20.06.2026, 05:40 ✶
Ceolsige trwała jeszcze przez kilka uderzeń serca pochylona nad krawędzią donicy. Jej palce kurczowo zaciskały się na chropowatym rancie wypalonej gliny, a pod warstwami czarnego materiału i piór klatka piersiowa unosiła się w powolnych, głębokich i wymuszonych oddechach. Kwietny elf, który wciąż podtrzymywał jej kosmki, wykrzywił twarzyczkę w grymasie głębokiego niezadowolenia. Z wyraźną ostentacją puścił srebrzyste pasma jej włosów, odrzucając je gwałtownym ruchem rączki na plecy czarodziejki, po czym bez słowa wzbił się w powietrze. Szum jego skrzydełek szybko utonął w gęstwinie roślin.
Słowa Anthony’ego o poszukiwaniu transportu i ucieczce z balu nie wywołały żadnej widocznej reakcji. Czy go nie dosłyszała, czy też zbyt skupiona była na własnym wyzwaniu by reagować na jego działania. Ostrożnie puściła jedną dłonią krawędź donicy, opuszczając ją swobodnie wzdłuż ciała. Powoli namacała ukrytą w fałdach spódnicy kieszeń. Jej palce dotknęły chłodnego, sztywnego drewna berberysowej różdżki, by natychmiast wysunąć się z powrotem. W palcach trzymała teraz nienaturalnie gładką, niemal migotliwą w blasku lampionów chusteczkę. Uniosła ją do twarzy, maskując usta i nos szybkim, precyzyjnym ruchem.
Kiedy chwilę później wyprostowała się i dumnie uniosła głowę, odgarniając opadające pasma włosów na boki, po lśniącej tkaninie nie było już śladu. Jej postawa, nienaganna i wyniosła, w żaden widoczny sposób nie zdradzała niedawnej niedyspozycji. Jedynie nienaturalna bladość cery, odcinająca się od ciemnego mroku ogrodu, pozostała jak znak niedawnej słabości.
W tym samym momencie na jej ramiona opadła dodatkowa warstwa ciężkiego materiału. Czarno-złoty płaszcz Jonathana, zapachniał luksusem i salonowym ciepłem, odcinając ją od wilgoci październikowej nocy. Ceolsige obróciła głowę w stronę złotej maski Selwyna. Na jej twarzy wykwitł uprzejmy, nienaganny uśmiech, choć jej oczy wciąż zachowywały drapieżną, chłodną ostrość. Odruchowym ruchem obu dłoni chwyciła za połowicę okrycia, naciągając je mocniej na ramiona i szczelniej otulając się przed chłodem.
– Skandal, doprawdy – podjęła gładko, a w jej głosie z wolna kiełkowała dawna, przekorna melodyjność. Uniosła lekko podbródek, celowo kierując wzrok w stronę krzewów, w których zniknął mały pomocnik. – Choć trzeba przyznać, że to małe, latające stworzonko okazało się nadzwyczaj pojętne w kwestii etykiety. Bez jego interwencji, ucierpiałoby znacznie więcej niż tylko dno tej nieszczęsnej donicy.
Zwiewnym, wyćwiczonym na salonach ruchem przyjęła oferowane przez Jonathana ramię. Mimo pewności gestu, naturalnego dla niej jak oddech dało się wyczuć w jej dłoni niewielkie drżenie powstrzymywanych dreszczy.
– Jestem panu niezmiernie wdzięczna, panie Selwyn. Proszę wybaczyć tę chwilową słabość – powiedziała cicho, pozwalając, by ich kroki zrównały się na żwirowej ścieżce. – Zapewniam, że czuję się już zdecydowanie stabilniej. Cóż… wegetariańskie smaki najwyraźniej zupełnie nie trafiają w moje dość sprecyzowane gusta. Zielona dieta to zdecydowanie nie moja domena.
Słysząc jego uwagę o rychłym powrocie Anthony’ego, Ceolsige zwolniła krok. Przechyliła się nieznacznie w stronę towarzysza, opierając się ramieniem o jego bark z naturalnością kogoś, z kim dzieli się najgłębsze sekrety. Jej wolna dłoń powędrowała w górę, spoczywając uspokajająco i opiekuńczo na ramieniu Jonathana.
– Niech pan się zupełnie nie martwi, Jonathanie – zamruczała cicho, celowo skracając dystans i używając jego imienia z ciepłą, niemal przyjacielską poufałością. – Jestem najzupełniej pewna, że doskonale poradzi pan sobie z zadbaniem o to, by chwilowe zniknięcie Anthony'ego nie rzuciło się cieniem na jego honorze. A już na pewno… – zawiesiła na chwilę głos, spoglądając na niego zza piór swojej maski z nutą łagodnej obietnicy – …nie na mojej opinii o nim. - W geście tym zawarła tyle swobody ile tylko mogła. Tak by dla postronnego obserwatora, który mógłby ich minąć na zakręcie żwirowej alejki, wyglądali jak para dawnych, bliskich przyjaciół, uciętych w pół słowa podczas niezobowiązującego, wieczornego spaceru pośród róż.
Słowa Anthony’ego o poszukiwaniu transportu i ucieczce z balu nie wywołały żadnej widocznej reakcji. Czy go nie dosłyszała, czy też zbyt skupiona była na własnym wyzwaniu by reagować na jego działania. Ostrożnie puściła jedną dłonią krawędź donicy, opuszczając ją swobodnie wzdłuż ciała. Powoli namacała ukrytą w fałdach spódnicy kieszeń. Jej palce dotknęły chłodnego, sztywnego drewna berberysowej różdżki, by natychmiast wysunąć się z powrotem. W palcach trzymała teraz nienaturalnie gładką, niemal migotliwą w blasku lampionów chusteczkę. Uniosła ją do twarzy, maskując usta i nos szybkim, precyzyjnym ruchem.
Kiedy chwilę później wyprostowała się i dumnie uniosła głowę, odgarniając opadające pasma włosów na boki, po lśniącej tkaninie nie było już śladu. Jej postawa, nienaganna i wyniosła, w żaden widoczny sposób nie zdradzała niedawnej niedyspozycji. Jedynie nienaturalna bladość cery, odcinająca się od ciemnego mroku ogrodu, pozostała jak znak niedawnej słabości.
W tym samym momencie na jej ramiona opadła dodatkowa warstwa ciężkiego materiału. Czarno-złoty płaszcz Jonathana, zapachniał luksusem i salonowym ciepłem, odcinając ją od wilgoci październikowej nocy. Ceolsige obróciła głowę w stronę złotej maski Selwyna. Na jej twarzy wykwitł uprzejmy, nienaganny uśmiech, choć jej oczy wciąż zachowywały drapieżną, chłodną ostrość. Odruchowym ruchem obu dłoni chwyciła za połowicę okrycia, naciągając je mocniej na ramiona i szczelniej otulając się przed chłodem.
– Skandal, doprawdy – podjęła gładko, a w jej głosie z wolna kiełkowała dawna, przekorna melodyjność. Uniosła lekko podbródek, celowo kierując wzrok w stronę krzewów, w których zniknął mały pomocnik. – Choć trzeba przyznać, że to małe, latające stworzonko okazało się nadzwyczaj pojętne w kwestii etykiety. Bez jego interwencji, ucierpiałoby znacznie więcej niż tylko dno tej nieszczęsnej donicy.
Zwiewnym, wyćwiczonym na salonach ruchem przyjęła oferowane przez Jonathana ramię. Mimo pewności gestu, naturalnego dla niej jak oddech dało się wyczuć w jej dłoni niewielkie drżenie powstrzymywanych dreszczy.
– Jestem panu niezmiernie wdzięczna, panie Selwyn. Proszę wybaczyć tę chwilową słabość – powiedziała cicho, pozwalając, by ich kroki zrównały się na żwirowej ścieżce. – Zapewniam, że czuję się już zdecydowanie stabilniej. Cóż… wegetariańskie smaki najwyraźniej zupełnie nie trafiają w moje dość sprecyzowane gusta. Zielona dieta to zdecydowanie nie moja domena.
Słysząc jego uwagę o rychłym powrocie Anthony’ego, Ceolsige zwolniła krok. Przechyliła się nieznacznie w stronę towarzysza, opierając się ramieniem o jego bark z naturalnością kogoś, z kim dzieli się najgłębsze sekrety. Jej wolna dłoń powędrowała w górę, spoczywając uspokajająco i opiekuńczo na ramieniu Jonathana.
– Niech pan się zupełnie nie martwi, Jonathanie – zamruczała cicho, celowo skracając dystans i używając jego imienia z ciepłą, niemal przyjacielską poufałością. – Jestem najzupełniej pewna, że doskonale poradzi pan sobie z zadbaniem o to, by chwilowe zniknięcie Anthony'ego nie rzuciło się cieniem na jego honorze. A już na pewno… – zawiesiła na chwilę głos, spoglądając na niego zza piór swojej maski z nutą łagodnej obietnicy – …nie na mojej opinii o nim. - W geście tym zawarła tyle swobody ile tylko mogła. Tak by dla postronnego obserwatora, który mógłby ich minąć na zakręcie żwirowej alejki, wyglądali jak para dawnych, bliskich przyjaciół, uciętych w pół słowa podczas niezobowiązującego, wieczornego spaceru pośród róż.