22.06.2026, 12:09 ✶
Z mokrego, zimnego podwórza Helloise wkroczyła za Guinevere do przytulnie ciepłego domu. Cichy był stukot jej stóp na schodach, szła po stopniach niezbyt energicznie, palcami sunęła po poręczach. Uwagę swoją poświęcała rozglądaniu się po wnętrzu. Błękitne oczy czarownicy przesuwały się leniwie po ścianach, meblach i najgłębszych zakamarkach domu McGonagallów. Choć znała to miejsce, lubiła wypatrywać zmian — drobnych oznak tego, że żyto w tej przestrzeni.
— Musiałam się mojej chacie czymś narazić — podjęła temat zupełnie zwyczajnie. — Czai się na mnie we śnie. Przesuwa rzeczy po pokojach. Rozregulowała zaklęcie unoszące dom. Cała trzęsie się od jakiejś magii. I ciągle na mnie patrzy, ale, ach, nie odezwie się uparcie. — Pokręciła głową niezadowolona z tego, jak niejasne sygnały wysyłała jej chata. — To się wcześniej nie zdarzało.
Czarownica wsunęła się do ciemnego pokoju, do którego poprowadziła ją Guinevere. Usiadła na jednym z wyściełanych krzeseł, poprawiając zaplątany między nogi materiał sukni, i obserwowała z zaciekawieniem przygotowania McGonagall. Wróżbickie gabinety tak często spowite były mrokami budującymi atmosferę tajemnicy. Nie pozostawiały gościom innego wyjścia niż skupić się w pełni na jedynym klarownym punkcie w pomieszczeniu: wróżbicie odsłaniającym wyroki losu. Helloise ulegała tej atmosferze. Takie zamknięte, duszne przestrzenie mocno ją przytłaczały. Nie mogłaby spędzać w podobnym miejscu całych dni, mimo że fascynująca wydawała się praca z magią zamkniętą w kuli. Żałowała, zawsze bardzo żałowała, że nie umie sama spojrzeć przez warstwę mlecznych mgieł i podglądać losu.
Mogła natomiast swobodnie podglądać Guinevere wchodzącą nad kulą w stan przypominający trans — Guinevere była wyjątkowo piękną kobietą. Czarownica nie mogła oderwać oczu od ust wróżbitki wyginających się miękko w kolejnych słowach. Odruchowo podążyła za wydanym przez nie poleceniem: wróciła myślami do swojej chaty. Między te nawiedzone ciemne kąty, z których wyzierały natarczywe spojrzenia, a upiorne oczy wybite w drewnianych sękach próbowały ją doprowadzić na skraj szaleństwa.
— Jakie intencje ma wobec mnie moja chata? — powtórzyła niespiesznie swoje pytanie.
Sama w kuli nie widziała niczego poza kotłującymi się obłokami. Musiała czekać, aż padnie wyrok — i padł: zagrożenie. Przyjęła go nad wyraz spokojnie, jakby wcale nie zaskoczył jej ani nie przejął. Uśmiechnęła się nawet lekko. Nabrała do chaty cichego respektu, odkrywszy, że ta jest drapieżna i niebezpieczna. Helloise również walczyłaby o swoje, gdyby w niej zamieszkał niepożądany lokator.
— Tego się spodziewałam — przyznała, skinąwszy głową. Zastanowiła się nad kolejnym pytaniem. — Czy wiesz, po co powinnam sięgnąć, żeby nad nią zapanować?
To, że poczuła wobec chaty respekt, nie oznaczało, że zamierzała biernie się jej poddać i odejść. Jeśli dom nie pojedna się z nią po dobroci, będzie go musiała docisnąć do posłuszeństwa.
— Musiałam się mojej chacie czymś narazić — podjęła temat zupełnie zwyczajnie. — Czai się na mnie we śnie. Przesuwa rzeczy po pokojach. Rozregulowała zaklęcie unoszące dom. Cała trzęsie się od jakiejś magii. I ciągle na mnie patrzy, ale, ach, nie odezwie się uparcie. — Pokręciła głową niezadowolona z tego, jak niejasne sygnały wysyłała jej chata. — To się wcześniej nie zdarzało.
Czarownica wsunęła się do ciemnego pokoju, do którego poprowadziła ją Guinevere. Usiadła na jednym z wyściełanych krzeseł, poprawiając zaplątany między nogi materiał sukni, i obserwowała z zaciekawieniem przygotowania McGonagall. Wróżbickie gabinety tak często spowite były mrokami budującymi atmosferę tajemnicy. Nie pozostawiały gościom innego wyjścia niż skupić się w pełni na jedynym klarownym punkcie w pomieszczeniu: wróżbicie odsłaniającym wyroki losu. Helloise ulegała tej atmosferze. Takie zamknięte, duszne przestrzenie mocno ją przytłaczały. Nie mogłaby spędzać w podobnym miejscu całych dni, mimo że fascynująca wydawała się praca z magią zamkniętą w kuli. Żałowała, zawsze bardzo żałowała, że nie umie sama spojrzeć przez warstwę mlecznych mgieł i podglądać losu.
Mogła natomiast swobodnie podglądać Guinevere wchodzącą nad kulą w stan przypominający trans — Guinevere była wyjątkowo piękną kobietą. Czarownica nie mogła oderwać oczu od ust wróżbitki wyginających się miękko w kolejnych słowach. Odruchowo podążyła za wydanym przez nie poleceniem: wróciła myślami do swojej chaty. Między te nawiedzone ciemne kąty, z których wyzierały natarczywe spojrzenia, a upiorne oczy wybite w drewnianych sękach próbowały ją doprowadzić na skraj szaleństwa.
— Jakie intencje ma wobec mnie moja chata? — powtórzyła niespiesznie swoje pytanie.
Sama w kuli nie widziała niczego poza kotłującymi się obłokami. Musiała czekać, aż padnie wyrok — i padł: zagrożenie. Przyjęła go nad wyraz spokojnie, jakby wcale nie zaskoczył jej ani nie przejął. Uśmiechnęła się nawet lekko. Nabrała do chaty cichego respektu, odkrywszy, że ta jest drapieżna i niebezpieczna. Helloise również walczyłaby o swoje, gdyby w niej zamieszkał niepożądany lokator.
— Tego się spodziewałam — przyznała, skinąwszy głową. Zastanowiła się nad kolejnym pytaniem. — Czy wiesz, po co powinnam sięgnąć, żeby nad nią zapanować?
To, że poczuła wobec chaty respekt, nie oznaczało, że zamierzała biernie się jej poddać i odejść. Jeśli dom nie pojedna się z nią po dobroci, będzie go musiała docisnąć do posłuszeństwa.
dotknij trawy