11.06.2026, 03:31 ✶
Zazwyczaj ludzie na rozdrożach mieli na jednym ramieniu anioła, a na drugim — diabła. Zenek siedział naprzeciwko Nory Figg, właścicielki cukierniczego imperium. Tak, Nora Nory była aż tak dobra. Z boku Florka kopała go butem pod stołem.
Gdy przysuwał Norze krzesło, jej ramię ledwo sięgało oparcia. Teraz również, by na nią spojrzeć, musiał pochylać się lekko nad stołem. Świeczka w świeczniku rzucała niespokojny cień. Nora może i melomanką nie była, ale doceniła Zenka tam, gdzie chciał być doceniony, czyli przy ich trzyosobowym stoliku. Chociaż nie wiedział, jak zagadywać ją dalej, spoglądał na nią łagodnie z lekkim uśmiechem splamionych pomadką ust.
Kop. Coś kopnął. Podskakujące kolano zatrzymało się natychmiast. Kop. Uśmiech Zenka zszedł z jego twarzy. Stopę trzymał w miejscu, a i tak podskoczyła. Kop. Nie, to coś kopało jego.
Spojrzał znad karty na Norę. Czytała menu dalej, jakby nic się nie działo. Więc tylko jego… Chwycił kartę mocniej i zatopił się jeszcze głębiej w sekcji napojów. Wtedy to coś, co go kopało, zaczęło meandrować i robić jakieś dziwne rzeczy w jego nogawce. Po kształcie buta już zdążył się zorientować, że to była pani Florka. Oh, jakie męki i katusze, człowiek nie może nawet raz wyjść z domu na miasto jak człowiek.
Zmarszczył brwi. Czubek buta łaskotał go przez skarpetkę. Chyba Florka tym mizianiem właśnie mu ją brudziła. Łydka mu lekko drgnęła. Zawiesił wzrok na Norze.
— Melomanka to taka kobieta, która lubi muzykę. — kiedy miał ją w zasięgu wzroku, słowa wypływały pewniej. Chciał być dla niej dobrym towarzystwem. Jemu samemu słowo bardziej kojarzyło się z melonikiem, a to już taki rodzaj kapelusza.
Odsunął stopę. Czubek buta wysunął się z jego nogawki. Zenek zamachnął się i… Kop.
— Chyba dzieci tu nie chodzą… — powiedział z uśmiechem, bo ludzki głos brzmiał wtedy lżej. Kop. Czub buta Zenka ponownie trafił Florkę w podeszwę. Drugi raz już mocniej.
Postawił buta z powrotem na ziemię.
O czterech żonach Bertiego Botta nie miał siły myśleć. Sam miał dwie kobiety do ogarnięcia.
— Wybrałaś już coś, Nora? — uniósł brodę wysoko, by zaczepić wzrokiem jakiegoś kelnera. Na szczęście na siedząco był zdecydowanie wyższy od Nory i ta sama kelnerka, która szukała mu stolika, w mig ogarnęła, że pan Kozioł chce zamawiać. — Panie przodem… — błysnął zębami do Nory.
Kelnerka pojawiła się obok. Jego ręka sama sięgnęła do koszyczka z łakociami, których wcześniej najwidoczniej zapomniał odebrać.
!Słodycze Bertiego
Gdy przysuwał Norze krzesło, jej ramię ledwo sięgało oparcia. Teraz również, by na nią spojrzeć, musiał pochylać się lekko nad stołem. Świeczka w świeczniku rzucała niespokojny cień. Nora może i melomanką nie była, ale doceniła Zenka tam, gdzie chciał być doceniony, czyli przy ich trzyosobowym stoliku. Chociaż nie wiedział, jak zagadywać ją dalej, spoglądał na nią łagodnie z lekkim uśmiechem splamionych pomadką ust.
Kop. Coś kopnął. Podskakujące kolano zatrzymało się natychmiast. Kop. Uśmiech Zenka zszedł z jego twarzy. Stopę trzymał w miejscu, a i tak podskoczyła. Kop. Nie, to coś kopało jego.
Spojrzał znad karty na Norę. Czytała menu dalej, jakby nic się nie działo. Więc tylko jego… Chwycił kartę mocniej i zatopił się jeszcze głębiej w sekcji napojów. Wtedy to coś, co go kopało, zaczęło meandrować i robić jakieś dziwne rzeczy w jego nogawce. Po kształcie buta już zdążył się zorientować, że to była pani Florka. Oh, jakie męki i katusze, człowiek nie może nawet raz wyjść z domu na miasto jak człowiek.
Zmarszczył brwi. Czubek buta łaskotał go przez skarpetkę. Chyba Florka tym mizianiem właśnie mu ją brudziła. Łydka mu lekko drgnęła. Zawiesił wzrok na Norze.
— Melomanka to taka kobieta, która lubi muzykę. — kiedy miał ją w zasięgu wzroku, słowa wypływały pewniej. Chciał być dla niej dobrym towarzystwem. Jemu samemu słowo bardziej kojarzyło się z melonikiem, a to już taki rodzaj kapelusza.
Odsunął stopę. Czubek buta wysunął się z jego nogawki. Zenek zamachnął się i… Kop.
— Chyba dzieci tu nie chodzą… — powiedział z uśmiechem, bo ludzki głos brzmiał wtedy lżej. Kop. Czub buta Zenka ponownie trafił Florkę w podeszwę. Drugi raz już mocniej.
Postawił buta z powrotem na ziemię.
O czterech żonach Bertiego Botta nie miał siły myśleć. Sam miał dwie kobiety do ogarnięcia.
— Wybrałaś już coś, Nora? — uniósł brodę wysoko, by zaczepić wzrokiem jakiegoś kelnera. Na szczęście na siedząco był zdecydowanie wyższy od Nory i ta sama kelnerka, która szukała mu stolika, w mig ogarnęła, że pan Kozioł chce zamawiać. — Panie przodem… — błysnął zębami do Nory.
Kelnerka pojawiła się obok. Jego ręka sama sięgnęła do koszyczka z łakociami, których wcześniej najwidoczniej zapomniał odebrać.
!Słodycze Bertiego
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.