10.06.2026, 15:57 ✶
Miałem coraz silniejsze wrażenie, że od samego listu znacznie bardziej interesowała mnie rozmowa, którą prowadziliśmy, choć to było o tyle niepokojące, że zwykle należałem do ludzi, których ciekawość potrafiła doprowadzić do bardzo nierozsądnych decyzji, tym razem jednak nie spieszyłem się z odkrywaniem tajemnicy, jakby podświadomie próbując przeciągnąć ten moment jeszcze odrobinę dłużej. Jeszcze kilka tygodni temu uznałbym za absurdalne, że będę stał w kuchni podczas burzy i poświęcał więcej uwagi kobiecie niż tajemniczej kopercie, która właśnie dotarła do mnie bez adresu zwrotnego, a jednak dokładnie to robiłem. Było coś niebezpiecznie wciągającego w sposobie, w jaki Prudence marszczyła lekko brwi, kiedy nad czymś się zastanawiała, albo w tym, jak próbowała znaleźć logikę nawet tam, gdzie ja od dawna przestałem jej szukać. Nawet kiedy się ze mną droczyła, nawet kiedy próbowała wyciągnąć ze mnie informacje, których nie miałem najmniejszego zamiaru oddawać bez walki, odnajdywałem w tym jakąś dziwną przyjemność - być może dlatego, że przez większość życia ludzie albo oczekiwali ode mnie konkretnych odpowiedzi, albo zakładali, że i tak zrobię po swojemu, Pruey natomiast zdawała się po prostu interesować tym, co miałem do powiedzenia, a to było niebezpiecznie miłe uczucie.
Uniosłem dłonie w geście kapitulacji, nie wypuszczając jednak koperty z palców. Oczywiście mogłem odpowiedzieć konkretniej, prawda była jednak taka, że trudno było podać liczbę podobnych listów, bo przez lata zdarzały się okresy, kiedy otrzymywałem ich tyle, że przestawałem zwracać uwagę na kolejne, przynajmniej, dopóki pozostawały w sferze kiepskiej fikcji literackiej i nie miały odzwierciedlenia w prawdziwym świecie, zdarzały mi się też miesiące względnego spokoju, podczas których niemal zapominałem, że istnieli ludzie gotowi życzyć mi śmierci tylko dlatego, że nie podobały im się moje poglądy, wybory albo sam fakt istnienia.
- Potlafię balso zglabnie omijaś temat. - Przyznałem bez cienia skruchy, powtarzając po niej te słowa. - Gdybym nie potlafił, plawdopodobnie jusz dawno zostałbym zamoldowany pszes własną losinę, kilku byłych placodawców i pszynajmniej połowę ludzi, s któlymi działałem. - Nie chciałem jednak całkowicie zbywać jej pytania, bo widziałem, że naprawdę była ciekawa odpowiedzi, a ostatnio coraz trudniej było mi odmawiać jej czegokolwiek - jeszcze niedawno uznałbym to za problem, kolejny objaw utraty zdrowego rozsądku, teraz jednak miałem wrażenie, że walczyłem z tym coraz mniej, było mi zwyczajnie dobrze, a to samo w sobie stanowiło wystarczająco rzadkie zjawisko, żebym nie miał ochoty go kwestionować.
- Bywało zdecydowanie goszej. - Odparłem, nie musząc się nad tym specjalnie zastanawiać, ani dodawać, że lepiej też bywało - w końcu jeszcze nie tak dawno oboje musieliśmy uciekać przed morderczym żywiołem wywołanym z rąk tych samych ludzi, którzy mogli grozić mi personalnie. Nie mogłem uznać, że było to szczęściem, lecz mieli oni obecnie z pewnością dużo ciekawsze zajęcia od ścigania jednego człowieka, który lata wstecz zrobił coś, co mijało się z założonym wobec niego planem, więc nie przejmowałem się tym wszystkim aż tak bardzo, nadal byłem ostrożny - zwłaszcza teraz, przy mojej obecności w życiu innych ludzi, w tym Prue - ale bez przesady. Życie miało całkiem interesujący mechanicznie zwyczaj zmieniania kierunku dokładnie wtedy, kiedy człowiekowi wydawało się, że wszystko rozumiał, czasami robiło to brutalnie, a czasami niemal niezauważalnie, pozwalając zorientować się dopiero po czasie, że stoi się już w zupełnie innym miejscu niż wcześniej, i tak właśnie było ze mną.
