• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue

[15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
16.06.2026, 22:29  ✶  
Przez chwilę przyglądałem się burzy za oknem, próbując odrobinę uporządkować myśli przed odpowiedzią, co na ogół nie było mi potrzebne i nie zdarzało się zbyt często, lecz w tym jednym przypadku miało wiele sensu - nie chciałem okłamywać Prue, zatajać przed nią brzydkich prawda, nie to sobie obiecaliśmy, ale rozwodzenie się nad „złym losem” było mi jeszcze bardziej nie w smak - deszcz spływał po szybach grubymi strugami, błyskawice rozświetlały niebo nad wrzosowiskami, a cały świat wydawał się jednocześnie odległy i bardzo bliski. W końcu uniosłem brwi, zamrugawszy, po czym przeniosłem wzrok z powrotem na nią. Słysząc jej podsumowanie mojego wyjątkowo niefortunnego talentu do gromadzenia wokół siebie ludzi życzących mi wszystkiego najgorszego, uśmiechnąłem się krzywo pod nosem - w ustach Prudence brzmiało to tak rzeczowo, że przez moment miałem ochotę usiąść przy stole, wyciągnąć pergamin i sporządzić odpowiednie zestawienie z podziałem na motywacje, regiony geograficzne i prawdopodobieństwo rzeczywistego działania.
- W mojej oblonie muszę zaznaczyś, sze część s tych ludzi plawdopodobnie nawet nie pamięta jusz, dlaczego właściwie chce mnie zabiś. - Ponownie uniosłem lekko brew, spoglądając na nią znad trzymanej w dłoni koperty. Prawda była taka, że przez większość życia nauczyłem się traktować czyhające na mnie zagrożenie trochę tak jak zjawiska pogodowe w strefie równikowej, w której spędziłem całkiem sporo czasu - człowiek nie miał wpływu na to, czy spadnie deszcz, ale mógł zabrać ze sobą płaszcz - nie było sensu poświęcać każdej wolnej chwili na rozpamiętywanie wszystkich możliwych katastrof, szczególnie kiedy i tak nie dało się ich wszystkich przewidzieć. To nie była próba bagatelizowania przeszłości, po prostu musiałem patrzeć na to wszystko z odpowiedniego dystansu, były bowiem lata, kiedy nie wiedziałem, czy kolejny dzień nie zakończy się koniecznością natychmiastowej zmiany miejsca pobytu i kiedy zbyt długie zatrzymanie się w jednym miejscu nawet mi wydawało się nieodpowiedzialne, były także okresy, gdy listy bez podpisu jawiły mi się najmniejszym z problemów. Zresztą, jeśli miałem być uczciwy, ostatnio znacznie bardziej niepokoiły mnie rzeczy, które nie miały nic wspólnego z morderstwami.
Pamiętałem ją z Hogwartu, pamiętałem drobne wojny, docinki, rywalizację, to nieustanne sprawdzanie, kto ustąpi pierwszy, później przyszły lata ciszy, wypełnione własnym życiem, własnymi wyborami i próbami odnalezienia się w świecie, który coraz częściej przypominał pożar gaszony filiżanką herbaty, a teraz stała przede mną tutaj - nie jako wspomnienie, nie jako ktoś z przeszłości, tylko jako kobieta, której obecności zacząłem wyczekiwać z niepokojącą regularnością.
- S dlugiej strony, jeśli mamy szukaś pozytywów, udało mi się loswiązaś pszynajmniej jeden wieloletni konflikt. To chyba dobsze świadczy o tym okresie… - Zamyśliłem się ostentacyjnie, stukając palcem o brodę.
Burza za oknami nie ustępowała, kolejne błyski rozświetlały kuchnię nieregularnym światłem, ale miałem coraz większe wrażenie, że nie zauważyłbym nawet, gdyby piorun uderzył gdzieś w sam środek Exmoor, była obok, a to skutecznie odciągało moją uwagę od wszystkich innych rzeczy, łącznie z tajemniczym listem, który nadal trzymałem w dłoni.
