18.06.2026, 17:28 ✶
– A ktoś nienormalny z twoich znajomych? – podchwyciła babcia, krzywiąc się lekko, bo oto ani jej nie udało się powstrzymać skurwyjca przed ogłoszeniem kolejnych słów w barbarzyńskim języku, ani jej wnuczce.
Póki z niej nieśmiertelność wydusim,
Póki ona czuć będzie, gryźć będziem zadeklamował ktoś z wielkim zaangażowaniem, patosem i ogromną ilością decybeli. A babcia McKinnon zrobiła taką minę, że było jasne, że jeżeli dopadnie nadawców tych kopert, to jedna śmierć to będzie za mało, aby ich ją za tę ukarać. A gdy pojawiła się i wybuchła kolejna koperta, uniosła różdżkę, niczego jednak już nie komentując, i zabrała za choćby czasowe wygłuszenie pomieszczenia.
Tyle że…
Wyglądało na to, że nie jest to potrzebne, a przynajmniej chwilowo. Strzępy wyjców leżały na podłodze, w okno jednak nie pukała już żadna sowa, gotowa do szybkiej ucieczki. Pani McKinnon w końcu zdała sobie sprawę z dziwnej ciszy, która zdawała się aż dzwonić w uszach i podeszła do okna z podejrzliwym wyrazem twarzy.
Nie było już żadnych ptaków.
Pochyliła się w końcu, stęknęła, wymamrotała coś, co brzmiało jak „mój biedny krzyż” i uniosła samymi koniuszkami palców jedną z kopert, tę najmniej zniszczoną. Dało się odczytać na niej jeszcze nazwisko McKinnon.
– Wygląda, jakby zapisało to jakieś dziecko – mruknęła. – Wyrzuciłaś ostatnio jakieś z Ataraxii? Co to za dziwny język? Chiński? Czy to mógł być wygłup tych twoich panien Chang?
Póki z niej nieśmiertelność wydusim,
Póki ona czuć będzie, gryźć będziem zadeklamował ktoś z wielkim zaangażowaniem, patosem i ogromną ilością decybeli. A babcia McKinnon zrobiła taką minę, że było jasne, że jeżeli dopadnie nadawców tych kopert, to jedna śmierć to będzie za mało, aby ich ją za tę ukarać. A gdy pojawiła się i wybuchła kolejna koperta, uniosła różdżkę, niczego jednak już nie komentując, i zabrała za choćby czasowe wygłuszenie pomieszczenia.
Tyle że…
Wyglądało na to, że nie jest to potrzebne, a przynajmniej chwilowo. Strzępy wyjców leżały na podłodze, w okno jednak nie pukała już żadna sowa, gotowa do szybkiej ucieczki. Pani McKinnon w końcu zdała sobie sprawę z dziwnej ciszy, która zdawała się aż dzwonić w uszach i podeszła do okna z podejrzliwym wyrazem twarzy.
Nie było już żadnych ptaków.
Pochyliła się w końcu, stęknęła, wymamrotała coś, co brzmiało jak „mój biedny krzyż” i uniosła samymi koniuszkami palców jedną z kopert, tę najmniej zniszczoną. Dało się odczytać na niej jeszcze nazwisko McKinnon.
– Wygląda, jakby zapisało to jakieś dziecko – mruknęła. – Wyrzuciłaś ostatnio jakieś z Ataraxii? Co to za dziwny język? Chiński? Czy to mógł być wygłup tych twoich panien Chang?