Na wzmiankę o księżniczce i pałacu pokręciłem głową niemal natychmiast, zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, odruch był tak szybki i naturalny, że sam odrobinę mnie zdziwił, bo najwyraźniej mój mózg nie potrzebował nawet chwili na rozważenie podobnej propozycji.
- Po plostu „ploszę balso, Benjy, idź byś szczęśliwy”, hy? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, jakbym właśnie usłyszał coś kompletnie absurdalnego, im dłużej rozwijaliśmy teorię na temat mojego potencjalnego szczęścia u boku egzotycznej księżniczki, tym bardziej byłem przekonany, że właśnie powiedziała coś, co powinno mnie rozbawić, a zamiast tego zaczynało mnie w wyjątkowo nieracjonalny sposób drażnić. Nie dlatego, że naprawdę brałem ten temat na poważnie, bo przecież był kompletnie niedorzeczny, ale dlatego, że mówiła o oddawaniu mnie komuś innemu z taką łatwością, jakby chodziło o pożyczenie książki albo starego płaszcza.
- A co, jeśli jusz jestem szczęśliwy? - Pytanie padło tak po prostu, bez teatralności i bez żartu, które zwykle wrzucałem pomiędzy podobne słowa, nie planowałem go wypowiedzieć, pojawiło się samo, zanim zdążyłem je zatrzymać. - Bieszesz pod uwagę, sze nie potszebuję ani złota, ani księszniczek? - Spytałem, tym razem bardziej prowokacyjnie, i kolejny raz pokręciłem głową, jakbym sam nie dowierzał temu, do czego właśnie się przyznałem i temu, do czego piła ona. Patrzyłem na nią przez chwilę, wpierw rozszerzając, później mrużąc powieki, próbując ustalić, czy mówiła to wyłącznie dla żartu, czy rzeczywiście uważała, że wystarczyłoby kilka worków złota, jakaś laska i pałac z widokiem na pustynię, żebym nagle zapomniał, jak mam na imię.
- S całym szacunkiem dla egzotycznych monalchii, klólewskich lodów i ludzi posiadających więcej złota nisz zdlowego losądku, ale to kompletnie nie działa w ten sposób. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, po czym uniosłem lekko brew. - Naplawdę masz o mnie asz tak niskie mniemanie? Myślisz, sze mosna mnie kupiś pałacem? Albo tytułem? Albo gólą złota? Mam sympatię dla wielbłądów, fakt, bo wykonują kawał solidnej loboty, ale jednak tlochę mnie to boli. - Parsknąłem cicho, nie potrzebując nawet się zastanawiać, gdyż przez większą część życia uciekałem właśnie od ludzi, którzy oceniali innych przez pryzmat nazwisk, majątków, tytułów i pozycji, nie wywróciłem własnego życia do góry nogami po to, żeby nagle zacząć podejmować decyzje dokładnie według tych samych zasad. - Nie. - Ponownie pokręciłem głową. - Absolutnie nie. Dziękuję balso. Nie jestem spszedajną kulwą. - Uniosłem kącik ust, krzywo się uśmiechnąwszy. - Pluey, ja uciekłem od pieniędzy. Dosłownie. To nie jest nawet metafola. Gdybym chciał spędziś szycie, siedząc na wolkach galeonów i lobiąs wszystko „tak, jak wypada” , wystalszyłoby, szebym nie lobił absolutnie nic. Pannę tesz bym miał. Dokładnie na tej samej zasadzie. To był najplostszy plan świata. - Wzruszyłem ramionami i uniosłem lekko brew. - W ogóle balso nie podoba mi się załoszenie, sze bez wahania oddałabyś mnie jakiejś bajkowej księszniczce. - Rzuciłem z udawaną dezaprobatą. - Nie mogę uwieszyś, sze tak nisko mnie cenisz. - Przyłożyłem wolną dłoń do piersi, jakbym właśnie doznał głębokiej osobistej zniewagi. - Myślałem, sze jesteśmy oficjalni. - Nie był to prawdziwy zarzut, po prostu podchwyciłem temat i pociągnąłem go dalej, lecz fakty mówiły same za siebie - przez połowę życia spałem w miejscach, które ledwie kwalifikowały się jako dach nad głową, gdyby pieniądze miały być moją największą miłością, dawno już podjąłbym szereg znacznie lepiej płatnych decyzji - chodziło o to, jaki przekaz krył się pod jej słowami. „Problem” polegał na tym, że lubiłem z nią rozmawiać, lubiłem słuchać jej opinii, lubiłem wracać do posiadłości ze świadomością, że gdzieś tutaj była i pewnie za chwilę ją zobaczę, lubiłem to wszystko i nie potrzebowałem tak naprawdę niczego więcej…
