Nerwowy śmiech wyrwał się z jej gardła zanim zdążyła zasłonić usta dłonią, odsłaniając ładne, równe zęby kogoś, kto maniakalnie dba o ich stan. Były bardzo, bardzo białe. Kobieta zdecydowanie nie paliła, prawdopodobnie i kawa i czerwone wino również nie były częstymi gośćmi na jej stole.
— Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Cenię sobie uwagi mojej matki, jednak podziękuję za ciągłe porady z jej strony. — Porady zabrzmiało bardziej jak wciskanie nosa w nie swoje sprawy. Deirdre nie umiała ukryć na swojej twarzy obaw, które się pojawiły i dużego zwątpienia w siebie. Mówiła o sobie skromnie, bo nie była przywykła do tego, żeby mówiono o niej w superlatywach, jej rodzicielka stanowiła koło napędowe zwątpienia.
— Zarządzanie przestrzenią i jej przygotowanie jest… um… proste. Dla mnie. Lubię porządek. To z… jak widać zresztą, z rozmową mam problem. Ja… przepraszam… chyba niepotrzebnie…
Zgubiła się. Karteczki scenariuszy rozsypały się w jej głowie i pomieszały, bo nic w Seisyllu nie było wedle scenariusza. Miala niemal wrażenie, że to kolejne machinacje jej rodzicielki, aby przypomnieć jej, że powinna wrócić do domu, gdyby nie to, że to właśnie jej matka tak naciskała na to, żeby w końcu znalazła sobie męża. Nie była dostatecznie dobra, a jej matka uznała, że pan Rowle również nie jest dostatecznie dobry, więc będą do siebie pasować. To wszystko, co stało za tą myślą. Bo wdowiec. Bo drugi syn. Bo nosi kolczyki i mówi jak Walijczyk.
Pąs pomalował jej buzię czerwienią.
— Myślę, że nie zasługuje pan na, um, brzmię mojej matki — powiedziała bardzo cicho, patrząc się w swój talerz, skubiąc nieistniejącą skórkę przy paznokciu i przyciskając do siebie kostki nóg tak mocno, że bolały ją wszystkie mięśnie łydek i ud.
@Seisyll Rowle