12.06.2026, 00:11 ✶
Nie sposób było odmówić Ceolsige wyjątkowego czaru. Należała do tych osób, których obecność była atrakcyjna sama w sobie; czerpało się przyjemność ze słuchania głosu snującego opowieści, a wdzięk każdego ruchu sam rzucał się w oczy. Helloise dostrzegała w gracji panny Burke odcienie surowej elegancji, z której nie przebijała się sztywna, wystudiowana maniera, jaką rodzice i guwernantki wpajali tresowanym sztucznie damulkom.
Mimo że początkowo wiedźma wyrwała się samotnie do przodu, to znajdowała w osobie Ceolsige miłe towarzystwo podczas wyprawy w głąb lasu. Zwolniła więc wkrótce. Obróciła się na koleżankę i oglądała zaciekawiona, jak las obchodzi się z kobietą — a sięgał po nią mniej czule niż po samą Helloise, swoją starą przyjaciółkę. Gałęzie wyciągały się po Burke, sięgały jej szat i twarzy te szpony częściowo ogołocone z liści, przygotowane do snu zimowego, a druga czarownica patrzyła na to wszystko z uśmiechem.
— Kontrachentów? — zapytała występnie podchwytliwym tonem. — Ach, czy tylko tyle we mnie widzisz? — Bo jakże brzydko i ograniczająco brzmiało to słowo, mimo że trafnie przecież opisywało ich relację.
Bliskość znajomych drzew wprawiła czarownicę w pełne przewrotności podniecenie. Została nastrojona pozytywnie pierwszy raz od dawna, stąd też i jej postawa była zaczepniejsza niż zwykle.
Widząc, jak Ceolsige grzęźnie w mchu, koleżanka zbliżyła się do niej.
— Ostrożnie — szepnęła rozbawiona, oparłszy na chwilę brodę na ramieniu paserki. Zaraz dłoń Helloise wsunęła się w dłoń Burke. — Chodź moim krokiem — zachęciła, ciągnąc ją za sobą, wolniej tym razem, aby obie mogły rozkoszować się wieczornym spacerem, upojone zapachem wilgotnego jesiennego lasu i mokrego drewna. Ceolsige roztoczyła wokół nich nastrojową historię, Helloise zaś mogła skupić się na tyczeniu wygodnej trasy przez przytulny runiczny korytarz.
Legenda dawnej bitwy była wiedźmie znana. Nie było jej obce również miejsce walk, smutny czarny punkt wśród Kniei naznaczony czarną magią. W obecnych okolicznościach i taki martwy obszar stawał się jej drogi, a prowadząca doń ścieżka była przecież zupełnie urokliwa.
— Ależ o wiele bardziej wolę spacery spontaniczne niż planowe podążanie po szlaku na mapie. — I choć rzeczywiście spontaniczny żywot w ogólności wiodła ta czarownica, to przede wszystkim paliła ją niecierpliwość w sprawie Kniei. Ileż lepiej, że przydybała Ceolsige na gorącym uczynku, niż gdyby miała przegapić ją i zwlekać z tą wizytą jeszcze choćby godzinę! — Oczywiście, że polana tam jest — zaśmiała się cicho, gdy Burke podważyła istnienie miejsca. — Tyle miłości musiało być w tej kobiecie… — westchnęła. — Tyle tęsknoty. Las przyjmuje wszystkie dusze, każdą krew. Nie wątpię, że ona odnalazła tu po odejściu ukochanego spokój i pocieszenie.
Co do zasady Helloise była zdania, że skarby podarowane raz ziemi, nie powinny być jej odbierane. Wiedziała jednakże, w jakim towarzystwie się w las udaje — Ceolsige była paserką, kobietą interesu, która z wyprzedawania skarbów żyła. Nie uprawniało to panny Burke do wyrywania ich, skąd tylko jej się podobało, bynajmniej. W innych okolicznościach wiedźma zapewne sprzeciwiłaby się więc przedsięwzięciu, lecz tego wieczora zbyt wielką czuła wdzięczność. Ceolsige pomogła zwrócić Helloise cząstkę jej domu — uczciwym było, aby zabrała z niego coś w zamian.