- Powiem więcej, Bletchley. Gdybym nie wiedział lepiej, zacząłbym podejszewaś, sze nie doceniasz własnej konkulencyjności. - Przesunąłem kciukiem po krawędzi koperty, ale nie otworzyłem jeszcze listu, gdyż mieliśmy inne, nieoczekiwanie głębokie tematy. To było dziwne, przez lata przyzwyczaiłem się myśleć o niej jako o części swojej historii, kimś, kto był ważny, ale należał do innego rozdziału życia, dopiero teraz docierało do mnie, jak bardzo się myliłem. Nie wróciła do mojego życia jak dawna znajoma, nie wróciła nawet jak kompanka z dzieciństwa - nie byliśmy przyjaciółmi - wdarła się do niego z siłą burzy rozgrywającej się teraz za oknami i w ciągu kilku dni wywróciła do góry nogami rzeczy, które wydawały mi się od dawna poukładane.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej uwagę o tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy wszystko może się odwrócić, bo akurat w tej kwestii trudno było mi się z nią nie zgodzić - gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy wcześniej powiedział mi, że będę stał w kuchni Exmoor podczas burzy, trzymał tajemniczy list w dłoni i zastanawiał się bardziej nad tym, czy kobieta stojąca naprzeciwko mnie była zadowolona z mojego towarzystwa niż nad zawartością tej koperty, prawdopodobnie uznałbym go za niespełna rozumu, tymczasem życie po raz kolejny udowadniało, że ma wyjątkowo dziwne poczucie humoru i nie zamierza konsultować ze mną swoich planów.
- No, popacz… - Uniosłem kącik ust, uśmiechając się wymownie, gdyż ta zmiana nie była wcale aż tak bardzo nieoczekiwana - nie chodziło nawet tylko o to, jak wyglądała moja tymczasowa dziewczyna, ani że nigdy mi się nie podobała, chociaż byłbym idiotą, gdybym uparcie twierdził, że nie miało to znaczenia. Nie chodziło wyłącznie o przyciąganie, które od pierwszego dnia pojawiło się między nami, trwając z siłą godną jakiegoś wyjątkowo uporczywego uroku, nawet gdy nie byliśmy sobie przychylni. Nie pamiętałem momentu, w którym przestała być dla mnie ważna, pamiętałem za to dziesiątki sytuacji, kiedy próbowałem udawać, że tak właśnie się stało. Mieliśmy za sobą całe lata wspólnej historii, szkolnych sprzeczek, rywalizacji, wzajemnego doprowadzania się do szału i udawania przed całym światem, że druga strona nie zajmuje w naszych głowach ani odrobiny więcej miejsca, niż powinna. Teraz, kiedy większość tych murów wreszcie runęła, coraz częściej miałem wrażenie, że nie odkrywałem czegoś nowego, tylko odnajdywałem coś, co od bardzo dawna było ukryte pod warstwami uporu i źle ulokowanej dumy.
Burza za oknami przybierała na sile, kolejna błyskawica przecięła niebo gdzieś nad wrzosowiskami, a kilka sekund później przez rezydencję przetoczył się niski pomruk grzmotu - dźwięk odbił się od ścian i zanikł równie szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie tylko szum deszczu i przyjemne poczucie odcięcia od reszty świata. Pochyliłem się odrobinę bliżej nad Prue, unosząc brwi. Ze wszystkich możliwych zagrożeń, które mogły czaić się w tej kopercie, urzędnicy rzeczywiście znajdowali się zaskakująco wysoko na liście, nie dlatego, że byli szczególnie groźni sami w sobie, ale dlatego, że przez lata nauczyłem się jednego - klątwy przynajmniej zazwyczaj próbowały zabić człowieka od razu, ministerialna papierologia miała znacznie bardziej wyrafinowane metody zadawania cierpienia.
