09.06.2026, 21:05 ✶
Ostatecznie nie była kurwa pewna, czy lepiej by było, żeby Astoria coś powiedziała, chociaż powitała ją uniesieniem brwi, chociaż cieniem oznaki, że Moody nie była jedną z kursantek, jedną z wielu WIELU kursantek, które przewinęły się przez te ręce. Zapomniana, tak jak data złożenia papierów na kurs. Pindzie nawet brewka nie tykła i Miles musiała żyć ze swoją szarą anonimowością w swoim szarym mundurku.
Bogowie jedni wiedzieli jak bardzo nienawidziła zwłaszcza w takich momentach swojej pracy.
W przeciwieństwie do Astorii, za nią nie stał ojciec. To znaczy, oczywiście stał, oczywiście wymagał więcej i oczywiście poddał się już w swoim fantastycznym zachęcaniu pomyłki, którą była do podjęcia kursów aurorskich. Cała rodzina. Cała rodzina. Ojciec, brat, wuj, kuzynka… to dopiero początek wielkiej psiej genealogii. I ona tutaj. W galerii. Bezimienna.
– Pierdolisz, ukradli Velluta? – wymsknęło jej się gdzieś podczas robienia notatek, zanim zdała sobie sprawę, że powiedziała to głośno. W galerii. Pierdolonej. Sztuki.
Westchnęła ciężko i podniodniosła wzrok złotych jak miód oczy na perfekcyjnie ułożone papierzyska. Jak ktokolwiek mógł się odnaleźć w tym, kiedy wszystko było tak skutecznie pozasłaniane? Tam była jedna kartka czy dziesięć?
– No dobrze, nie chcę rzucać niepotrzebnych oskarżeń, ale zazwyczaj w tego typu sprawach umoczony jest ktoś ze środka. – notes powędrował na brzeg biurka, a Millie położyła swoje szczupłe dłonie na papierkach, raportach, ekspertyzach obrazu, listach pracowników obecnych w galerii, rozkładach zmian. Cały pieczołowity początek był systematycznie zmieniany i odkształcany przez chaos, który przelewał się przez kości kobiety naznaczonej przed laty piorunem. Ale… był to chaos dla osoby, która miała dość czujne oko.
– Zaraz… kojarzę to nazwisko. Kiedy go zatrudniliście? - poczyniła adekwatny bazgroł w notesie wyłuszczając pierwszego podejrzanego. – Jest tutaj też na tej liście ekipa sprzątająca? Te zaklęcia, widzę że regularne sprawdzane zabezpieczenia, ale robiła je ta sama ekipa czy różne na przestrzeni lat? – zamaszyście przewróciła stronę, naddzierając ją trochę, ale kolejno pojawiały się notatki, znaki zapytania, krótkie adnotacje własne, w których nie brakowało przekleństw, tym razem szczęśliwie niezwerbalizowanych. Moody, mimo wszystko była skupiona na pracy. Na znalezieniu znicza, pośród tony papierków, które zaczęły na biurku Astorii żyć własnym życiem przekładane jak kawałki puzzli układanych przez osobę, która ma swój własny, kontrintuicyjny sposób "porządkowania" rzeczywistości.
Bogowie jedni wiedzieli jak bardzo nienawidziła zwłaszcza w takich momentach swojej pracy.
W przeciwieństwie do Astorii, za nią nie stał ojciec. To znaczy, oczywiście stał, oczywiście wymagał więcej i oczywiście poddał się już w swoim fantastycznym zachęcaniu pomyłki, którą była do podjęcia kursów aurorskich. Cała rodzina. Cała rodzina. Ojciec, brat, wuj, kuzynka… to dopiero początek wielkiej psiej genealogii. I ona tutaj. W galerii. Bezimienna.
– Pierdolisz, ukradli Velluta? – wymsknęło jej się gdzieś podczas robienia notatek, zanim zdała sobie sprawę, że powiedziała to głośno. W galerii. Pierdolonej. Sztuki.
Westchnęła ciężko i podniodniosła wzrok złotych jak miód oczy na perfekcyjnie ułożone papierzyska. Jak ktokolwiek mógł się odnaleźć w tym, kiedy wszystko było tak skutecznie pozasłaniane? Tam była jedna kartka czy dziesięć?
– No dobrze, nie chcę rzucać niepotrzebnych oskarżeń, ale zazwyczaj w tego typu sprawach umoczony jest ktoś ze środka. – notes powędrował na brzeg biurka, a Millie położyła swoje szczupłe dłonie na papierkach, raportach, ekspertyzach obrazu, listach pracowników obecnych w galerii, rozkładach zmian. Cały pieczołowity początek był systematycznie zmieniany i odkształcany przez chaos, który przelewał się przez kości kobiety naznaczonej przed laty piorunem. Ale… był to chaos dla osoby, która miała dość czujne oko.
– Zaraz… kojarzę to nazwisko. Kiedy go zatrudniliście? - poczyniła adekwatny bazgroł w notesie wyłuszczając pierwszego podejrzanego. – Jest tutaj też na tej liście ekipa sprzątająca? Te zaklęcia, widzę że regularne sprawdzane zabezpieczenia, ale robiła je ta sama ekipa czy różne na przestrzeni lat? – zamaszyście przewróciła stronę, naddzierając ją trochę, ale kolejno pojawiały się notatki, znaki zapytania, krótkie adnotacje własne, w których nie brakowało przekleństw, tym razem szczęśliwie niezwerbalizowanych. Moody, mimo wszystko była skupiona na pracy. Na znalezieniu znicza, pośród tony papierków, które zaczęły na biurku Astorii żyć własnym życiem przekładane jak kawałki puzzli układanych przez osobę, która ma swój własny, kontrintuicyjny sposób "porządkowania" rzeczywistości.