, powietrze było duszne, pełne tej charakterystycznej ciszy poprzedzającej burzę, gdy cały świat wydawał się czekać na pierwszy głośny grzmot, wrzosowiska w oddali ciemniały z każdą minutą, a korony drzew poruszały się coraz niespokojniej pod naporem wzmagającego się wiatru. Lubiłem taką pogodę, było w niej coś idealnie pasującego do chaosu, jaki zazwyczaj odczuwałem…
Usłyszałem kroki, lecz zareagowałem na nie dopiero wtedy, gdy były już całkiem blisko, nie odwróciłem się od razu, ale uśmiechnąłem się pod nosem, bo rozpoznawałem je coraz łatwiej, zdecydowanie bardziej intuicyjnie, niż powinienem. To było absurdalne, bo rezydencja pełna była ludzi, a jednak moje ciało nauczyło się już wychwytywać jej obecność szybciej, niż chciałbym przyznać. Jeszcze niedawno uznałbym podobną umiejętność za niepokojący objaw, teraz natomiast przyjmowałem ją z zaskakującym spokojem. Biorąc pod uwagę ostatnie miesiące, można było uznać, że całkiem spora część moich decyzji należała do kategorii wątpliwych, tylko że akurat tej jednej, stojącej już praktycznie obok mnie, nie zamierzałem wrzucać do tego samego worka, choć zdrowy rozsądek prawdopodobnie próbowałby protestować. Dopiero gdy odezwała się zza moich pleców, odwróciłem lekko głowę przez ramię.
Nadal nie byłem do tego przyzwyczajony, do tego, że czyjaś obecność potrafiła poprawić mi humor bardziej niż dobra whisky, pełna sakiewka galeonów albo tydzień bez żadnej klątwy próbującej urwać mi rękę.
- Zdążyłem. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, obserwując Pruey, gdy podchodziła bliżej. - Chociasz pszy tempie, w jakim zbielają się chmuly, pewnie zablakło niewiele. Jeszcze godzina i wlaaałbym tu wpław. - Moje spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła rozmowa, nie miałem nawet najmniejszego zamiaru udawać, że tego nie robiłem, po wydarzeniach ostatnich dni wydawało się to pozbawione sensu, szczególnie że sam coraz częściej łapałem się na tym, że po prostu lubiłem na nią patrzeć.
Kiedy znalazła się tuż obok mnie i po krótkim zawahaniu wtuliła się w moje ramię, nie zastanawiałem się ani chwili - objąłem Prue odruchowo wolnym ramieniem, przyciągając ją nieco bliżej, jakby był to najbardziej naturalny gest na świecie, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej prawdopodobnie wywołałby u mnie przynajmniej krótkie zwarcie w układzie nerwowym, teraz nie musiałem się nad tym zastanawiać. Nie analizowałem, nie szukałem drugiego dna, po prostu oparłem policzek na czubku jej głowy na krótką chwilę i spojrzałem za okno, gdzie ciężkie chmury zwiastowały nadciągające apogeum gniewu żywiołu, zbierając się coraz gęściej nad dachami rezydencji. Przez krótką chwilę nie powiedziałem nic, słuchałem jedynie odległego pomruku grzmotu, który przetoczył się gdzieś nad wzgórzami, i czułem jej ciepło przy swoim boku. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej podobna scena wydałaby mi się czymś kompletnie nieprawdopodobnym, a teraz stała się częścią mojego dnia tak naturalnie, że dopiero po czasie docierało do mnie, jak bardzo wszystko się zmieniło.
Właśnie wtedy ponownie rozległo się charakterystyczne stuknięcie o szybę, zmarszczyłem lekko brwi i przeniosłem wzrok na okno, tym razem wreszcie dostrzegając, iż na przeciwległym parapecie rzeczywiście siedziała sowa, mokra od wilgoci unoszącej się w powietrzu i wyraźnie niezadowolona z faktu, że musi czekać. Przez chwilę patrzyła na nas z tak oskarżycielskim wyrazem ślepi, jakbyśmy osobiście odpowiadali za zbliżającą się wichurę.
Nie puściłem Prudence od razu, jeszcze przez moment stałem z ramieniem przewieszonym przez jej barki, ciesząc się tą krótką, spokojną chwilą, zanim rzeczywistość znowu postanowi się o coś upomnieć. Dopiero kiedy ptak stuknął dziobem w szybę po raz kolejny, wyraźnie tracąc cierpliwość, niechętnie odsunąłem się od niej i ruszyłem w stronę ptaka.
- Dobsze, dobsze, jusz idę. - Pokręciłem głową, podchodząc bliżej, otworzyłem okno dokładnie w chwili, gdy rozległ się kolejny mocny huk, pierwszy silniejszy podmuch wiatru wdarł się do środka wraz z zapachem deszczu i mokrej ziemi. Sowa natychmiast sfrunęła do kuchni, dopiero wtedy zauważyłem przywiązaną do jej nogi kopertę, odwiązując ją w akompaniamencie niezadowolonych pohukiwań, brzmiących przy okazji dostatecznie pospieszająco, bym zaledwie minutę później wypuścił posłańca z powrotem na zewnątrz. Nie rozpoznałem ani ptaka, ani charakteru przesyłki, ale na razie nie poświęciłem temu większej uwagi, najpierw zamknąłem okno przed coraz silniejszym wiatrem, a potem obróciłem się w kierunku mojej dziewczyny, lekko wzruszywszy ramionami, gdy napotkałem jej spojrzenie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)