- Wiesz, sze właśnie powiedziałaś najbalsiej lomantyszną szesz, jaką usłyszałem od balso dawna? - Zapytałem z całkowitą powagą. Przez chwilę obracałem przesyłkę między palcami, przyglądając się jej z miną człowieka, który właśnie rozważał, czy łatwiej byłoby zmierzyć się z przeklętym grobowcem, czy z formularzem mającym więcej niż trzy strony. Zrobiłem krótką pauzę, po czym westchnąłem teatralnie. - Tak, plawda jeszt taka, sze tak, plawdopodobnie powinnaś mnie chloniś pszed papielologią. Jestem przekonany, sze istnieją uszędnicy, któszy na sam dźwięk mojego nazwiska dostają lekkiego dlszenia powieki i sam zdecydowanie odwzajemniam te odczucia. - Oparłem się mocniej o blat i przez chwilę przyglądałem się jej twarzy, zastanawiając się, czy powinienem być szczery - korespondencja nadal pozostawała zamknięta, bo najwyraźniej łatwiej było mi rozmawiać o własnych życiowych zaniedbaniach niż wreszcie sprawdzić, co znajdowało się w środku - doszedłem do wniosku, że skoro i tak znała już większość moich wad, kolejna nie zrobi większej różnicy.
- Wyoblaś sobie, sze dostaję list s Ministelstwa. - Wskazałem na kopertę. - Otwielam go, a tam ktoś pyta, kim jestem, gdzie byłem pszes ostatnie lata, dlaczego nie zgłosiłem pobytu, gdzie znajdują się moje dokumenty, jaki jest mój status podatkowy i czy mogę dostalszyś odpowiednie zaświadczenia, najlepiej na tydzień temu. - Spojrzałem na nią z autentycznym przerażeniem. - Plue, ja wolę klątwy. - Nie było w tym nawet wielkiej przesady, klątwy przynajmniej miały tę zaletę, że zazwyczaj próbowały zabić człowieka od razu, formularze potrafiły męczyć go miesiącami. Niektóre listy twierdziły, że muszę coś zgłosić. Inne, że muszę coś zarejestrować. Jeszcze inne sugerowały, że powinienem dostarczyć dokumenty potwierdzające rzeczy, których sam nie byłem do końca pewien. W pewnym momencie przestałem nadążać. A to było jeszcze w Stanach, gdzie mój status był zdecydowanie bardziej legalny.
Nie mogłem jednak dłużej zwlekać, nawet dla teatralności, wreszcie sięgnąłem palcami, by otworzyć kopertę, wytrząsając zawartość na blat po mojej lewej…
Uniosłem dłonie w geście kapitulacji, nie wypuszczając jednak koperty z palców. Oczywiście mogłem odpowiedzieć konkretniej, prawda była jednak taka, że trudno było podać liczbę podobnych listów, bo przez lata zdarzały się okresy, kiedy otrzymywałem ich tyle, że przestawałem zwracać uwagę na kolejne, przynajmniej, dopóki pozostawały w sferze kiepskiej fikcji literackiej i nie miały odzwierciedlenia w prawdziwym świecie, zdarzały mi się też miesiące względnego spokoju, podczas których niemal zapominałem, że istnieli ludzie gotowi życzyć mi śmierci tylko dlatego, że nie podobały im się moje poglądy, wybory albo sam fakt istnienia.
- Potlafię balso zglabnie omijaś temat. - Przyznałem bez cienia skruchy, powtarzając po niej te słowa. - Gdybym nie potlafił, plawdopodobnie jusz dawno zostałbym zamoldowany pszes własną losinę, kilku byłych placodawców i pszynajmniej połowę ludzi, s któlymi działałem. - Nie chciałem jednak całkowicie zbywać jej pytania, bo widziałem, że naprawdę była ciekawa odpowiedzi, a ostatnio coraz trudniej było mi odmawiać jej czegokolwiek - jeszcze niedawno uznałbym to za problem, kolejny objaw utraty zdrowego rozsądku, teraz jednak miałem wrażenie, że walczyłem z tym coraz mniej, było mi zwyczajnie dobrze, a to samo w sobie stanowiło wystarczająco rzadkie zjawisko, żebym nie miał ochoty go kwestionować.
