Lubił Septimę. Myśl była prosta, niemal dziecinna w swojej szczerości. Po prostu ją lubił. Była uprzejma. Łagodna. Wyrozumiała dla świata w sposób, który wydawał mu się coraz rzadszy. Większość ludzi nieustannie czegoś oczekiwała. Żądała, poprawiała, oceniała. Septima zdawała się przyjmować rzeczy takimi, jakie były. Drzewa pozostawały drzewami. Las pozostawał lasem. Opowieści dziwaka o Babach Jagodowych nie wymagały wyjaśnienia ani wyśmiania. Było w tym coś niezwykle kojącego. Może właśnie dlatego tak dobrze czuł się obok niej. Wszystkie obawy, które zwykle nosił przy sobie niczym ciężki worek przewieszony przez ramię, wydawały się odrobinę lżejsze. Kurczyły się gdzieś na obrzeżach myśli. A może to nie one się zmniejszały. Może to on, idąc obok niej, zostawiał je kawałek za sobą. Klka razy zerknął ukradkiem w jej stronę. Na to w jaki sposób poruszała różdżką pomiędzy gałęziami. Na skupienie, z jakim wybierała chrust. Na całkowicie naturalną swobodę, z którą obcowała z lasem, nawet jeśli nie była sama, nawet jeśli ktoś patrzył. Być może się mylił. Często się mylił. Ale obserwując Septimę pośród jesiennego lasu, miał wrażenie, że nie jest on już jedyną osobą, która zauważa rzeczy pozornie nieważne. Że nie tylko on zatrzymywał wzrok na pojedynczym listku albo martwił się losem stworzenia, którego większość ludzi nigdy nawet nie dostrzegłaby pomiędzy korzeniami. I właśnie dlatego przez kilka krótkich minut przestał myśleć o trupim zapachu. Przestał zastanawiać się, czy stoi pod właściwym kątem względem wiatru. Przestał analizować własną niezręczność. Po prostu szedł przez las, a to zdarzało mu się rzadziej, niż powinno.
- Na początku do mnie też nie była przekonana. Przez kilka tygodni rzucała we mnie żołędziami. Prawda była taka, że Baba początkowo wcale go nie lubiła. Kiedy pierwszy raz zaczął pojawiać się przy głogach, uznała go za kolejnego czarodzieja, który przyszedł wyłącznie brać. Regularnie próbowała przepędzać go żołędziami. Savaš nie miał jej tego za złe, bo większość ludzi dokładnie tak traktowała las. Różnica polegała na tym, że on wracał. - Myślę, że jesteś cierpliwsza, niż ci się wydaje. One bardzo cenią cierpliwość. Sadził nowe głogi w miejscach, gdzie pobierał sadzonki, doglądał chorych drzew i starał się zostawić po sobie więcej, niż zabierał. Z czasem żołędzie latały coraz rzadziej, aż w końcu przestały całkowicie. Guziki i mleko pomagały łagodzić obyczaje, ale nie one zdobyły jej zaufanie.
Bardzo trudno było przyzwyczaić się mu do nowej natury. Nawet po upływie czasu część jego umysłu wciąż reagowała na nią jak na obcą chorobę. Wyjątkowo okrutny żart losu. Prawdopodobnie nigdy sam z siebie nie sięgnąłby po książkę o ożywieńcach. Już sam widok podobnego tytułu wywoływał w nim nieprzyjemny ucisk w piersi. Podejrzewał, że zanim dobrnąłby do końca pierwszego rozdziału, łzy zdążyłyby rozmazać druk na kartkach. Jedynie ojciec posiadał w jego oczach wystarczający autorytet, by popchnąć go w stronę rzeczy, których bał się poznawać. Jeśli Mykew uważał, że powinien zrozumieć własny stan, Savaš próbował. Niechętnie. Powoli. Czasami ze ściśniętym gardłem i poczuciem, że każda nowa informacja oddala go od człowieka, którym kiedyś był. Mimo wszystko jakaś niewielka, pragmatyczna część jego charakteru nie pozwalała całkowicie odwrócić wzroku. Wiedza pozostawała wiedzą niezależnie od tego, jak bolesne było jej źródło. Jeśli miał już pozostać tym, czym się stał, powinien przynajmniej nauczyć się rozumieć własne ograniczenia i możliwości. Nie dlatego, że chciał być ożywieńcem. Wciąż nie chciał. Ale ponieważ coraz częściej dochodził do wniosku, że niektóre z nowych umiejętności mogą okazać się przydatne podczas zdobywania wiedzy, pomagania stworzeniom i wykonywania pracy, którą kochał. Była to gorzka lekcja akceptacji. Siebie oraz rzeczywistości, której nie potrafił zmienić.
Pytanie o rodzinę niemal zawsze wprawiało go w zakłopotanie. Bo problem polegał na tym, że każda podobna rozmowa przypominała ostrożne stąpanie po cienkim lodzie. Nie powiedzieć za dużo. Nie powiedzieć za mało. Uchodzić za normalnego, ale jednocześnie nie wzbudzać podejrzeń. Nie kłamać bez potrzeby, ale też nie odsłaniać prawd. Przez chwilę szedł więc w milczeniu, odgarniając butem mokre liście. Pytanie Septimy było niewinne, ale odpowiedź od razu uruchomiła w jego głowie ten sam mechanizm ważenia słów, który towarzyszył mu od dzieciństwa. - Mama widziała runę tamtej nocy. Odezwał się ciszej niż zwykle. W jego głosie było dużo pokory. Za dużo. - Twierdzi, że to on ocalił nas od płomieni. Ne doprecyzował, kogo miał na myśli. Nie musiał. W jego głowie zaimek urósł niemal do rangi imienia własnego. On. Ten, którego obecność od dzieciństwa unosiła się nad ich domem niczym cień rzucany przez coś znacznie większego od człowieka. Ten, którego imienia Savaš przez wiele lat nie potrafił wypowiadać na głos na długo zanim Voldemort wymyślił to jako karę na swoich wrogów. - Odkąd to się wydarzyło… jest z nim bardziej zgodna niż wcześniej.