14.06.2026, 16:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.06.2026, 16:52 przez Lorraine Malfoy.)
"Jak to możliwe, że znów masz rację?" Coś na kształt uśmiechu przemknęło przez twarz półwili, choć smutny był to uśmiech. Był smutny, bo kryły się za nim godziny przemyśleń. Krył się za nim żal. Jak wiele błędów musiała popełnić w swym życiu Lorraine? Jak wiele razy czyniła sobie podobne wyrzuty, co Renigald? Być może wystarczająco wiele, żeby próbować mu tego oszczędzić.
— Od opowieści o wojnie wywodzi swój początek nasz ród — powtórzyła Lorraine. — Od opowieści o podboju, którego skutki widoczne są nie tylko w naszym prawie, architekturze i heraldyce, ale i w języku, jakim się posługujemy. Podboju Anglii przez Normandię dokonanego przez króla Wilhelma Zdobywcę… Choć wprzódy znany był pod innym imieniem. Był Wilhelmem Bękartem, normandzkim książątkiem, szukającym żołnierzy, gotowych poprzeć jego sprawę. Wielki nasz przodek zaciągnął się w służbę księcia, choć nie był żołnierzem. Armand Malfoy był… Nikim. Przybył znikąd. Nie nosił niczyich barw. Nikomu nie przysięgał. Nikt nie znał jego imienia. A jednak okazał się potężniejszym niż cała armia księcia razem wzięta. To on przeprowadził jego statki przez wodę. To on przepowiedział kurs komety, zwiastującej pogrom. To on spętał wolę przeciwników księcia, doprowadzając do druzgocącego zwycięstwa. — Lorraine opowiadała starannie wyuczoną legendę tak, jak gdyby sama była jej uczestniczką. Wreszcie zmuszona była jednak wziąć głęboki oddech, zanim podjęła opowieść dalej. — Potężny był to czarodziej. To po nim otrzymał imię mój tata. Po tym, który ustanowił nasz ród na angielskiej ziemi. Po zakończeniu kampanii wojennej, wielki nasz przodek wyróżniony został przez samego Wilhelma Zdobywcę. Z królewskiego nadania przypadł mu majątek ziemski w Wiltshire, gdzie wzniósł swój dom, Malfoy Manor. Nie chciał rezydencji na królewskim dworze. Król był dla niego tylko narzędziem. Niczym więcej. Ostatecznie liczyła się bowiem tylko rodzina. Tylko jej wpływy. Na przestrzeni wieków traktowaliśmy więc kolejnych władców jako narzędzia. Nie zawsze wiedzieliśmy, jak się nimi posługiwać, nie wszyscy nasi przodkowie posiadali bowiem odpowiednią biegłość. Niektóre narzędzia okazywały się zaskakująco precyzyjne, inne, rozczarowująco wręcz tępe… Nawet wtedy, gdy kierowała nimi wprawna ręka. Nie urodziliśmy się, żeby walczyć w wojnach, Renigaldzie. Normandia narodziła się z przemocy i ekspansji, ale nie stamtąd wzięliśmy swoje korzenie. My pochodzimy z dorzeczy Lotaryngii, z terenów pogranicza. Tam narodził się Armand Malfoy. Nikt nie wie, co działo się z nim, zanim wstąpił w służbę normańskiego księcia. Wiemy jednak, że to on uczynił go królem. To on uczynił go Zdobywcą. Nie zastanawiałeś się, dlaczego nigdy więcej nie uczestniczyliśmy bezpośrednio w mugolskich konfliktach? Dlaczego sami nie zawalczyliśmy o tron, lecz oddaliśmy go temu, którego zwali Bękartem? Mogliśmy sięgnąć po koronę, a jednak stwarzaliśmy królów, a potem niszczyliśmy nasze własne stworzenie. — Lorraine uważnie przypatrywała się Renigaldowi, pozwalając mu zastanowić się na odpowiedzią. — Sanctimonia vincet semper. "Świętość zawsze zwycięży". Tak brzmi nasze motto, motto Armanda Malfoya, choć częściej zwykliśmy mówić: "czystość zawsze zwycięży". Czystość krwi urosła bowiem w naszych oczach do świętości. A jednak czystość nie ocaliła nas tej nocy. Dotknął nas jednako gniew tych, którzy rzekomo walczą w imię rasowej czystości, jak i tych, których uznajemy za czystości pozbawionych. Cofnąć musimy się więc nie do tego, co czyste, ale do tego, co święte. Do tego, co dla Armanda Malfoya było wartościowszym niż angielski tron, przed którym złożył lenno ze swych ambicji. Do rodziny. Do domu, którego nigdy nie miał. Wiltshire podobno przypomina Lotaryngię. A może raczej zatarte wspomnienie o Lotaryngii, którą zostawił za sobą?
