08.06.2026, 12:10 ✶
Zamówienie
Septima podskórnie wiedziała, że jeśli tylko straci rezon i da się ponieść pogniecionemu jak pościel po niespokojnej nocy, ego, to w okolic zmaterializuje się Sam, bo jakże by inaczej – porażkę pracy miałaby przeżywać sama? Z ojcem? Nie, świadkiem wszystkiego oczywiście musiał być również Samuel. Bo takie było prawo żenujących porażek, stawały się, aby przez kolejne dziesięć lat wybudzać z środka nocy, przekręcać wnętrzności i wyginać palce u stóp.
Dlatego też na widok mężczyzny, zwinęła dolną wargę w grymasie zakłopotanego uśmiechu, choć z uśmiechem nie miało to nic wspólnego. Kiwnęła głową, gdy tylko podszedł, jakby w zgodzie ze sobą, że ktoś powinien na jej pracę faktycznie spojrzeć, albo jakoś wyłowić z podłej passy. Nie sposób było nie poczuć ziemnej woni, która która przylgnęła do niego mocniej niż zapach londyńskich ulic.
Ale to nie na jego zapach wzdrygnęła się niepewnie, tylko na spojrzenie smutne, może trochę przeszywające w swej naturze — czyżby powiedziała coś krzywdzącego? Czy sprawiła mu przykrość?
Szorując wzrokiem po podłodze wyścielanej trocinami, zastanawiała się nad tym, przy okazji dopatrując jego pracy z dłutem. Nie chciała by czuł się obserwowany przez milkliwy cień, ale zbyt mocno sobie teraz nie ufała, aby odpuścić podpatrywanie roboty kogoś innego.
Tylko, że Samowi również nie wyszło.
— Nie szkodzi, Sam. Dziękuję za pomoc — odpowiedziała lekko, z trudem hamując pewnego rodzaju ulgę, że może to nie palce ich zawodziły, a siły niepożądane. Sabotaż drewna. Albo wróżki.
— Nie przeznaczone mu najwidoczniej to pudło. Nie ode mnie.
Zawyrokowała pod nosem, niepewna dlaczego musiało wybrzmieć to na głos. Sam tymczasem wyszedł zaparzyć herbatę, tak przynajmniej zaanonsował.
W między czasie jeszcze raz przyjrzała się swoim niewypałom; przestudiowała mankamenty skrzyń i sprawdziła jeszcze raz swoje rysunki. Może to w nich tkwił problem?
Gdy tylko mężczyzna wrócił (o ile wrócił), pokazała mu list Dolohova, palcami przeczesując zroszone potem włosy.
— A więc — odkaszlnęła ceremonialnie i pokazała palcem na dwie przyszykowane już na boku szkatuły. Im bardziej o tym wszystkim myślała, tym mniej miało to dla niej sensu, ale może była dużo bardziej zmęczona niż była w stanie przyznać — jeżeli chodzi o zamówienie dla Pana Dolohova, to dwie szkatuły udało się zrobić, a dwie niestety nie, haha.
Dlaczego… wydała z siebie odgłos przypominający duszącej się konio-świni?
Haha…
Ten oto najbardziej niezręczny dźwięk, jaki wydała z siebie od co najmniej tygodnia, przeciął ciszę i zdawał się osiąść w warsztacie na dobre, wciskając się pomiędzy słoje drewna i szczeliny w podłodze, gotowy wrócić do niej o trzeciej nad ranem..
Haha…
Przełknęła głośno ślinę, wpinając wzrok w sufit. Nie odezwała się, nie zapytała, dała mu chwilę, aby przemyślał czy w ogóle ma ochotę podejmować się zadania.
Kocham drewno i duże bicepsy.