Ogólnie miała wrażenie, że fakt, że spotkali tutaj tego bogina, żadne nie spanikowało, a Christopherowi udało się go z powodzeniem zmienić, zrobiło więcej dobrego niż złego. Rosierowi wynik tej potyczki sprawił ewidentną radość, no a poza tym… gdyby w przyszłości miał nieszczęście znowu nadziać się na zjawę, to już wiedział doskonale, jak sobie z taką poradzić. Było to znacznie lepsze, niż to, co wielu z nich wyciągnęło ze szkoły (a niektórzy nie mieli nawet tego w głowie).
– Emm… – kupowała sobie właśnie czas, bo strój jej się nie podobał. Nie dość, że nie podobał, to jeszcze w tej odsłonie na boginie sprawił, że parsknęła i zachichotała. – Zależy, co masz na myśli – odparła powoli i dyplomatycznie. – Jeśli to, czy podobało mi się, że dzięki temu bogin się trochę speszył, to tak, jak najbardziej – kontynuowała, nie chcą obrazić… gustu… Christophera (bogowie, ale przecież do tej pory takiego nie przejawiał!). – Czyli że… Poczekaj – założyła sobie w roztargnieniu kosmyk włosów za ucho, patrząc uważnie na blondyna. – Czyli że ona uważa, że – Lestrange ewidentnie brakowało słów, by wyrazić swoje przerażenie, którego co prawda może i nie było po niej widać, ale to, jak już kilka razy urywała zdanie i zaczynała je od nowa, mówiło wiele o tym, co właśnie działo się w jej głowie. – Ona myśli, że każda czarownica chciałaby na Yule wyglądać jak… jak – jak choinka, to było właśnie to słowo, które nie chciało się wydostać z gardła Victorii.
– Może być i moja kuchnia, jeszcze w niej nie gotowałam, ani nic… – robił to skrzat. A ta, w której faktycznie to robiła, znajdowała się w domu, który wedle jej głowy, był w jakiś sposób przeklęty, to może dlatego nic jej tam nie wychodziło i się nie układało. Poza tym poprzeczka nie była zawieszona wysoko, bo startowała z poziomu zera. To, że Christopherowi wyszedł świąteczny pudding już go stawiało w pozycji mentora.
– Dobrze – odparła tylko, nie zamierzając protestować, bo to Christopher w powinien być zadowolony z wyboru domu, a jeśli cokolwiek miałoby mu tutaj wadzić, to nie była to gra warta świeczki. Ruszyła więc schodami za nim, ale różdżkę ciągle miała w pogotowiu, bo skoro nadziali się już i na bahanki, i na bogina, to znaczyło, że dom jest opuszczony i kto wie, czy szkodników nie było tutaj więcej.
Albo czy coś nie postanowi się pod nimi zawalić, ale póki co meble czy ogólnie konstrukcja budynku wydawała się być solidna…