Była taka zapalczywa w swych przekonaniach. Niemal naiwna w swej wierze. Lorraine Malfoy była na swój sposób fanatyczką. Świętość, mówiła, a jej szeroko otwarte oczy błyszczały w ferworze wyznawczyni. Świętą była krew, jaką płynęła w jej żyłach, wierzyła w to ślepo — wierzyła po omacku wręcz — a pierścień Malfoyów na jej palcu był relikwium umacniającym tę wiarę.
— Tak długo, jak trwa nasza rodzina, przetrwamy każdą wojnę — wydyszała, oparłszy się ciężarem swego ciała o sarkofag, jak gdyby wyczerpała ją własna opowieść. Nieregularne posiłki, natłok pracy i bezsenne noce wzięły nad nią górę. Czasem robiło jej się słabo, jeżeli stała zbyt długo, musiała więc poświęcić chwilę na złapanie oddechu. — Dlatego to jest tak ważne… — ciągnęła miękko. — Tak ważne, żebyś myślał o rodzinie, gdy myślisz o sobie. Nie rozdzielaj tego. Nie można rozdzielać. Zależność działa w obie strony. Gdy pomyślisz "rodzina", pomyśl więc też od razu "ja". Wszyscy bowiem jesteśmy z sobą... Zrośnięci.
— Od opowieści o wojnie wywodzi swój początek nasz ród — powtórzyła Lorraine. — Od opowieści o podboju, którego skutki widoczne są nie tylko w naszym prawie, architekturze i heraldyce, ale i w języku, jakim się posługujemy. Podboju Anglii przez Normandię dokonanego przez króla Wilhelma Zdobywcę… Choć wprzódy znany był pod innym imieniem. Był Wilhelmem Bękartem, normandzkim książątkiem, szukającym żołnierzy, gotowych poprzeć jego sprawę. Wielki nasz przodek zaciągnął się w służbę księcia, choć nie był żołnierzem. Armand Malfoy był… Nikim. Przybył znikąd. Nie nosił niczyich barw. Nikomu nie przysięgał. Nikt nie znał jego imienia. A jednak okazał się potężniejszym niż cała armia księcia razem wzięta. To on przeprowadził jego statki przez wodę. To on przepowiedział kurs komety, zwiastującej pogrom. To on spętał wolę przeciwników księcia, doprowadzając do druzgocącego zwycięstwa. — Lorraine opowiadała starannie wyuczoną legendę tak, jak gdyby sama była jej uczestniczką. Wreszcie zmuszona była jednak wziąć głęboki oddech, zanim podjęła opowieść dalej. — Potężny był to czarodziej. To po nim otrzymał imię mój tata. Po tym, który ustanowił nasz ród na angielskiej ziemi. Po zakończeniu kampanii wojennej, wielki nasz przodek wyróżniony został przez samego Wilhelma Zdobywcę. Z królewskiego nadania przypadł mu majątek ziemski w Wiltshire, gdzie wzniósł swój dom, Malfoy Manor. Nie chciał rezydencji na królewskim dworze. Król był dla niego tylko narzędziem. Niczym więcej. Ostatecznie liczyła się bowiem tylko rodzina. Tylko jej wpływy. Na przestrzeni wieków traktowaliśmy więc kolejnych władców jako narzędzia. Nie zawsze wiedzieliśmy, jak się nimi posługiwać, nie wszyscy nasi przodkowie