** @Nora Figg @Zenon Kozioł
Zegar tykał, a wir rozpędzał się. Przez łeb przechodziły jej pomysły agresywne i wulgarne – wredne odzywki zwracające na nią uwagę całego świata i wszechświata. Nie czytała już w ogóle tego menu, przestała się starać. Uśmiechała się, ale kącik ust jej drżał. I dokładnie w tym momencie, w którym miała wybuchnąć od narastającego wewnątrz ciśnienia, jej ramiona się rozluźniły. Musiała to wytrzymać bo obok siedziała ona. Florence nie mogłaby knuć w głowie żadnego spisku, nic by nie mogła, nie istniałaby gdyby nie drobna blondynka siedząca obok. W całym tym natłoku wad i wybuchowej osobowości, pary ulatującej z niej jak z czajnika, nie potrafiłaby znieść skrzywdzenia Nory Figg. Nawet Laurent, którym próbowała się okrywać jak pierzyną, nie był dla niej tak dobry i wyrozumiały, a przecież wcale na to nie zasługiwała. Nigdy sobie na to nie zasłuży. Mogła mieć tyle nowych imion ile chciała, ale ciężar przeszłości nigdy nie znikał. Przyciskał ją do podłogi tak jak ściskały go klaustrofobiczne korytarze Ścieżek.
Nora przyszła tutaj na obiad. Pewnie nie gniewała się, że przy okazji przyszła tutaj poznać jego najlepszego przyjaciela, ale też… Przyszła tutaj na obiad.
Nie myśl o tym, że ten zimny drań kopnął cię tak, jakby chciał powiedzieć: uspokój się wreszcie i usiądź prosto, bo mam cię dosyć, przecież z tobą kompletnie nie da się wytrzymać (bez wątpienia to miał przecież na myśli).
Powinna przestać ćpać, ale nie potrafiła.
Przez te wszystkie rozważania nawet nie zauważyła, że skierowano do niej jakieś miłe słowa. Owszem, rejestrowała je, ale głównie to próbowała nie patrzeć na Kozła, bo jej kolejne uderzenie mogło okazać się zabójcze dla następnego terminu występu w Rejwachu. Podciągnęła nawet nogi pod swoje krzesło.
Kiedy pojawiła się kelnerka, ucisk wymiocin w jej gardle był spory, rzuciła więc rozżalona:
– Ja to bym chciała oba deserki… – a później dopiero dotarł do niej sens wcześniejszej propozycji i rzuconego jej pytania. Plasnęła więc dłonią w czoło, odrobinę zażenowana. – Ah no tak, mogę zjeść oba.
I chociaż od razu zaczerwieniła się przez hojną ofertę, musiała jeszcze przetrwać coś trudniejszego niż to, jak dobrym i spostrzegawczym człowiekiem blondynka była. Absolutnie nic, poza kartą deserów, nie wyglądało dla niej apetycznie. Nie było mowy, żeby dała radę zjeść jakiekolwiek danie główne bez łykania kęsów w całości i popijania ich wodą. Zblendowana zupa brzmiała na coś wolnego od niechcianych niespodzianek, ale mówienie tego co miało się na myśli nigdy nie zaprowadziło go w dobre miejsce. Wręcz przeciwnie, każda jego relacja rozpadała się dokładnie w tym momencie, w którym zaczynał mówić całą prawdę. Ktoś wredny powiedziałby pewnie, że to ta druga przydałaby się bardziej, ale ktoś wredny nie przejmowałby się tym, że bycie w centrum uwagi w chwili, kiedy próbuje coś przeżuć, doprowadzi ją do jeszcze większego dołka.
Jej zamówienie było więc zdecydowanie najbardziej chaotyczną sceną, jakiej kelnerka doświadczyła tego dnia. I nie wpadła na to, że mogła zwyczajnie nie zamawiać czegoś, czego nie zamierzała zjadać. Za moment któreś z nich dowie się, że może zabrać to na wynos. Zdecydowanie nie pomogło też to, jak szybko zaczęła się jąkać. Ale hej – wzięła za to sok, ten słodki i pełen melancholii – nawet to do ich stolika pasowało.
– Pół na pół? – Zapytała nagle Nory, kiedy typiara już poszła. – Przekroję nam. – Nożykiem ze stołu oczywiście. Co prawda nie przyszła tutaj bez noża, ale… No wiadomo, głupio go wyjmować. – Albo się w połowie wymienimy. A mówiłam ci kiedyś, że mój najlepszy przyjaciel też jest kucharzem?