- Mam wlaszenie, sze plóbujesz spszedaś mi balso pszeciętną bajkę. - Uniosłem brew. - „Benjy, mosesz mieś pałac i wielbłądy". Świetnie. A co dalej? Mam siedzieś na talasie i udawaś, sze intelesują mnie dwolskie plotki? Olganizowaś pszyjęcia? Losmawiaś o pogodzie? - Skrzywiłem się demonstracyjnie. - Bszmi koszmalnie. - To nie było już teatralne, dorastałem w świecie, w którym wszystko było już zaplanowane - odpowiednie nazwisko, odpowiedni status, odpowiednia żona, odpowiednie oczekiwania - wystarczyło się nie wychylać, nie zadawać pytań i robić to, czego ode mnie wymagano. Potem wyjechałem na drugi koniec świata, mogłem zostać w Ameryce, budować tam życie od nowa, nie wracać tutaj, nie pakować się w problemy, nie angażować się w sprawy, które nie dawały człowiekowi nic poza siwymi włosami i kolejnymi bliznami, a jednak wróciłem. To nie było poświęcenie, nie czułem żalu ani poczucia straty, przez lata żyłem dokładnie tak, jak uważałem za słuszne, czasem bardziej rozsądnie, częściej mniej, ale nigdy nie mogłem powiedzieć, że ktoś zmusił mnie do podejmowania konkretnych decyzji.
- Gdybym chciał pałaców, wygody i szycia, w któlym nic mnie nie obchodzi, wyblałbym inaczej jusz dawno temu. - Wzruszyłem lekko ramionami. - To nie jest tak, sze nie miałem okazji. Więc nie, nie maltwię się, sze kiedyś obudzę się s myślą „Melinie, mogłem pszeciesz mieś wielbłądy”, Pluey, myślę, sze jakoś się s tym pogodzę. - Pokręciłem głową z tym rodzajem bezradnego, nie defensywnego rozbawienia, które pojawiało się u mnie coraz częściej w jej towarzystwie, szczególnie wtedy, kiedy próbowała podejść do czegoś z właściwym sobie rozsądkiem, jednocześnie dochodząc do wniosków, które dla mnie były całkowicie absurdalne. Nawet jeśli pod tym wszystkim czaiło się jednak coś jeszcze, coś znacznie bardziej upartego i mniej racjonalnego, co nie podobało mi się szczególnie, bo nie pasowało do człowieka, który przez lata przekonywał samego siebie, że najlepiej funkcjonował w pojedynkę, starałem się tego nie nadanalizować.
Opierałem się biodrem o blat, wciąż trzymając nieotwartą kopertę w dłoni, prawda była taka, że już od dłuższej chwili przestała mnie interesować jej zawartość. O wiele bardziej zajmowało mnie to, jak Prudence z pełną powagą próbowała oddać mnie w ręce wyimaginowanej księżniczki w imię mojego hipotetycznego szczęścia.
- Jestem szczęśliwy, Sunny. Naplawdę. - Uśmiechnąłem się lekko. Nie oznaczało to, że wszystko było idealne, nadal żyliśmy w świecie, który regularnie próbował się rozpaść, nadal wykonywałem pracę, przez którą od czasu do czasu ktoś próbował mnie zabić, nadal istniało tysiąc powodów, dla których powinienem zachować ostrożność, ale byłem zadowolony z sytuacji, w której się znajdowaliśmy. - Nie tak abstlaksyjnie szczęśliwy, jak ludzie s leklam eliksirów wzmacniających - musiałem zauważyć - ale wystalczająco. To dobly okles, wiesz, jak mówiłem. - Lekko wzruszyłem ramionami, prawda była taka, że gdybym chciał innego życia, już dawno bym je sobie zorganizował. Nikt mnie tutaj nie trzymał siłą, nikt nie przywiązał mnie do brytyjskiej ziemi łańcuchem ani nie zamknął w tej rezydencji pod kluczem - to było tak proste, że aż absurdalne - przez całe życie podejmowałem decyzje impulsywnie, czasem głupio, czasem egoistycznie, ale niemal zawsze zgodnie z tym, czego naprawdę chciałem. Wyjechałem z kraju, kiedy przestało mi odpowiadać życie, które próbowano mi narzucić. Wróciłem, kiedy uznałem, że właśnie tutaj powinienem być. Nigdy nie brakowało mi odwagi do burzenia własnego świata i budowania go od nowa.
- Po pielwsze, nie istnieje szaden lanking. - Pokręciłem głową stanowczo. - Po dlugie, jeśli jusz istniałby lanking, to musiałabyś naplawdę mocno się postalaś, szeby spaść w nim poniżej jakiejkolwiek hipotetycznej księszniczki, o któlej jedyne, co wiemy, to sze posiada wielbłądy i nie ma własnego zdania, skolo zgadza się wyjść za landoma. - Przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, przyglądając jej się z wyraźnym zadowoleniem z tego, co usłyszałem. Nigdy nie byłem szczególnie odporny na ludzi, którym na mnie zależy. - Szczególnie, sze podejszewam, isz byłbym fatalnym mateliałem na księcia. Za duszo pszeklinam, za mało szanuję autolytety i mam skądinąd wyjątkowo niefoltunny zwyczaj zadawania pytań, kiedy kaszą mi lobiś coś bez sensu. - Raz jeszcze skwitowałem wszystko prostym wzruszeniem ramionami.
