22.06.2026, 18:16 ✶
Kim jesteśmy, gdy opuszczamy ciała i w świat wędrujemy wolni od ciężaru mięsa i kości? Duchem? Odbiciem? Projekcją?
Helloise zasypiała tej nocy wśród komfortów własnego domu. Nie potrzebowała powodu, aby eksterioryzować — bezcielesne spacery po okolicy należały do jej rutyny; do rytuału, któremu oddawała się z lubością co kilka nocy. Zamykała oczy w zaciszu własnej sypialni, otulona w pierzynę i słodkie narkotyczne sny. Gdy odpływała, kluł się z niej drugi byt. Ów bliźniak spleciony z czystej energii wydzierał się przemocą z więzów ciała, wyłupywał się spomiędzy żeber, aby się na zewnątrz od nowa stworzyć, pamiętając naczynie, z którego go wysączono i do którego wciąż należał.
// skoro rzucamy, to rzucamy: rzuty na nekromancję ◉◉◉○○ do eksterioryzacji (będę w razie czego dopisywać rzuty do skutku; too late, mam całego posta)
Znalazły się wśród ciemnej sypialni dwie wiedźmy. Helloise pochyliła się nad śpiącą w łóżku — spoglądała na własne oczy zamknięte i twarz spokojną.
Chata na kurzej stopie zgięła swe kolano, przywarła do ziemi, a wówczas czarownica wyszła w noc, pozostawiając za sobą pustą materialną skorupę. Duch, choć pamiętający ograniczenia ciała, które opuścił, czuł się od tego ciała lżejszy. Projekcja wydawała się rzadka, pozbawiona substancji, niby uformowana z mgławic ciasno zbitych drobin. Bose stopy szukały pod podeszwami gruntu, lecz nigdy w niego nie wsiąkały i tylko sunęły przy ziemi. Zjawa niewidoczna dla ludzkiego oka kroczyła przez spowitą mrokiem Dolinę — jak zawsze w stronę lasu, mimo że od dawna już nie mogła się weń zagłębić. Wciąż jednak ściągały ją dzikie części mieściny: tam, gdzie sady dziczały, tam, gdzie wśród wrzosów harcowały chochliki. Szła ku torfowiskom, gdzie nad mokradłami snuły się cienkie strużki mgieł, gdzie spomiędzy oparów czasem mrugały błędne ogniki. Powiadali, że tamtędy chadzają duchy — lecz gdy Helloise zmierzała ku bagnom, była jedynym duchem w zasięgu własnego wzroku. Zawsze tak było. Otaczała ją wyłącznie przyroda niezmącona jej obecnością. Stopy nie roztrącały traw, żaden szelest nie płoszył nornic wyglądających z labiryntów podziemnych gniazd, ludzka obecność nie przerywała koncertu rokitniczek kołyszących się na kępach sitowia. Noc była spokojna i Helloise podzielała jej spokój, choć obok spokoju na jej twarzy malowało się zmartwienie.
Powiadali, że tamtędy chadzają duchy — że można ujrzeć za miastem zbłąkane widmo należące do tajemniczego człowieka, który się snuje między wrzosowiskiem a mokradłem. Zrazu wędrująca przez torfowisko czarownica przypomniała sobie te stare legendy, gdy ujrzała w odległości sylwetkę wielkiego mężczyzny.
Twarz Helloise rozpogodziła się w wyrazie łagodnego zaciekawienia; rozproszyły się ślady jej zmartwień i melancholii. Postrzegła prędko, że trawy nie poruszają się wokół tego człowieka, że jesienny wiatr nie podrywa jego szat. Zatrzymała się w pół kroku. Niebieskie oczy błysnęły zdumieniem. Nigdy wcześniej nie spotkała podczas swoich przechadzek innych dusz.
Duch kobiecy stał nieruchomo w głębokich ciemnościach otoczony łysymi drzewami wystającymi z mokradeł. Choć ziemia była tu mokra i grząska, stopy kobiety pozostały suche, a długa koszula nocna bieliła się czystością niepasującą komuś, kto przeszedł przez bagna.
— Czego szukasz? — zawołała z odległości. Nie była pewna, czy jej głos zostanie usłyszany. Nie powinien. Żaden człowiek nie posłyszał nigdy widmowego nucenia, jakim niekiedy umilała sobie eksterioryzację. Dźwięki projekcji nie docierały do materialnego świata.
