07.06.2026, 20:49 ✶
Za oknem rozległ się kolejny grzmot, tym razem bliższy, deszcz zaczął już na dobre bębnić o szyby, gęstymi smugami spływając po szkle i rozmazując krajobraz za oknem w szaro-zieloną plamę. Kuchnia wydawała się przez to jeszcze bardziej odcięta od reszty świata, ciepła i bezpieczna w kontraście do szalejącego na zewnątrz żywiołu.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej uwagę o pływaniu, nie było w tym nawet przesady, znała mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że gdybym naprawdę musiał wrócić do rezydencji podczas ulewy, prawdopodobnie próbowałbym dotrzeć tutaj za wszelką cenę, a dopiero później zastanawiał się, czy był to rozsądny pomysł. Rozsądek i ja od dawna utrzymywaliśmy raczej luźną znajomość, nie należał on do najbardziej wyrazistych cech mojego charakteru i nic się pod tym względem nie zmieniło przez ostatnie lata.
W świetle nadciągających chmur ogród wydawał się ciemniejszy niż jeszcze pół godziny wcześniej, a wiatr szarpał gałęziami drzew coraz mocniej, zmuszając je do uginania się pod kolejnymi podmuchami, Exmoor miało w sobie coś szczególnego podczas takich chwil, coś dzikiego i surowego, jakby cała okolica przypominała człowiekowi, że natura potrafi być piękna dokładnie dlatego, że nie przejmuje się ludzkimi planami. Sowa, która chwilę wcześniej przyniosła grubą, podejrzanie ciężką kopertę, odleciała tak samo niespodziewanie, jak się zjawiła, zostaliśmy sami. Normalnie pewnie od razu zainteresowałbym się listem, szczególnie takim, który przyleciał bez adresu zwrotnego i najwyraźniej wymagał dostarczenia mimo coraz gorszej pogody, ale tego dnia wyjątkowo trudno było mi skupić się na czymkolwiek innym niż kobieta stojąca kilka kroków ode mnie.
- Obstawiasz glośby śmielsi, plóbę wyłudzenia pieniędzy czy mosze wleszcie ktoś postanowił napisaś oficjalny list s glatulacjami za całokształt moich katastlofalnych decyzji szyciowych? - Mruknąłem pod nosem, cicho, lecz bez wątpienia kierując te słowa w stronę mojej dziewczyny, nawet jeśli zwróciłem wzrok w kierunku przesyłki. - Mosliwe, sze to zlecenie. - Przyznałem po chwili. - Mosliwe tesz, sze ktoś chce spszedaś mi cudowny eliksil na polost włosów albo pszekonaś mnie, sze jestem dawno zaginionym księciem jakiegoś egzotycznego państwa. Nigdy nie naleszy wykluczaś najbalsiej plawdopodobnych opcji. - Mrugnąłem do niej, unosząc wzrok. Przeszedłem kilka kroków z powrotem w jej stronę, nie otwierając jeszcze listu, coś we mnie opierało się temu przez tych kilka dodatkowych sekund, jakbym podświadomie nie chciał wpuszczać do tego domu niczego z zewnątrz, chociaż przecież już to zrobiłem, pozwalając sowie wlecieć do środka. Ten dzień był jednak dziwnie dobry, nie idealny, bo takich nie było, ale wystarczająco spokojny, żebym miał ochotę zatrzymać go jeszcze na chwilę dokładnie takim, jaki był.
- Poza tym jesteś świadoma, sze właśnie oblaziłaś moją leputasję lekkoducha? - Zapytałem, zatrzymując się obok niej. - Sugelujesz, sze jeśli dostanę wezwanie, natychmiast szusę wszystko, wyskoczę pszes okno i pobiegnę latowaś świat pszed kolejną katastlofą? - Pochyliłem głowę nieco niżej, przyglądając jej się z rozbawieniem. - Myślałem, sze pamiętasz, jakim jestem egoistą, kochanie. Jeśli to nie zapowiedź apokalipsy, nie popsuje nam leszty dnia. Słowo halcesza. - Słynne „ostatnie słowa”… Anonimowy list nadal ciążył mi w dłoni, jeszcze go nie otworzyłem, jeszcze przez kilka sekund mogłem udawać, że świat pozostaje dokładnie taki jak przed chwilą, że nie kryje się w nim żadna przykra niespodzianka, żadna tragedia ani żaden problem czekający tuż za rogiem i… Może właśnie dlatego zwlekałem… Bo po raz pierwszy od bardzo dawna miałem coś, czego naprawdę nie chciałem wypuszczać z rąk, nie tylko metaforycznie, nawet na moment.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej uwagę o pływaniu, nie było w tym nawet przesady, znała mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że gdybym naprawdę musiał wrócić do rezydencji podczas ulewy, prawdopodobnie próbowałbym dotrzeć tutaj za wszelką cenę, a dopiero później zastanawiał się, czy był to rozsądny pomysł. Rozsądek i ja od dawna utrzymywaliśmy raczej luźną znajomość, nie należał on do najbardziej wyrazistych cech mojego charakteru i nic się pod tym względem nie zmieniło przez ostatnie lata.