Przez krótką chwilę obserwowałem jej twarz, zastanawiając się, dlaczego tak trudno było jej uwierzyć, że mogła być wystarczająca.
- Poza tym - dodałem po kilku sekundach, kącik moich ust uniósł się nieco wyżej - jesteś hipoklytką. - Uniosłem dłoń, zanim zdążyła zaprotestować. - Skoro jusz sowa zastała tu nas dwoje i bawimy się w podobne loswaszania, lównie dobsze moglibyśmy załoszyś, sze to ty pewnego dnia wyjedziesz na specjalne listowne zaploszenie na sympozjum do Amelyki Łacińskiej. - Oparłem się mocniej o blat. - Poznasz jakiegoś egzotycznego czalnoksięsznika s imponującą kolekcją ksiąg zakazanych, wielką hacjendą i doskonałym wyczuciem chwili. Kogoś, kto będzie potlafił plowadziś s tobą wielogodzinne dyskusje o teolii magii i nie będzie zostawiał moklych lęszników w pszypadkowych miejscach, choś wilgotny klimat by temu spszyjał. I? - Zmarszczyłem nos, coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie w żołądku, kiedy zacząłem rozwijać własną wersję tej rozmowy. Spojrzałem jej prosto w oczy, patrzyłem na nią przez dłuższą chwilę, próbując zrozumieć, jakim cudem ta rozmowa o egzotycznych księżniczkach i wielbłądach przerodziła się w coś, co sprawiało, że jednocześnie chciało mi się śmiać i przewracać oczami.
- Zmieszam do tego, sze nie potszebuję niczego więcej, Pluey. Wiem, sze to wszystko jest… Skomplikowane… Ale… - Nie mówiłem o przyszłości, nie składałem wielkich deklaracji, po prostu stwierdzałem fakt. Nadal nie byłem pewien, czy zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy przychodziło jej nieoczekiwanie naturalnie, jak wiele drobnych gestów wykonywała bez zastanowienia, a które uderzały we mnie z siłą znacznie większą, niż powinny były, właściwie to właśnie te najprostsze rzeczy okazywały się najgroźniejsze - nie spektakularne deklaracje czy wielkie romantyczne uniesienia, ale fakt, że pamiętała, jaką herbatę lubiłem, że czekała, aż wrócę, albo że tak po prostu zakładała, iż będzie czytać moją ministerialną korespondencję. Jeśli zaś o to chodziło, nie miałem problemu z wyobrażeniem sobie Prudence siedzącej za biurkiem z miną sugerującą, że jeśli ktoś źle wypełnił formularz, powinien głęboko przemyśleć wszystkie swoje życiowe decyzje - co ciekawsze, było w tym coś absurdalnie pociągającego i… Prawdopodobnie nie powinienem był dochodzić do takich wniosków…
- Zupełnie nieświadomie? - Powtórzyłem za nią z wyraźnym powątpiewaniem, unosząc brew. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że od dłuższej chwili mój wzrok zatrzymywał się na jej ustach częściej, niż wypadało. - Naplawdę nie wieszę, sze cokolwiek lobisz zupełnie nieświadomie. - Przesunąłem kciukiem po krawędzi koperty, coraz poważniej rozważając porzucenie wszelkich obowiązków na rzecz znacznie przyjemniejszych zajęć. Byliśmy przecież sami, a zaległości mieliśmy całkiem sporo…
Przez moment naprawdę rozważałem rzucenie tego przeklętego listu gdziekolwiek, przyciągnięcie jej bliżej i odebranie pocałunku, który wydawał mi się równie naturalny jak oddychanie, potem kolejnego, może jeszcze jednego, wyłącznie w trosce o utrzymanie odpowiedniej atmosfery podczas walki żywiołów…
Zapadła między nami krótka cisza, wypełniona jedynie odgłosami burzy - deszcz szumiał za oknami, nawałnica przetaczała się nad wrzosowiskami, a ja przez kilka długich sekund zastanawiałem się, czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach przejmowałby się teraz jakąś kopertą. Szczerze wątpiłem… Najchętniej odłożyłbym ją gdzieś na bok, przyciągnął Prudence bliżej i odebrał sobie wszystkie impulsywne namiętności, których nie zdążyliśmy wymienić od chwili, gdy pojawiła się w kuchni. A może też jeszcze kilka dodatkowych, tak na zapas, skoro najwyraźniej zamierzała oddawać mnie w ręce egzotycznych księżniczek przy pierwszej lepszej okazji.
