07.06.2026, 18:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.06.2026, 18:35 przez Samuel McGonagall.)
Samuel ostatnio nieco częściej był w warsztacie niż nie był.
Nawet jeśli była w nim ona.
Te krzyki. Te emocje.
Czy to służyło robocie?
Szczerze wątpił, a słowa które dobiegały do niego przez ścianę o adoptowanym synu drastycznie nie pomagały.
Dlatego trzymał się na uboczu, nie chcąc być na trajektorii tego huraganu, nie rozumiejąc go i trochę się go bojąc. Jego matka byłaby bardzo niezadowolona, że w ogóle przebywa w towarzystwie takiej osoby. Nie żeby jego matka miała jakikolwiek wpływ na cokolwiek, skoro okłamywała go całe życie tylko po to by siedem lat temu przemienić się w ptaka i zniknąć.
Wdech. Wydech
Uderzenie czołem o blat stołu. Przyspieszony, drżący oddech znad kolejnego niepowodzenia.
Dźwięki, których absolutnie nie powinno tu być.
Samuel nigdy nie odmawiał pomocy, taki już był. Teoretycznie córka pana Ollivandera nie prosiła o pomoc ale…
Podszedł do niej cicho, a wraz z nim zapach mokrej ziemi i lasu, nim dotknie go ludzka stopa i ostrze siekiery. Sięgnął po pudełko, obejrzał je z kilku stron. Robota łatwa. Zdradliwa. Materiał zmarnowany. Spod nierówno obciętej strzechy jasnych jak len włosów patrzył na Septimę dwa bardzo smutne błękity. A potem sapnął, jakby sam zły na siebie za to, że zapyta:
– Jak ma na imię? – potrzebował tego, bo przedmioty był powiązane z właścicielami. Już nie patrzył na nią, patrzenie komuś w oczy było bardzo trudne. Ludzie ranili go ostatnio bardzo i jakoś nie miał zwyczajnie zaufania, ani do nich ani do siebie. Ale nie potrafił odmówić. Nawet jesli nie poprosiła.
Zamiast tego wziął deski, wziął heble i klej i zaczął robić pudełko.
Leviathan.
Nie miał pojęcia kim był. Nie miało to znaczenia. Nie robił tego pudełka dla niego.
Rzemiosło ◉◉◉○○ na pudełko dla Leviathana
.. cóż, może nie było pisane temu mężczyźnie mieć możliwości błogosławieństwa przodków? Może to błogosławieństwo nie miało przyjść z tej pracowni.
Sam miał jeszcze kilka listów z prośbami u siebie w kieszeni, dotyczących lampionów czy tych nieszczęsnych pudełek właśnie. Może powinien pójść zapytać pana Ollivandera o to co robią nie tak? Przygryzł wargę uciekając wzrokiem ku drzwiom, a potem uśmiechnął się krzywo. Nie był za dobry w słowa i w bezpośrednie konfrontacje. Szczególnie że za moment powinien powiedzieć do drugiej z pracujących tu osób...
- Wybacz... mi też nie wyszło... - Poczucie winy momentalnie zalało jego wrażliwą duszę, wyszedł więc na moment, aby zaparzyć herbaty. Dla pana Ollivandera, dla jego córki i dla siebie.
Ponoć herbata pomagała, gdy robota nie szła. Tak zawsze powtarzał mu jego mistrz.
Nawet jeśli była w nim ona.
Te krzyki. Te emocje.
Czy to służyło robocie?
Szczerze wątpił, a słowa które dobiegały do niego przez ścianę o adoptowanym synu drastycznie nie pomagały.
Dlatego trzymał się na uboczu, nie chcąc być na trajektorii tego huraganu, nie rozumiejąc go i trochę się go bojąc. Jego matka byłaby bardzo niezadowolona, że w ogóle przebywa w towarzystwie takiej osoby. Nie żeby jego matka miała jakikolwiek wpływ na cokolwiek, skoro okłamywała go całe życie tylko po to by siedem lat temu przemienić się w ptaka i zniknąć.
Wdech. Wydech
Uderzenie czołem o blat stołu. Przyspieszony, drżący oddech znad kolejnego niepowodzenia.
Dźwięki, których absolutnie nie powinno tu być.
Samuel nigdy nie odmawiał pomocy, taki już był. Teoretycznie córka pana Ollivandera nie prosiła o pomoc ale…
Podszedł do niej cicho, a wraz z nim zapach mokrej ziemi i lasu, nim dotknie go ludzka stopa i ostrze siekiery. Sięgnął po pudełko, obejrzał je z kilku stron. Robota łatwa. Zdradliwa. Materiał zmarnowany. Spod nierówno obciętej strzechy jasnych jak len włosów patrzył na Septimę dwa bardzo smutne błękity. A potem sapnął, jakby sam zły na siebie za to, że zapyta:
– Jak ma na imię? – potrzebował tego, bo przedmioty był powiązane z właścicielami. Już nie patrzył na nią, patrzenie komuś w oczy było bardzo trudne. Ludzie ranili go ostatnio bardzo i jakoś nie miał zwyczajnie zaufania, ani do nich ani do siebie. Ale nie potrafił odmówić. Nawet jesli nie poprosiła.
Zamiast tego wziął deski, wziął heble i klej i zaczął robić pudełko.
Leviathan.
Nie miał pojęcia kim był. Nie miało to znaczenia. Nie robił tego pudełka dla niego.
Rzemiosło ◉◉◉○○ na pudełko dla Leviathana
Rzut Z 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana
.. cóż, może nie było pisane temu mężczyźnie mieć możliwości błogosławieństwa przodków? Może to błogosławieństwo nie miało przyjść z tej pracowni.
Sam miał jeszcze kilka listów z prośbami u siebie w kieszeni, dotyczących lampionów czy tych nieszczęsnych pudełek właśnie. Może powinien pójść zapytać pana Ollivandera o to co robią nie tak? Przygryzł wargę uciekając wzrokiem ku drzwiom, a potem uśmiechnął się krzywo. Nie był za dobry w słowa i w bezpośrednie konfrontacje. Szczególnie że za moment powinien powiedzieć do drugiej z pracujących tu osób...
- Wybacz... mi też nie wyszło... - Poczucie winy momentalnie zalało jego wrażliwą duszę, wyszedł więc na moment, aby zaparzyć herbaty. Dla pana Ollivandera, dla jego córki i dla siebie.
Ponoć herbata pomagała, gdy robota nie szła. Tak zawsze powtarzał mu jego mistrz.