W świetle nadciągających chmur ogród wydawał się ciemniejszy niż jeszcze pół godziny wcześniej, a wiatr szarpał gałęziami drzew coraz mocniej, zmuszając je do uginania się pod kolejnymi podmuchami, Exmoor miało w sobie coś szczególnego podczas takich chwil, coś dzikiego i surowego, jakby cała okolica przypominała człowiekowi, że natura potrafi być piękna dokładnie dlatego, że nie przejmuje się ludzkimi planami. Sowa, która chwilę wcześniej przyniosła grubą, podejrzanie ciężką kopertę, odleciała tak samo niespodziewanie, jak się zjawiła, zostaliśmy sami. Normalnie pewnie od razu zainteresowałbym się listem, szczególnie takim, który przyleciał bez adresu zwrotnego i najwyraźniej wymagał dostarczenia mimo coraz gorszej pogody, ale tego dnia wyjątkowo trudno było mi skupić się na czymkolwiek innym niż kobieta stojąca kilka kroków ode mnie.
- Obstawiasz glośby śmielsi, plóbę wyłudzenia pieniędzy czy mosze wleszcie ktoś postanowił napisaś oficjalny list s glatulacjami za całokształt moich katastlofalnych decyzji szyciowych? - Mruknąłem pod nosem, cicho, lecz bez wątpienia kierując te słowa w stronę mojej dziewczyny, nawet jeśli zwróciłem wzrok w kierunku przesyłki. - Mosliwe, sze to zlecenie. - Przyznałem po chwili. - Mosliwe tesz, sze ktoś chce spszedaś mi cudowny eliksil na polost włosów albo pszekonaś mnie, sze jestem dawno zaginionym księciem jakiegoś egzotycznego państwa. Nigdy nie naleszy wykluczaś najbalsiej plawdopodobnych opcji. - Mrugnąłem do niej, unosząc wzrok. Przeszedłem kilka kroków z powrotem w jej stronę, nie otwierając jeszcze listu, coś we mnie opierało się temu przez tych kilka dodatkowych sekund, jakbym podświadomie nie chciał wpuszczać do tego domu niczego z zewnątrz, chociaż przecież już to zrobiłem, pozwalając sowie wlecieć do środka. Ten dzień był jednak dziwnie dobry, nie idealny, bo takich nie było, ale wystarczająco spokojny, żebym miał ochotę zatrzymać go jeszcze na chwilę dokładnie takim, jaki był.
- Poza tym jesteś świadoma, sze właśnie oblaziłaś moją leputasję lekkoducha? - Zapytałem, zatrzymując się obok niej. - Sugelujesz, sze jeśli dostanę wezwanie, natychmiast szusę wszystko, wyskoczę pszes okno i pobiegnę latowaś świat pszed kolejną katastlofą? - Pochyliłem głowę nieco niżej, przyglądając jej się z rozbawieniem. - Myślałem, sze pamiętasz, jakim jestem egoistą, kochanie. Jeśli to nie zapowiedź apokalipsy, nie popsuje nam leszty dnia. Słowo halcesza. - Słynne „ostatnie słowa”… Anonimowy list nadal ciążył mi w dłoni, jeszcze go nie otworzyłem, jeszcze przez kilka sekund mogłem udawać, że świat pozostaje dokładnie taki jak przed chwilą, że nie kryje się w nim żadna przykra niespodzianka, żadna tragedia ani żaden problem czekający tuż za rogiem i… Może właśnie dlatego zwlekałem… Bo po raz pierwszy od bardzo dawna miałem coś, czego naprawdę nie chciałem wypuszczać z rąk, nie tylko metaforycznie, nawet na moment.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)