Helloise zasypiała tej nocy wśród komfortów własnego domu. Nie potrzebowała powodu, aby eksterioryzować — bezcielesne spacery po okolicy należały do jej rutyny; do rytuału, któremu oddawała się z lubością co kilka nocy. Zamykała oczy w zaciszu własnej sypialni, otulona w pierzynę i słodkie narkotyczne sny. Gdy odpływała, kluł się z niej drugi byt. Ów bliźniak spleciony z czystej energii wydzierał się przemocą z więzów ciała, wyłupywał się spomiędzy żeber, aby się na zewnątrz od nowa stworzyć, pamiętając naczynie, z którego go wysączono i do którego wciąż należał.
// skoro rzucamy, to rzucamy: rzuty na nekromancję ◉◉◉○○ do eksterioryzacji (będę w razie czego dopisywać rzuty do skutku; too late, mam całego posta)
Rzut Z 1d100 - 7
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
Znalazły się wśród ciemnej sypialni dwie wiedźmy. Helloise pochyliła się nad śpiącą w łóżku — spoglądała na własne oczy zamknięte i twarz spokojną.
Chata na kurzej stopie zgięła swe kolano, przywarła do ziemi, a wówczas czarownica wyszła w noc, pozostawiając za sobą pustą materialną skorupę. Duch, choć pamiętający ograniczenia ciała, które opuścił, czuł się od tego ciała lżejszy. Projekcja wydawała się rzadka, pozbawiona substancji, niby uformowana z mgławic ciasno zbitych drobin. Bose stopy szukały pod podeszwami gruntu, lecz nigdy w niego nie wsiąkały i tylko sunęły przy ziemi. Zjawa niewidoczna dla ludzkiego oka kroczyła przez spowitą mrokiem Dolinę — jak zawsze w stronę lasu, mimo że od dawna już nie mogła się weń zagłębić. Wciąż jednak ściągały ją dzikie części mieściny: tam, gdzie sady dziczały, tam, gdzie wśród wrzosów harcowały chochliki. Szła ku torfowiskom, gdzie nad mokradłami snuły się cienkie strużki mgieł, gdzie spomiędzy oparów czasem mrugały błędne ogniki. Powiadali, że tamtędy chadzają duchy — lecz gdy Helloise zmierzała ku bagnom, była jedynym duchem w zasięgu własnego wzroku. Zawsze tak było. Otaczała ją wyłącznie przyroda niezmącona jej obecnością. Stopy nie roztrącały traw, żaden szelest nie płoszył nornic wyglądających z labiryntów podziemnych gniazd, ludzka obecność nie przerywała koncertu rokitniczek kołyszących się na kępach sitowia. Noc była spokojna i Helloise podzielała jej spokój, choć obok spokoju na jej twarzy malowało się zmartwienie.
Powiadali, że tamtędy chadzają duchy — że można ujrzeć za miastem zbłąkane widmo należące do tajemniczego człowieka, który się snuje między wrzosowiskiem a mokradłem. Zrazu wędrująca przez torfowisko czarownica przypomniała sobie te stare legendy, gdy ujrzała w odległości sylwetkę wielkiego mężczyzny.
Twarz Helloise rozpogodziła się w wyrazie łagodnego zaciekawienia; rozproszyły się ślady jej zmartwień i melancholii. Postrzegła prędko, że trawy nie poruszają się wokół tego człowieka, że jesienny wiatr nie podrywa jego szat. Zatrzymała się w pół kroku. Niebieskie oczy błysnęły zdumieniem. Nigdy wcześniej nie spotkała podczas swoich przechadzek innych dusz.
Duch kobiecy stał nieruchomo w głębokich ciemnościach otoczony łysymi drzewami wystającymi z mokradeł. Choć ziemia była tu mokra i grząska, stopy kobiety pozostały suche, a długa koszula nocna bieliła się czystością niepasującą komuś, kto przeszedł przez bagna.
— Czego szukasz? — zawołała z odległości. Nie była pewna, czy jej głos zostanie usłyszany. Nie powinien. Żaden człowiek nie posłyszał nigdy widmowego nucenia, jakim niekiedy umilała sobie eksterioryzację. Dźwięki projekcji nie docierały do materialnego świata.
dotknij trawy