posiadali bowiem odpowiednią biegłość. Niektóre narzędzia okazywały się zaskakująco precyzyjne, inne, rozczarowująco wręcz tępe… Nawet wtedy, gdy kierowała nimi wprawna ręka. Nie urodziliśmy się, żeby walczyć w wojnach, Renigaldzie. Normandia narodziła się z przemocy i ekspansji, ale nie stamtąd wzięliśmy swoje korzenie. My pochodzimy z dorzeczy Lotaryngii, z terenów pogranicza. Tam narodził się Armand Malfoy. Nikt nie wie, co działo się z nim, zanim wstąpił w służbę normańskiego księcia. Wiemy jednak, że to on uczynił go królem. To on uczynił go Zdobywcą. Nie zastanawiałeś się, dlaczego nigdy więcej nie uczestniczyliśmy bezpośrednio w mugolskich konfliktach? Dlaczego sami nie zawalczyliśmy o tron, lecz oddaliśmy go temu, którego zwali Bękartem? Mogliśmy sięgnąć po koronę, a jednak stwarzaliśmy królów, a potem niszczyliśmy nasze własne stworzenie. — Lorraine uważnie przypatrywała się Renigaldowi, pozwalając mu zastanowić się na odpowiedzią. — Sanctimonia vincet semper. "Świętość zawsze zwycięży". Tak brzmi nasze motto, motto Armanda Malfoya, choć częściej zwykliśmy mówić: "czystość zawsze zwycięży". Czystość krwi urosła bowiem w naszych oczach do świętości. A jednak czystość nie ocaliła nas tej nocy. Dotknął nas jednako gniew tych, którzy rzekomo walczą w imię rasowej czystości, jak i tych, których uznajemy za czystości pozbawionych. Cofnąć musimy się więc nie do tego, co czyste, ale do tego, co święte. Do tego, co dla Armanda Malfoya było wartościowszym niż angielski tron, przed którym złożył lenno ze swych ambicji. Do rodziny. Do domu, którego nigdy nie miał. Wiltshire podobno przypomina Lotaryngię. A może raczej zatarte wspomnienie o Lotaryngii, którą zostawił za sobą?
Była taka zapalczywa w swych przekonaniach. Niemal naiwna w swej wierze. Lorraine Malfoy była na swój sposób fanatyczką. Świętość, mówiła, a jej szeroko otwarte oczy błyszczały w ferworze wyznawczyni. Świętą była krew, jaką płynęła w jej żyłach, wierzyła w to ślepo — wierzyła po omacku wręcz — a pierścień Malfoyów na jej palcu był relikwium umacniającym tę wiarę.
— Tak długo, jak trwa nasza rodzina, przetrwamy każdą wojnę — wydyszała, oparłszy się ciężarem swego ciała o sarkofag, jak gdyby wyczerpała ją własna opowieść. Nieregularne posiłki, natłok pracy i bezsenne noce wzięły nad nią górę. Czasem robiło jej się słabo, jeżeli stała zbyt długo, musiała więc poświęcić chwilę na złapanie oddechu. — Dlatego to jest tak ważne… — ciągnęła miękko. — Tak ważne, żebyś myślał o rodzinie, gdy myślisz o sobie. Nie rozdzielaj tego. Nie można rozdzielać. Zależność działa w obie strony. Gdy pomyślisz "rodzina", pomyśl więc też od razu "ja". Wszyscy bowiem jesteśmy z sobą... Zrośnięci.