- Nienawidzę odpowiedzialności. - Mruknąłem, odkładając kopertę na blat tylko po to, by po chwili znowu wziąć ją do ręki. Pragnąłem zrobić wystarczająco, żeby przestać myśleć o egzotycznych księżniczkach, ministerialnych procedurach i całej reszcie świata, niestety, gdzieś na granicy świadomości przypomniałem sobie, że prawdopodobnie istniał powód, dla którego ta biedna sowa przedzierała się przez burzę. - Naplawdę nie mogła przylecieś piętnaście minut później? - Mruknąłem bardziej do siebie niż do niej, zanim westchnąłem z rezygnacją, opuszczając wzrok na list trzymany w dłoni. - Dobla. - Skrzywiłem się z wyraźną niechęcią. - Chyba jednak powinniśmy splawdziś, co jest w ślodku. - Spojrzałem na nią jeszcze raz. - Ale jeśli okasze się, sze to formulasze z Ministelstwa, to pszysięgam, oddaję je tobie. - Jeszcze przez moment patrzyłem na Prudence, wyraźnie niezadowolony z konieczności zachowania choćby resztek odpowiedzialności, po czym uniosłem kopertę nieco wyżej i uwolniłem zawartość…
Szur…
Najpierw nie zrozumiałem, na co patrzyłem… Przez moment po prostu spoglądałem na blat, całkowicie bez ruchu, jakby mój umysł potrzebował dodatkowej chwili na przetworzenie tego, że anonimowy nadawca postanowił komunikować się właśnie w taki sposób. W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosem deszczu bębniącego o szyby, powietrze jednak stało się cięższe niż jeszcze kilka sekund wcześniej. Być może był to tylko efekt burzy, może sposób, w jaki grzmot przetoczył się gdzieś nad wrzosowiskami niemal równocześnie z prawie bezgłośnym upadkiem fotografii na blat, a może zwyczajnie instynkt, ten sam, który przez lata uczył mnie zwracać uwagę na rzeczy pozornie nieistotne - najważniejsze, iż mój mózg na ułamek sekundy odmówił połączenia poszczególnych elementów w spójną całość, potem jednak wzrok wyłapał znajome twarze, znajome miejsce, uchwycone momenty, których ktoś nie powinien był oglądać. Poczułem, jak coś gwałtownie zacisnęło mi się w klatce piersiowej, całe rozbawienie zniknęło tak nagle, jakby nigdy go tam nie było.
To, co czułem, nie było niepokojem, jaki ogarniał mnie przez całą noc spędzoną na śnieniu koszmarów. Nie był to również strach. Czułem wściekłość - nagłą, gwałtowną i tak intensywną, że przez ułamek sekundy zagłuszyła wszystko inne. Wyprostowałem się powoli, moje palce zacisnęły się na krawędzi blatu tak mocno, że pobielały knykcie. Patrzyłem na fotografie jeszcze przez krótką chwilę, próbując znaleźć w sobie choć odrobinę zdrowego rozsądku.
Nie znalazłem.
- Ja pieldolę. - Wysyczałem przez zaciśnięte zęby, a gdy oderwałem wzrok od zdjęć, wszystko wydarzyło się błyskawicznie, odwróciłem się na pięcie tak gwałtownie, że stojące na blacie naczynia zadźwięczały cicho od nagłego ruchu. - Zajebię gnoja. - Syknąłem z absolutną pewnością człowieka, który właśnie podjął decyzję i nie zamierzał jej konsultować z nikim obecnym.
Nie czekałem.
Nie tłumaczyłem.
Nie analizowałem.
Adrenalina uderzyła we mnie gwałtownie, wyostrzając wszystkie zmysły, już po chwili ruszyłem szybkim krokiem w stronę wyjścia z kuchni, a potem niemal wypadłem na korytarz, zostawiając za sobą szum burzy, porzuconą kopertę i fotografie rozsypane na blacie. Tylko jedna myśl wybijała się ponad wszystkie pozostałe.
„Znajdę go”.
A potem dopiero zastanowię się, co zrobić dalej…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7155), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (5468)




Wiadomości w tym wątku
[15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 04.06.2026, 15:56
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing - przez Pan Losu - 04.06.2026, 15:56
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 04.06.2026, 20:26
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 07.06.2026, 17:19
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.06.2026, 20:11
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 07.06.2026, 20:49
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.06.2026, 21:42
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 07.06.2026, 23:23
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.06.2026, 06:10
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 10.06.2026, 15:57
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.06.2026, 11:35
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 16.06.2026, 22:29
RE: [15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 20.06.2026, 20:20

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa