09.06.2026, 01:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2026, 14:17 przez Septima Ollivander.)
Septima nie od razu zauważyła jego osobliwe manewry – krok w bok, obrót pod wiatr, kolejną korektę pozycji wykonaną z nieskoordynowaną starannością – ale nie przyszło jej do głowy przypisać im genezy wstydu. Prawdę mówiąc… nawet nie rozważała takiej możliwości, zwłaszcza że z wonią stęchlizny była zapoznana aż nazbyt dobrze.
Urodzona i mieszkająca w Londynie od dziecka; mieście tak wilgotnym, że czasami miała wrażenie, że połowa mieszkań istniała wyłącznie dzięki zbiorowej halucynacji lokatorów, że czarne plamy przy suficie są wyłącznie „specyficzną fakturą ściany”. Zdarzało jej się odwiedzać lokale, w których grzyby wyrastały w łazienkach z regularnością godną roślin doniczkowych, a w jednym mieszkaniu na Pokątnej widziała nawet niewielką kolonię czegoś, co po dwóch tygodniach przestało przypominać organizm znany współczesnej nauce.
W porównaniu z tymi doświadczeniami, Savaš pachniał po prostu… ściółką leśną. Lasem. Może trochę bardziej zmęczonym niż większość lasów. Ale nadal lasem. Nic więc dziwnego, że jego kręcenie się uznała raczej za osobliwy rytuał dnia, albo ostrożność przypisaną komuś, kto spędza za mało czasu wśród ludzi. Przecież bywała równie dziwna i co do tego nie straciła wątpliwości ani na moment. Tylko gdyby poznała z czym tak naprawdę borykał się chłopak, bez wątpienia złamałoby jej to serce.
— Wątpię — skwitowała z łagodnym uśmiechem przypiętym do warg — istoty magiczne nie pałają do mnie zbyt wielką sympatią. Nie rozumiemy się zbyt dobrze. Z tobą Baba nie miałaby tego problemu.
Savaš mógł spoczywać swobodnie, Septima nie zamierzała kraść mu przyjaciół.
Oboje nie zbierali chrustu szczególnie szybko. Ollivander zatrzymywała się co kilka kroków, odgarniała końcem różdżki mokre liście albo podnosiła z ziemi gałęzie, oglądała je przez krótką chwilę i część odkładała z powrotem, jakby ich jedyną winą było to, że nie przekonały jej do siebie wystarczająco.
Nie odcinała niczego żywego, oprócz grzybów, którym ufała trochę mniej od ostatnich dziesięciu minut.
Niemalże tanecznymi już ruchami rozplątywała filigranowe odnogi i suche pędy, które od dawna wiły się razem bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby. Gałęzie odłączały się miękko, czasami z cichutkim trzaskiem, po czym unosiły kilka cali nad ziemią i dołączały do niewielkiego stosu sunącego za nią przez las. Od czasu do czasu poprawiała jego kształt ruchem różdżki albo przyciągała pojedyncze patyki, które uznały najwyraźniej, że ich miejsce znajduje się gdzie indziej.
Po pewnym czasie stos zaczął przypominać wyjątkowo posłuszne zwierzątko prowadzone na wyimaginowanym sznurku; podążające za nią z godnością nieproporcjonalną do faktu, że składało się głównie z martwych gałęzi i cudzych planów na przyszłość…
Zerknęła w stronę chłopaka, oczy kierując na jego bladą, porcelanową twarz obsypaną piegową feerią. O Savašie pierwszy raz usłyszała jeszcze zanim go właściwie spotkała. Po prostu któregoś dnia nazwisko Gregorovitchów pojawiło się w gazecie w kontekście wyjątkowo głośnej sprawy porwania i jak większość ludzi posiadających marginalną ilość wolnego czasu przy porannej kawie oraz zdecydowanie zbyt wiele ciekawości, przeczytała artykuł. Potem jeszcze jeden….A kilka dni później powróciła z antykwariatu na Nokturnie, z cienką książką o ożywieńcach i silnym postanowieniem, że przeczyta tylko pierwszy rozdział.
Oczywiście przeczytała całość, choć książka nie była szczególnie wybitna.
Autor sprawiał wrażenie "badacza" (i przy okazji świra), który bardzo chciał opisywać nekromancję, ale niespecjalnie interesowali go przy tym sami ludzie. Rozpisywał się o tkankach, fizjologii kilka stron o behawioryzmie i stanowczo za mało o wszystkim, co ją najbardziej intrygowało. Pochłonęła ją wtedy od deski do deski i odłożyła na półkę z gratami z przekonaniem, że jeśli kiedyś spotka ożywieńca, po prostu będzie traktować go jak zwykłego człowieka w naiwnym przeświadczeniu, że cała reszta ułoży się po prostu sama. Potem zaś poznała Savaša. I wbrew jej płonnym nadziejom, reszta nie rozpostarła się przed nią niczym gotowa układanka przeznaczona dla średnio zdolnych pierwszoklasistów. Chłopak nie był wylewny, a Septima nie potrafiła ciągnąć go za język. Coś ją powstrzymywało.
Nigdy nie zapytała go o śmierć. Nie pytała o ciało ani o to, co zostało po tamtym życiu, bo wydawało jej się to równie nieeleganckie jak pytanie nieznajomuch o stan ich jelit albo rozpiętość rodzinnego skarbca.
— A u was wszystko… normalnie? — spytała po chwili, nie podnosząc wzroku znad chrustu. — To znaczy, w granicach tego, co Gregorovitchowie uznają za normalne. Bez obrazy — nawet mu chciała puścić figlarnie oko, ale za wolno mrugnęła, więc przystanęła na udawaniu, że coś wpadło jej w oko.
