15.06.2026, 21:03 ✶
— W porządku — zbyła obojętnie pytanie, bo nic poza ściskiem i hałasem jej po drodze nie doskwierało. — Nie spodziewałeś się tego?
Ona tym bardziej nie potrafiła przewidzieć takiego obrotu wypadków. Mało do niej docierało wieści z Londynu, a nawet gdy już jakaś plotka czy informacja zawędrowała w jej pobliże, czarownica nieraz ostentacyjnie je ignorowała. Szczególnie o tak pięknej porze roku szkoda było sobie zaprzątać głowę rzeczami tak przyziemnymi jak niedotyczące jej w najmniejszym stopniu marsze w oddalonym o całe mile Londynie.
Helloise oderwała od Seisylla wyczekujący wzrok. Nie szukała już w nim więcej odpowiedzi, skoro oboje mieli podobne pojęcie o tym, co się działo. Czarownica zwróciła się z powrotem ku witrynie, za którą przetaczał się nieskoordynowany, coraz mocniej podburzony tłum.
— Czy oni zamierzają coś obalić albo mścić się jakoś, czy wyszli tak bez celu, byle chodzić? — zadała pytanie, które mogło sugerować jej ignorancję, lecz w rzeczywistości była to zawoalowana złośliwość. Widziała w takim bydlęcym maszerowaniu coś pospolitego i, z jej perspektywy, bezproduktywnego. — Jak sobie wyobrażają spełnienie tych żądań?
Zapewne, jak każde takie zgromadzenie, chcieli być zauważeni. Chcieli poczuć się zjednoczeni we wspólnym celu, zmotywowani wzajemną obecnością. Jak na kogoś, kto wiele uwagi poświęcał temu, aby czuć się jednością z całym stworzeniem, i wychwalał piękno modlitwnych wspólnot, Helloise zaskakująco łatwo odtrącała każdą inną formę organizowania się między ludźmi. Każdą tę, która wydawała się jej niska i nieszlachetna, nieuduchowiona. A te niezbornie skandowane hasła trudno było porównać do harmonijnych pieśni religijnych.
Charłaków można było żałować, lecz trudno było nie dopatrywać się w ich kondycji pewnej celowości natury. Skoro bogowie zdecydowali się w nich magię wygasić, musiały być ku temu powody. Smutny to był incydent dla rodzin i trudno sobie wyobrazić, jakie koszmary przeżywały matki, które wydawały na świat te nieszczęsne istoty, lecz jedynym prawem, jakie się charłakom należało, było prawo do spokojnego życia. Te dzieci powinny wziąć swój los takim, jakim był. Szukać piękna w życiu, jakie im zapisano. Wykorzystać inne ofiarowane im talenta lub odsunąć się w cień, wieść miły żywot w jakimś cichym miejscu. Helloise przecież sama czasem wychodziła do lasu bez różdżki, aby zakosztować życia bez magii, nauczyć się wobec niej pokory — i były to doprawdy urokliwe dni.
Gdy kolejna osoba znalazła się niebezpiecznie blisko witryny, kobieta również wycofała się w głąb sklepiku. Obróciła się powoli dookoła, oglądając bez zainteresowania asortyment, żeby zająć czymś chwilę zasugerowanego przez brata oczekiwania.
— Udało mi się zabrać to smutne stworzenie z ulicy. Będzie mu lepiej ze mną — oświadczyła, skinąwszy głową na kruka. Trzymała ptaka wciąż blisko siebie, lecz nieco poluźniła chwyt, skoro znalazła się w bezpiecznym miejscu i odzyskała zwyczajową swobodę. — Londyn ze wszystkim obchodzi się tak paskudnie.
Ona tym bardziej nie potrafiła przewidzieć takiego obrotu wypadków. Mało do niej docierało wieści z Londynu, a nawet gdy już jakaś plotka czy informacja zawędrowała w jej pobliże, czarownica nieraz ostentacyjnie je ignorowała. Szczególnie o tak pięknej porze roku szkoda było sobie zaprzątać głowę rzeczami tak przyziemnymi jak niedotyczące jej w najmniejszym stopniu marsze w oddalonym o całe mile Londynie.
Helloise oderwała od Seisylla wyczekujący wzrok. Nie szukała już w nim więcej odpowiedzi, skoro oboje mieli podobne pojęcie o tym, co się działo. Czarownica zwróciła się z powrotem ku witrynie, za którą przetaczał się nieskoordynowany, coraz mocniej podburzony tłum.
— Czy oni zamierzają coś obalić albo mścić się jakoś, czy wyszli tak bez celu, byle chodzić? — zadała pytanie, które mogło sugerować jej ignorancję, lecz w rzeczywistości była to zawoalowana złośliwość. Widziała w takim bydlęcym maszerowaniu coś pospolitego i, z jej perspektywy, bezproduktywnego. — Jak sobie wyobrażają spełnienie tych żądań?
Zapewne, jak każde takie zgromadzenie, chcieli być zauważeni. Chcieli poczuć się zjednoczeni we wspólnym celu, zmotywowani wzajemną obecnością. Jak na kogoś, kto wiele uwagi poświęcał temu, aby czuć się jednością z całym stworzeniem, i wychwalał piękno modlitwnych wspólnot, Helloise zaskakująco łatwo odtrącała każdą inną formę organizowania się między ludźmi. Każdą tę, która wydawała się jej niska i nieszlachetna, nieuduchowiona. A te niezbornie skandowane hasła trudno było porównać do harmonijnych pieśni religijnych.
Charłaków można było żałować, lecz trudno było nie dopatrywać się w ich kondycji pewnej celowości natury. Skoro bogowie zdecydowali się w nich magię wygasić, musiały być ku temu powody. Smutny to był incydent dla rodzin i trudno sobie wyobrazić, jakie koszmary przeżywały matki, które wydawały na świat te nieszczęsne istoty, lecz jedynym prawem, jakie się charłakom należało, było prawo do spokojnego życia. Te dzieci powinny wziąć swój los takim, jakim był. Szukać piękna w życiu, jakie im zapisano. Wykorzystać inne ofiarowane im talenta lub odsunąć się w cień, wieść miły żywot w jakimś cichym miejscu. Helloise przecież sama czasem wychodziła do lasu bez różdżki, aby zakosztować życia bez magii, nauczyć się wobec niej pokory — i były to doprawdy urokliwe dni.
Gdy kolejna osoba znalazła się niebezpiecznie blisko witryny, kobieta również wycofała się w głąb sklepiku. Obróciła się powoli dookoła, oglądając bez zainteresowania asortyment, żeby zająć czymś chwilę zasugerowanego przez brata oczekiwania.
— Udało mi się zabrać to smutne stworzenie z ulicy. Będzie mu lepiej ze mną — oświadczyła, skinąwszy głową na kruka. Trzymała ptaka wciąż blisko siebie, lecz nieco poluźniła chwyt, skoro znalazła się w bezpiecznym miejscu i odzyskała zwyczajową swobodę. — Londyn ze wszystkim obchodzi się tak paskudnie.
dotknij trawy