09.06.2026, 22:22 ✶
Londyn miał w sobie kilka jasnych pereł, na tle spływającej rynsztokiem ulicy.
Tamiza zdawała się tak brudna i wypełniona osadem, że Urd bez cienia zaskoczenia przyjęłaby wiadomość o tym, że ludzie uznali, że łatwiej tę rzekę orać, niż przez nią przepłynąć.
Ucieczka, była jedyną opcją, wędrówka w poszukiwaniu miejsca w którym można było nie zastanawiać się nad prozą życia, a poczuć, poczuć prawdę, poczuć spokój we krwi, poczuć komfort, gdy wanna przestawała spełniać swoją funkcję.
To miejsce było pełne uroku i przywodziło na myśl kobiecie zatoczkę niedaleko jej osobistego domku, w którym potwornie się nudziła, ale przynajmniej miała to… miała zatoczkę. Miała wodę, która obejmowała ją ciasno swoimi ramionami z większą miłością niż czyniła to własna matka.
Obecność tajemniczego nieznajomego nie robiła na niej większego wrażenia, być może dlatego, że była w pełni świadoma swojej urody i wpływu, jaki potrafiła wywołać w nowo poznanych, a może dlatego, że jako zatwardziała hazardzistka uwielbiała igrać z losem. A może miała w sobie odrobinę poetki, gdy bawił ją smoczy anturaż rozmówcy i skojarzenie z ogniem gdy ona, och ona tak bardzo – zwłaszcza teraz była wodną istotą.
– Jest tylko jeden sposób by się przekonać, wiesz o tym równie dobrze, jak i ja… – odpowiedziała mu filuternie, sięgając palcami do troczków swojej białej, haftowanej w niezapominajki koszuli. Był październik. Było zimno. Nigdy jednak nie miało większego znaczenia, nie gdy woda ją wzywała. – Wiem gdzie prowadzi mnie moje serce nieznajomy, a Twoje? Jakbyś miał powiedzieć… Jakbyś miał zgadnąć, dokąd doprowadziłby mnie Twój medalion? – jasne oczy śledziły przystojną twarz smoka, który jeszcze nie wiedział, nie powinien wiedzieć, że spotkał na swojej drodze morską nimfę. Nimfę, która zastanawiała się, na ile medalion poprowadzi ją tam, gdzie sama przecież chciała się znaleźć jeszcze chwilę temu, nim mężczyzna pojawił się na horyzoncie, nadając całemu spotkaniu nowy tor. Rzemienie spódnicy stały się luźne, grzechoczące bransoletki z błękitnych i lazurowych opali opadły na swobodnie porzucone ubranie i bieliznę. Urd uniosła ramiona przeciągając się, pozwalając morskiej bryzie skomplementować jej sylwetkę, gdy sięgnęła do jasnych kosmyków wiążąc je wprawnie w koczek na czubku głowy. Zaraz potem z medalika zawieszonego na szyi wyciągnęła porcję skrzeloziela.
Tamiza zdawała się tak brudna i wypełniona osadem, że Urd bez cienia zaskoczenia przyjęłaby wiadomość o tym, że ludzie uznali, że łatwiej tę rzekę orać, niż przez nią przepłynąć.
Ucieczka, była jedyną opcją, wędrówka w poszukiwaniu miejsca w którym można było nie zastanawiać się nad prozą życia, a poczuć, poczuć prawdę, poczuć spokój we krwi, poczuć komfort, gdy wanna przestawała spełniać swoją funkcję.
To miejsce było pełne uroku i przywodziło na myśl kobiecie zatoczkę niedaleko jej osobistego domku, w którym potwornie się nudziła, ale przynajmniej miała to… miała zatoczkę. Miała wodę, która obejmowała ją ciasno swoimi ramionami z większą miłością niż czyniła to własna matka.
Obecność tajemniczego nieznajomego nie robiła na niej większego wrażenia, być może dlatego, że była w pełni świadoma swojej urody i wpływu, jaki potrafiła wywołać w nowo poznanych, a może dlatego, że jako zatwardziała hazardzistka uwielbiała igrać z losem. A może miała w sobie odrobinę poetki, gdy bawił ją smoczy anturaż rozmówcy i skojarzenie z ogniem gdy ona, och ona tak bardzo – zwłaszcza teraz była wodną istotą.
– Jest tylko jeden sposób by się przekonać, wiesz o tym równie dobrze, jak i ja… – odpowiedziała mu filuternie, sięgając palcami do troczków swojej białej, haftowanej w niezapominajki koszuli. Był październik. Było zimno. Nigdy jednak nie miało większego znaczenia, nie gdy woda ją wzywała. – Wiem gdzie prowadzi mnie moje serce nieznajomy, a Twoje? Jakbyś miał powiedzieć… Jakbyś miał zgadnąć, dokąd doprowadziłby mnie Twój medalion? – jasne oczy śledziły przystojną twarz smoka, który jeszcze nie wiedział, nie powinien wiedzieć, że spotkał na swojej drodze morską nimfę. Nimfę, która zastanawiała się, na ile medalion poprowadzi ją tam, gdzie sama przecież chciała się znaleźć jeszcze chwilę temu, nim mężczyzna pojawił się na horyzoncie, nadając całemu spotkaniu nowy tor. Rzemienie spódnicy stały się luźne, grzechoczące bransoletki z błękitnych i lazurowych opali opadły na swobodnie porzucone ubranie i bieliznę. Urd uniosła ramiona przeciągając się, pozwalając morskiej bryzie skomplementować jej sylwetkę, gdy sięgnęła do jasnych kosmyków wiążąc je wprawnie w koczek na czubku głowy. Zaraz potem z medalika zawieszonego na szyi wyciągnęła porcję skrzeloziela.