A czemu go o to zapytała? Septimie coś w tym wszystkim nie do końca pasowało. Rzecz jasna, nie mogła chłopakowi powiedzieć o tym wprost, bo do końca przecież nie potrafiła niczego konkretnego sformułować.
Urodzona i mieszkająca w Londynie od dziecka; mieście tak wilgotnym, że czasami miała wrażenie, że połowa mieszkań istniała wyłącznie dzięki zbiorowej halucynacji lokatorów, że czarne plamy przy suficie są wyłącznie „specyficzną fakturą ściany”. Zdarzało jej się odwiedzać lokale, w których grzyby wyrastały w łazienkach z regularnością godną roślin doniczkowych, a w jednym mieszkaniu na Pokątnej widziała nawet niewielką kolonię czegoś, co po dwóch tygodniach przestało przypominać organizm znany współczesnej nauce.
W porównaniu z tymi doświadczeniami, Savaš pachniał po prostu… ściółką leśną. Lasem. Może trochę bardziej zmęczonym niż większość lasów. Ale nadal lasem. Nic więc dziwnego, że jego kręcenie się uznała raczej za osobliwy rytuał dnia, albo ostrożność przypisaną komuś, kto spędza za mało czasu wśród ludzi. Przecież bywała równie dziwna i co do tego nie straciła wątpliwości ani na moment. Tylko gdyby poznała z czym tak naprawdę borykał się chłopak, bez wątpienia złamałoby jej to serce.
— Wątpię — skwitowała z łagodnym uśmiechem przypiętym do warg — istoty magiczne nie pałają do mnie zbyt wielką sympatią. Nie rozumiemy się zbyt dobrze. Z tobą Baba nie miałaby tego problemu.
Savaš mógł spoczywać swobodnie, Septima nie zamierzała kraść mu przyjaciół.
Oboje nie zbierali chrustu szczególnie szybko. Ollivander zatrzymywała się co kilka kroków, odgarniała końcem różdżki mokre liście albo podnosiła z ziemi gałęzie, oglądała je przez krótką chwilę i część odkładała z powrotem, jakby ich jedyną winą było to, że nie przekonały jej do siebie wystarczająco.
Nie odcinała niczego żywego, oprócz grzybów, którym ufała trochę mniej od ostatnich dziesięciu minut.
Niemalże tanecznymi już ruchami rozplątywała filigranowe odnogi i suche pędy, które od dawna wiły się razem bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby. Gałęzie odłączały się miękko, czasami z cichutkim trzaskiem, po czym unosiły kilka cali nad ziemią i dołączały do niewielkiego stosu sunącego za nią przez las. Od czasu do czasu poprawiała jego kształt ruchem różdżki albo przyciągała pojedyncze patyki, które uznały najwyraźniej, że ich miejsce znajduje się gdzie indziej.
Po pewnym czasie stos zaczął przypominać wyjątkowo posłuszne zwierzątko prowadzone na wyimaginowanym sznurku; podążające za nią z godnością nieproporcjonalną do faktu, że składało się głównie z martwych gałęzi i cudzych planów na przyszłość…
Zerknęła w stronę chłopaka, oczy kierując na jego bladą, porcelanową twarz obsypaną piegową feerią. O Savašie pierwszy raz usłyszała jeszcze zanim go właściwie spotkała. Po prostu któregoś dnia nazwisko Gregorovitchów pojawiło się w gazecie w kontekście wyjątkowo głośnej sprawy porwania i jak większość ludzi posiadających marginalną ilość wolnego czasu przy porannej kawie oraz zdecydowanie zbyt wiele ciekawości, przeczytała artykuł. Potem jeszcze jeden….A kilka dni później powróciła z antykwariatu na Nokturnie, z cienką książką o ożywieńcach i silnym postanowieniem, że przeczyta tylko pierwszy rozdział.
Oczywiście przeczytała całość, choć książka nie była szczególnie wybitna.
Autor sprawiał wrażenie "badacza" (i przy okazji świra), który bardzo chciał opisywać nekromancję, ale niespecjalnie interesowali go przy tym sami ludzie. Rozpisywał się o tkankach, fizjologii kilka stron o behawioryzmie i stanowczo za mało o wszystkim, co ją najbardziej intrygowało. Pochłonęła ją wtedy od deski do deski i odłożyła na półkę z gratami z przekonaniem, że jeśli kiedyś spotka ożywieńca, po prostu będzie traktować go jak zwykłego człowieka w naiwnym przeświadczeniu, że cała reszta ułoży się po prostu sama. Potem zaś poznała Savaša. I wbrew jej płonnym nadziejom, reszta nie rozpostarła się przed nią niczym gotowa układanka przeznaczona dla średnio zdolnych pierwszoklasistów. Chłopak nie był wylewny, a Septima nie potrafiła ciągnąć go za język. Coś ją powstrzymywało.
Nigdy nie zapytała go o śmierć. Nie pytała o ciało ani o to, co zostało po tamtym życiu, bo wydawało jej się to równie nieeleganckie jak pytanie nieznajomuch o stan ich jelit albo rozpiętość rodzinnego skarbca.
— A u was wszystko… normalnie? — spytała po chwili, nie podnosząc wzroku znad chrustu. — To znaczy, w granicach tego, co Gregorovitchowie uznają za normalne. Bez obrazy — nawet mu chciała puścić figlarnie oko, ale za wolno mrugnęła, więc przystanęła na udawaniu, że coś wpadło jej w oko.
A czemu go o to zapytała? Septimie coś w tym wszystkim nie do końca pasowało. Rzecz jasna, nie mogła chłopakowi powiedzieć o tym wprost, bo do końca przecież nie potrafiła niczego konkretnego sformułować.
Kocham drewno i duże bicepsy.