- Bywało zdecydowanie goszej. - Odparłem, nie musząc się nad tym specjalnie zastanawiać, ani dodawać, że lepiej też bywało - w końcu jeszcze nie tak dawno oboje musieliśmy uciekać przed morderczym żywiołem wywołanym z rąk tych samych ludzi, którzy mogli grozić mi personalnie. Nie mogłem uznać, że było to szczęściem, lecz mieli oni obecnie z pewnością dużo ciekawsze zajęcia od ścigania jednego człowieka, który lata wstecz zrobił coś, co mijało się z założonym wobec niego planem, więc nie przejmowałem się tym wszystkim aż tak bardzo, nadal byłem ostrożny - zwłaszcza teraz, przy mojej obecności w życiu innych ludzi, w tym Prue - ale bez przesady. Życie miało całkiem interesujący mechanicznie zwyczaj zmieniania kierunku dokładnie wtedy, kiedy człowiekowi wydawało się, że wszystko rozumiał, czasami robiło to brutalnie, a czasami niemal niezauważalnie, pozwalając zorientować się dopiero po czasie, że stoi się już w zupełnie innym miejscu niż wcześniej, i tak właśnie było ze mną.
Na wzmiankę o księżniczce i pałacu pokręciłem głową niemal natychmiast, zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, odruch był tak szybki i naturalny, że sam odrobinę mnie zdziwił, bo najwyraźniej mój mózg nie potrzebował nawet chwili na rozważenie podobnej propozycji.
- Po plostu „ploszę balso, Benjy, idź byś szczęśliwy”, hy? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, jakbym właśnie usłyszał coś kompletnie absurdalnego, im dłużej rozwijaliśmy teorię na temat mojego potencjalnego szczęścia u boku egzotycznej księżniczki, tym bardziej byłem przekonany, że właśnie powiedziała coś, co powinno mnie rozbawić, a zamiast tego zaczynało mnie w wyjątkowo nieracjonalny sposób drażnić. Nie dlatego, że naprawdę brałem ten temat na poważnie, bo przecież był kompletnie niedorzeczny, ale dlatego, że mówiła o oddawaniu mnie komuś innemu z taką łatwością, jakby chodziło o pożyczenie książki albo starego płaszcza.
- A co, jeśli jusz jestem szczęśliwy? - Pytanie padło tak po prostu, bez teatralności i bez żartu, które zwykle wrzucałem pomiędzy podobne słowa, nie planowałem go wypowiedzieć, pojawiło się samo, zanim zdążyłem je zatrzymać. - Bieszesz pod uwagę, sze nie potszebuję ani złota, ani księszniczek? - Spytałem, tym razem bardziej prowokacyjnie, i kolejny raz pokręciłem głową, jakbym sam nie dowierzał temu, do czego właśnie się przyznałem i temu, do czego piła ona. Patrzyłem na nią przez chwilę, wpierw rozszerzając, później mrużąc powieki, próbując ustalić, czy mówiła to wyłącznie dla żartu, czy rzeczywiście uważała, że wystarczyłoby kilka worków złota, jakaś laska i pałac z widokiem na pustynię, żebym nagle zapomniał, jak mam na imię.
