Heather Wood była wyjątkowo cicha tego poranka. Skupiona na rytuale. Wiedziała, że dzisiejszy dzień będzie ważny. Wszyscy czuli, że wydarzy się coś - nie mogli temu zapobiec. Musieli być gotowi na reakcje, tak po prostu. Miała nadzieję, że ten rytuał i trzy kropki wosku na czole wystarczą, żeby im pomóc - choć sama Wood podchodziła do takich rzeczy sceptycznie i liczyła raczej na swoje umiejętności.
Nie było ich tutaj wielu, garstka ludzi, która była gotowa ryzykować, aby chronić życia innych. Rodziny, gdyby Erikowi, Danielle, Mavelle i Brennie stało się coś jednocześnie Longbottomowie długo podnosiliby się z kolan po stracie potomków. Wierzyła, że do tego nie dojdzie. Heather Wood była pełna nadziei.
Zauważyła spojrzenie Charlesa, posłała mu uśmiech. Trochę się bała, że jest tutaj z nimi. W końcu niecałe dwa miesiące temu prawie go zabili, a on znowu ryzykował. Nie mogła mu jednak zabronić wychodzenia z domu Longbottomów - chociaż bardzo tego chcieli z Cameronem.
Wszyscy po kolei uczestniczyli w rytuale, Heather przenosiła spojrzenie po kolei, na każdą osobę. Widziała, że wszyscy są bardzo skupieni, każdy chciał się zaangażować w pomoc. Kiedy rytuał dobiegł końca postanowiła podejść do Juliena w końcu był jej tutaj najbliższy, chciała z nim zamienić chociaż kilka słów, tym bardziej, że mogli dzisiaj umrzeć.
- Skopiemy im dupy, jeśli przyjdzie taka potrzeba, nie? - Próbowała podejść do tematu raczej pozytywnie. - Mam nadzieję, że jutro spotkamy się na piwie, żeby nadrobić to Beltane, bo muszę dzisiaj pracować. - Powiedziała jeszcze i przytuliła się do Juliena na pożegnanie. - Powodzenia wszystkim. - Rzuciła jeszcze w eter nim wsiadła na miotłę i poleciała na polanę.