— Drzewa wysłuchają mnie… — Znów mówić z nimi… samo to było jej nagrodą. Powiodła wzrokiem po bokach ścieżki, po przyjaźnie milczącej gęstwinie owiniętej aksamitem nocy. — A dziś ja posłucham ciebie i zdradzę ci ten jeden sekret, jeśli tylko zostanie mi oddany. — Zacisnęła mocniej palce na dłoni kobiety.
Mimo że początkowo wiedźma wyrwała się samotnie do przodu, to znajdowała w osobie Ceolsige miłe towarzystwo podczas wyprawy w głąb lasu. Zwolniła więc wkrótce. Obróciła się na koleżankę i oglądała zaciekawiona, jak las obchodzi się z kobietą — a sięgał po nią mniej czule niż po samą Helloise, swoją starą przyjaciółkę. Gałęzie wyciągały się po Burke, sięgały jej szat i twarzy te szpony częściowo ogołocone z liści, przygotowane do snu zimowego, a druga czarownica patrzyła na to wszystko z uśmiechem.
— Kontrachentów? — zapytała występnie podchwytliwym tonem. — Ach, czy tylko tyle we mnie widzisz? — Bo jakże brzydko i ograniczająco brzmiało to słowo, mimo że trafnie przecież opisywało ich relację.
Bliskość znajomych drzew wprawiła czarownicę w pełne przewrotności podniecenie. Została nastrojona pozytywnie pierwszy raz od dawna, stąd też i jej postawa była zaczepniejsza niż zwykle.
Widząc, jak Ceolsige grzęźnie w mchu, koleżanka zbliżyła się do niej.
— Ostrożnie — szepnęła rozbawiona, oparłszy na chwilę brodę na ramieniu paserki. Zaraz dłoń Helloise wsunęła się w dłoń Burke. — Chodź moim krokiem — zachęciła, ciągnąc ją za sobą, wolniej tym razem, aby obie mogły rozkoszować się wieczornym spacerem, upojone zapachem wilgotnego jesiennego lasu i mokrego drewna. Ceolsige roztoczyła wokół nich nastrojową historię, Helloise zaś mogła skupić się na tyczeniu wygodnej trasy przez przytulny runiczny korytarz.
Legenda dawnej bitwy była wiedźmie znana. Nie było jej obce również miejsce walk, smutny czarny punkt wśród Kniei naznaczony czarną magią. W obecnych okolicznościach i taki martwy obszar stawał się jej drogi, a prowadząca doń ścieżka była przecież zupełnie urokliwa.
— Ależ o wiele bardziej wolę spacery spontaniczne niż planowe podążanie po szlaku na mapie. — I choć rzeczywiście spontaniczny żywot w ogólności wiodła ta czarownica, to przede wszystkim paliła ją niecierpliwość w sprawie Kniei. Ileż lepiej, że przydybała Ceolsige na gorącym uczynku, niż gdyby miała przegapić ją i zwlekać z tą wizytą jeszcze choćby godzinę! — Oczywiście, że polana tam jest — zaśmiała się cicho, gdy Burke podważyła istnienie miejsca. — Tyle miłości musiało być w tej kobiecie… — westchnęła. — Tyle tęsknoty. Las przyjmuje wszystkie dusze, każdą krew. Nie wątpię, że ona odnalazła tu po odejściu ukochanego spokój i pocieszenie.
Co do zasady Helloise była zdania, że skarby podarowane raz ziemi, nie powinny być jej odbierane. Wiedziała jednakże, w jakim towarzystwie się w las udaje — Ceolsige była paserką, kobietą interesu, która z wyprzedawania skarbów żyła. Nie uprawniało to panny Burke do wyrywania ich, skąd tylko jej się podobało, bynajmniej. W innych okolicznościach wiedźma zapewne sprzeciwiłaby się więc przedsięwzięciu, lecz tego wieczora zbyt wielką czuła wdzięczność. Ceolsige pomogła zwrócić Helloise cząstkę jej domu — uczciwym było, aby zabrała z niego coś w zamian.
— Drzewa wysłuchają mnie… — Znów mówić z nimi… samo to było jej nagrodą. Powiodła wzrokiem po bokach ścieżki, po przyjaźnie milczącej gęstwinie owiniętej aksamitem nocy. — A dziś ja posłucham ciebie i zdradzę ci ten jeden sekret, jeśli tylko zostanie mi oddany. — Zacisnęła mocniej palce na dłoni kobiety.
dotknij trawy