- S całym szacunkiem dla egzotycznych monalchii, klólewskich lodów i ludzi posiadających więcej złota nisz zdlowego losądku, ale to kompletnie nie działa w ten sposób. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, po czym uniosłem lekko brew. - Naplawdę masz o mnie asz tak niskie mniemanie? Myślisz, sze mosna mnie kupiś pałacem? Albo tytułem? Albo gólą złota? Mam sympatię dla wielbłądów, fakt, bo wykonują kawał solidnej loboty, ale jednak tlochę mnie to boli. - Parsknąłem cicho, nie potrzebując nawet się zastanawiać, gdyż przez większą część życia uciekałem właśnie od ludzi, którzy oceniali innych przez pryzmat nazwisk, majątków, tytułów i pozycji, nie wywróciłem własnego życia do góry nogami po to, żeby nagle zacząć podejmować decyzje dokładnie według tych samych zasad. - Nie. - Ponownie pokręciłem głową. - Absolutnie nie. Dziękuję balso. Nie jestem spszedajną kulwą. - Uniosłem kącik ust, krzywo się uśmiechnąwszy. - Pluey, ja uciekłem od pieniędzy. Dosłownie. To nie jest nawet metafola. Gdybym chciał spędziś szycie, siedząc na wolkach galeonów i lobiąs wszystko „tak, jak wypada” , wystalszyłoby, szebym nie lobił absolutnie nic. Pannę tesz bym miał. Dokładnie na tej samej zasadzie. To był najplostszy plan świata. - Wzruszyłem ramionami i uniosłem lekko brew. - W ogóle balso nie podoba mi się załoszenie, sze bez wahania oddałabyś mnie jakiejś bajkowej księszniczce. - Rzuciłem z udawaną dezaprobatą. - Nie mogę uwieszyś, sze tak nisko mnie cenisz. - Przyłożyłem wolną dłoń do piersi, jakbym właśnie doznał głębokiej osobistej zniewagi. - Myślałem, sze jesteśmy oficjalni. - Nie był to prawdziwy zarzut, po prostu podchwyciłem temat i pociągnąłem go dalej, lecz fakty mówiły same za siebie - przez połowę życia spałem w miejscach, które ledwie kwalifikowały się jako dach nad głową, gdyby pieniądze miały być moją największą miłością, dawno już podjąłbym szereg znacznie lepiej płatnych decyzji - chodziło o to, jaki przekaz krył się pod jej słowami. „Problem” polegał na tym, że lubiłem z nią rozmawiać, lubiłem słuchać jej opinii, lubiłem wracać do posiadłości ze świadomością, że gdzieś tutaj była i pewnie za chwilę ją zobaczę, lubiłem to wszystko i nie potrzebowałem tak naprawdę niczego więcej…
- Powiem więcej, Bletchley. Gdybym nie wiedział lepiej, zacząłbym podejszewaś, sze nie doceniasz własnej konkulencyjności. - Przesunąłem kciukiem po krawędzi koperty, ale nie otworzyłem jeszcze listu, gdyż mieliśmy inne, nieoczekiwanie głębokie tematy. To było dziwne, przez lata przyzwyczaiłem się myśleć o niej jako o części swojej historii, kimś, kto był ważny, ale należał do innego rozdziału życia, dopiero teraz docierało do mnie, jak bardzo się myliłem. Nie wróciła do mojego życia jak dawna znajoma, nie wróciła nawet jak kompanka z dzieciństwa - nie byliśmy przyjaciółmi - wdarła się do niego z siłą burzy rozgrywającej się teraz za oknami i w ciągu kilku dni wywróciła do góry nogami rzeczy, które wydawały mi się od dawna poukładane.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej uwagę o tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy wszystko może się odwrócić, bo akurat w tej kwestii trudno było mi się z nią nie zgodzić - gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy wcześniej powiedział mi, że będę stał w kuchni Exmoor podczas burzy, trzymał tajemniczy list w dłoni i zastanawiał się bardziej nad tym, czy kobieta stojąca naprzeciwko mnie była zadowolona z mojego towarzystwa niż nad zawartością tej koperty, prawdopodobnie uznałbym go za niespełna rozumu, tymczasem życie po raz kolejny udowadniało, że ma wyjątkowo dziwne poczucie humoru i nie zamierza konsultować ze mną swoich planów.