Zegar tykał, a wir rozpędzał się. Przez łeb przechodziły jej pomysły agresywne i wulgarne – wredne odzywki zwracające na nią uwagę całego świata i wszechświata. Nie czytała już w ogóle tego menu, przestała się starać. Uśmiechała się, ale kącik ust jej drżał. I dokładnie w tym momencie, w którym miała wybuchnąć od narastającego wewnątrz ciśnienia, jej ramiona się rozluźniły. Musiała to wytrzymać bo obok siedziała ona. Florence nie mogłaby knuć w głowie żadnego spisku, nic by nie mogła, nie istniałaby gdyby nie drobna blondynka siedząca obok. W całym tym natłoku wad i wybuchowej osobowości, pary ulatującej z niej jak z czajnika, nie potrafiłaby znieść skrzywdzenia Nory Figg. Nawet Laurent, którym próbowała się okrywać jak pierzyną, nie był dla niej tak dobry i wyrozumiały, a przecież wcale na to nie zasługiwała. Nigdy sobie na to nie zasłuży. Mogła mieć tyle nowych imion ile chciała, ale ciężar przeszłości nigdy nie znikał. Przyciskał ją do podłogi tak jak ściskały go klaustrofobiczne korytarze Ścieżek.
Nora przyszła tutaj na obiad. Pewnie nie gniewała się, że przy okazji przyszła tutaj poznać jego najlepszego przyjaciela, ale też… Przyszła tutaj na obiad.
Nie myśl o tym, że ten zimny drań kopnął cię tak, jakby chciał powiedzieć: uspokój się wreszcie i usiądź prosto, bo mam cię dosyć, przecież z tobą kompletnie nie da się wytrzymać (bez wątpienia to miał przecież na myśli).
Powinna przestać ćpać, ale nie potrafiła.
Przez te wszystkie rozważania nawet nie zauważyła, że skierowano do niej jakieś miłe słowa. Owszem, rejestrowała je, ale głównie to próbowała nie patrzeć na Kozła, bo jej kolejne uderzenie mogło okazać się zabójcze dla następnego terminu występu w Rejwachu. Podciągnęła nawet nogi pod swoje krzesło.
Kiedy pojawiła się kelnerka, ucisk wymiocin w jej gardle był spory, rzuciła więc rozżalona:
– Ja to bym chciała oba deserki… – a później dopiero dotarł do niej sens wcześniejszej propozycji i rzuconego jej pytania. Plasnęła więc dłonią w czoło, odrobinę zażenowana. – Ah no tak, mogę zjeść oba.
I chociaż od razu zaczerwieniła się przez hojną ofertę, musiała jeszcze przetrwać coś trudniejszego niż to, jak dobrym i spostrzegawczym człowiekiem blondynka była. Absolutnie nic, poza kartą deserów, nie wyglądało dla niej apetycznie. Nie było mowy, żeby dała radę zjeść jakiekolwiek danie główne bez łykania kęsów w całości i popijania ich wodą. Zblendowana zupa brzmiała na coś wolnego od niechcianych niespodzianek, ale mówienie tego co miało się na myśli nigdy nie zaprowadziło go w dobre miejsce. Wręcz przeciwnie, każda jego relacja rozpadała się dokładnie w tym momencie, w którym zaczynał mówić całą prawdę. Ktoś wredny powiedziałby pewnie, że to ta druga przydałaby się bardziej, ale ktoś wredny nie przejmowałby się tym, że bycie w centrum uwagi w chwili, kiedy próbuje coś przeżuć, doprowadzi ją do jeszcze większego dołka.
Jej zamówienie było więc zdecydowanie najbardziej chaotyczną sceną, jakiej kelnerka doświadczyła tego dnia. I nie wpadła na to, że mogła zwyczajnie nie zamawiać czegoś, czego nie zamierzała zjadać. Za moment któreś z nich dowie się, że może zabrać to na wynos. Zdecydowanie nie pomogło też to, jak szybko zaczęła się jąkać. Ale hej – wzięła za to sok, ten słodki i pełen melancholii – nawet to do ich stolika pasowało.
– Pół na pół? – Zapytała nagle Nory, kiedy typiara już poszła. – Przekroję nam. – Nożykiem ze stołu oczywiście. Co prawda nie przyszła tutaj bez noża, ale… No wiadomo, głupio go wyjmować. – Albo się w połowie wymienimy. A mówiłam ci kiedyś, że mój najlepszy przyjaciel też jest kucharzem?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.