12.06.2026, 09:36 ✶
Za szafą nic nie było. Ściana, jasne. Drewniane panele podłogowe. Każdy krok w miejscu, każde szurnięcie dżinsu czy materiału koszuli, którą rozpiął guzik po guziku i z siebie zsunął — w zamkniętej przestrzeni wszystko odbijało się z pogłosem. Innym niż w lobby. Mniejszym.
Zrzucił koszulę gdzieś za siebie, potem wysunął się z nogawek spodni. Elegancka szata od Astorii leżała na podłodze i czekała. No niestety, zaplecze to nie przebieralnia. Sprzątali tu na tyle często, by nie wszczynać jeszcze alarmu sanitarnego (ave chłoszczyść), ale kurzyku i tak zebrało się akurat tyle, żeby pokryć czarny materiał jego skromną warstwą.
Przebieranie dawało mu kilka wydłużonych sekund na oddech. Doceniał to, jasne. Nadal nie znał jej imienia, nadal jawiła mu się jako tajemnicza wszechmocna istota. Gdzieś z tyłu głowy nadal miał wizję własnego wyssanego z krwi ciała.
— Polskie. — schylił się po szatę i uderzył bokiem o szafę. Rozległo się głuche puk. Materiał ślizgał się między jego palcami, inaczej niż wyświechtana koszula. Zawiesił się przez chwilę w kuckach. — A pani jak ma? Na imię? — miał nadzieję, że nie powiedział tego za cicho i usłyszała.
Wyprostował się z czarnym przebraniem zgniecionym w rękach. Kanty i plisy wyszły z budynku.
Z następnym pytaniem twarz mu jakby pojaśniała, chociaż Astoria oczywiście nie mogła tego widzieć. — Tak! — poszurał spodniami i koszulą w dłoniach. Nie był idiotą, oczywiście. Wiedział, czym jest dom uciech. Po prostu ta nazwa pasowała do Rejwachu znakomicie. — Ta nazwa pasuje do Rejwachu znakomicie. Ale to tylko pub. Gram na klawiszach. — słowo tak prymitywne jak “tylko” nie mogło zawrzeć wszystkiego, czym Rejwach powoli się dla niego stawał, ale na potrzeby krótkiej wymiany zdań za szafą musiało wystarczyć. Rękaw, rękaw. Nogawka, nogawka. Gotowe. Jeszcze przykucnął, by zasznurować sznurówki.
Zaczęło trzeszczeć. Zbyt intensywnie jak na zaplecze. Trzask łaskotał mu ucho od środka. Zenek zamarł w środku i wstał. Nogi zdecydowały, że ewakuacji czas.
Wynurzył się zza szafy. Pachniało jak nie ogniem, ale wiedział, co przed chwilą usłyszał. Jedynie nie zgadzało się to z jego oczami. Potarł powieki, tak dla pewności.
— Co tu się stanęło? — Zenek stanął przed Astorią w nowej szacie. Czerń ślizgała się po ramionach, torsie i kolanach. Dokładnie taka też była w dotyku. Zenek szeleścił, gdy chodził. Jedynie skarpetki w gwiazdki i księżyce nieśmiało wyglądały znad trampek, kiedy akurat nogawka podjeżdżała w górę.
Był chyba zbyt wybity z rytmu, żeby poruszać mięśniami twarzy. — Wie pani, ja… chyba już nie wiem, po co tu przyszedłem. — Stał na środku pokoju, bezradnie. Głęboko pociągnął nosem.
Postąpił kilka kroków w stronę kupki popiołu. Włożył w nią rękę. Szary proszek był miękki. Zaczął go rozgrzebywać. Grzebał i grzebał, aż z popiołu wyciągnął nadwęglone dżinsy. Rozpostarł zdobycz szeroko przed sobą.
— O, widzi pani. — nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu. — Te Levisy to nawet wojnę atomową przetrwają. Jeszcze nigdy ich dotąd nie prałem. — zaczął składać dżinsy w dłoniach. — To się wypierze.
Zrzucił koszulę gdzieś za siebie, potem wysunął się z nogawek spodni. Elegancka szata od Astorii leżała na podłodze i czekała. No niestety, zaplecze to nie przebieralnia. Sprzątali tu na tyle często, by nie wszczynać jeszcze alarmu sanitarnego (ave chłoszczyść), ale kurzyku i tak zebrało się akurat tyle, żeby pokryć czarny materiał jego skromną warstwą.
Przebieranie dawało mu kilka wydłużonych sekund na oddech. Doceniał to, jasne. Nadal nie znał jej imienia, nadal jawiła mu się jako tajemnicza wszechmocna istota. Gdzieś z tyłu głowy nadal miał wizję własnego wyssanego z krwi ciała.
— Polskie. — schylił się po szatę i uderzył bokiem o szafę. Rozległo się głuche puk. Materiał ślizgał się między jego palcami, inaczej niż wyświechtana koszula. Zawiesił się przez chwilę w kuckach. — A pani jak ma? Na imię? — miał nadzieję, że nie powiedział tego za cicho i usłyszała.
Wyprostował się z czarnym przebraniem zgniecionym w rękach. Kanty i plisy wyszły z budynku.
Z następnym pytaniem twarz mu jakby pojaśniała, chociaż Astoria oczywiście nie mogła tego widzieć. — Tak! — poszurał spodniami i koszulą w dłoniach. Nie był idiotą, oczywiście. Wiedział, czym jest dom uciech. Po prostu ta nazwa pasowała do Rejwachu znakomicie. — Ta nazwa pasuje do Rejwachu znakomicie. Ale to tylko pub. Gram na klawiszach. — słowo tak prymitywne jak “tylko” nie mogło zawrzeć wszystkiego, czym Rejwach powoli się dla niego stawał, ale na potrzeby krótkiej wymiany zdań za szafą musiało wystarczyć. Rękaw, rękaw. Nogawka, nogawka. Gotowe. Jeszcze przykucnął, by zasznurować sznurówki.
Zaczęło trzeszczeć. Zbyt intensywnie jak na zaplecze. Trzask łaskotał mu ucho od środka. Zenek zamarł w środku i wstał. Nogi zdecydowały, że ewakuacji czas.
Wynurzył się zza szafy. Pachniało jak nie ogniem, ale wiedział, co przed chwilą usłyszał. Jedynie nie zgadzało się to z jego oczami. Potarł powieki, tak dla pewności.
— Co tu się stanęło? — Zenek stanął przed Astorią w nowej szacie. Czerń ślizgała się po ramionach, torsie i kolanach. Dokładnie taka też była w dotyku. Zenek szeleścił, gdy chodził. Jedynie skarpetki w gwiazdki i księżyce nieśmiało wyglądały znad trampek, kiedy akurat nogawka podjeżdżała w górę.
Był chyba zbyt wybity z rytmu, żeby poruszać mięśniami twarzy. — Wie pani, ja… chyba już nie wiem, po co tu przyszedłem. — Stał na środku pokoju, bezradnie. Głęboko pociągnął nosem.
Postąpił kilka kroków w stronę kupki popiołu. Włożył w nią rękę. Szary proszek był miękki. Zaczął go rozgrzebywać. Grzebał i grzebał, aż z popiołu wyciągnął nadwęglone dżinsy. Rozpostarł zdobycz szeroko przed sobą.
— O, widzi pani. — nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu. — Te Levisy to nawet wojnę atomową przetrwają. Jeszcze nigdy ich dotąd nie prałem. — zaczął składać dżinsy w dłoniach. — To się wypierze.
Sen jest bratem śmierci.