- No, popacz… - Uniosłem kącik ust, uśmiechając się wymownie, gdyż ta zmiana nie była wcale aż tak bardzo nieoczekiwana - nie chodziło nawet tylko o to, jak wyglądała moja tymczasowa dziewczyna, ani że nigdy mi się nie podobała, chociaż byłbym idiotą, gdybym uparcie twierdził, że nie miało to znaczenia. Nie chodziło wyłącznie o przyciąganie, które od pierwszego dnia pojawiło się między nami, trwając z siłą godną jakiegoś wyjątkowo uporczywego uroku, nawet gdy nie byliśmy sobie przychylni. Nie pamiętałem momentu, w którym przestała być dla mnie ważna, pamiętałem za to dziesiątki sytuacji, kiedy próbowałem udawać, że tak właśnie się stało. Mieliśmy za sobą całe lata wspólnej historii, szkolnych sprzeczek, rywalizacji, wzajemnego doprowadzania się do szału i udawania przed całym światem, że druga strona nie zajmuje w naszych głowach ani odrobiny więcej miejsca, niż powinna. Teraz, kiedy większość tych murów wreszcie runęła, coraz częściej miałem wrażenie, że nie odkrywałem czegoś nowego, tylko odnajdywałem coś, co od bardzo dawna było ukryte pod warstwami uporu i źle ulokowanej dumy.
Burza za oknami przybierała na sile, kolejna błyskawica przecięła niebo gdzieś nad wrzosowiskami, a kilka sekund później przez rezydencję przetoczył się niski pomruk grzmotu - dźwięk odbił się od ścian i zanikł równie szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie tylko szum deszczu i przyjemne poczucie odcięcia od reszty świata. Pochyliłem się odrobinę bliżej nad Prue, unosząc brwi. Ze wszystkich możliwych zagrożeń, które mogły czaić się w tej kopercie, urzędnicy rzeczywiście znajdowali się zaskakująco wysoko na liście, nie dlatego, że byli szczególnie groźni sami w sobie, ale dlatego, że przez lata nauczyłem się jednego - klątwy przynajmniej zazwyczaj próbowały zabić człowieka od razu, ministerialna papierologia miała znacznie bardziej wyrafinowane metody zadawania cierpienia.
- Wiesz, sze właśnie powiedziałaś najbalsiej lomantyszną szesz, jaką usłyszałem od balso dawna? - Zapytałem z całkowitą powagą. Przez chwilę obracałem przesyłkę między palcami, przyglądając się jej z miną człowieka, który właśnie rozważał, czy łatwiej byłoby zmierzyć się z przeklętym grobowcem, czy z formularzem mającym więcej niż trzy strony. Zrobiłem krótką pauzę, po czym westchnąłem teatralnie. - Tak, plawda jeszt taka, sze tak, plawdopodobnie powinnaś mnie chloniś pszed papielologią. Jestem przekonany, sze istnieją uszędnicy, któszy na sam dźwięk mojego nazwiska dostają lekkiego dlszenia powieki i sam zdecydowanie odwzajemniam te odczucia. - Oparłem się mocniej o blat i przez chwilę przyglądałem się jej twarzy, zastanawiając się, czy powinienem być szczery - korespondencja nadal pozostawała zamknięta, bo najwyraźniej łatwiej było mi rozmawiać o własnych życiowych zaniedbaniach niż wreszcie sprawdzić, co znajdowało się w środku - doszedłem do wniosku, że skoro i tak znała już większość moich wad, kolejna nie zrobi większej różnicy.
- Wyoblaś sobie, sze dostaję list s Ministelstwa. - Wskazałem na kopertę. - Otwielam go, a tam ktoś pyta, kim jestem, gdzie byłem pszes ostatnie lata, dlaczego nie zgłosiłem pobytu, gdzie znajdują się moje dokumenty, jaki jest mój status podatkowy i czy mogę dostalszyś odpowiednie zaświadczenia, najlepiej na tydzień temu. - Spojrzałem na nią z autentycznym przerażeniem. - Plue, ja wolę klątwy. - Nie było w tym nawet wielkiej przesady, klątwy przynajmniej miały tę zaletę, że zazwyczaj próbowały zabić człowieka od razu, formularze potrafiły męczyć go miesiącami. Niektóre listy twierdziły, że muszę coś zgłosić. Inne, że muszę coś zarejestrować. Jeszcze inne sugerowały, że powinienem dostarczyć dokumenty potwierdzające rzeczy, których sam nie byłem do końca pewien. W pewnym momencie przestałem nadążać. A to było jeszcze w Stanach, gdzie mój status był zdecydowanie bardziej legalny.
Nie mogłem jednak dłużej zwlekać, nawet dla teatralności, wreszcie sięgnąłem palcami, by otworzyć kopertę, wytrząsając zawartość na blat po mojej lewej…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)