22.06.2026, 21:12 ✶
Muzyka zmieniła się. Uszy Zenka pobłogosławiły pierwsze takty drugiego Nokturnu z opusu dziewiątego Chopina. Bertie najwyraźniej również miał dość i postanowił zaserwować gościom trochę kultury. No bo ileż można łatwego słuchania. Zenek mógł przez chwilę zatem tylko siedzieć. Siedzieć i rejestrować. Jednym uchem pobrzękiwanie pianina, drugim stałe bzyczenie rozmów wokół. Bzbzbzbzbz, mówili goście Zaczarowanej Łyżeczki. O porcelanę pierwszej próby stale obijały się metalowe sztućce. Sądząc po tych, które leżały rozłożone przed Zenkiem i innymi, to takie sztućce z pięknymi zdobieniami otrzymał każdy gość. Takie chłodne, co to jak się je bierze w ręce, to czuć metal na języku. Takie też, co to obijały się o zęby, gdy tylko brało się łyżeczkę albo widelec w usta. W Rejwachu mieli podobne. Woody nie wymieniał zestawów, które pojawiły się w przybytku gdzieś w latach 20. Po prostu magicznie je umył — raz, a porządnie. Od tamtej pory Zenek zdążył się przyzwyczaić do kunsztownych sztućców. A muzyka plumkała. Nokturn leciał jakby na zapętleniu, gdy czekali na posiłek. Ten sam Nokturn. Było to dla Zenka nieco niepokojące.
Kobiety również plumkały. Idąc za ciosem, Zenek zamówił tartę z jabłkami, zgodnie z polecajką Nory. Skoro Nora nie lubiła galaretki, no to należało wszystkie państwowe zapasy żelatyny wylać do Tamizy. Natychmiast. Zenek był w tamtym momencie na to gotowy. Skończyć z galaretkami już raz na zawsze. Co z tego, że tak fajnie się kołyszą, zwłaszcza jak coś w nich jest; że Lewis robi takie specjalne, w których jest mięsko i śmierdzą octem. Że można je tykać widelcem i nożem, a one się trzęsą. Jabłka też były okej!
— Piekarzem…? — kontynuował trend uświetniania swoją erudycją spotkania przy stoliku, odpowiadając jednym słowem. Na twarzy Zenka powoli zaczynał rysować się ten etap pustego zamyślenia, gdy szara komórka przeskakiwała między jedną półkulą a drugą. Wzrokiem przeskakiwał między Florką a Norą, szybko na jedną, po czym znowu na drugą, jakby gałkami ocznymi grał w ping-ponga. — Kierowca bombowca…?
Zenek był zgubiony. Krzesło nie posiadało naramienników. Zwiesił się zatem najpierw z rękami wzdłuż ciała. A kiedy taka pozycja okazała się nie do przyjęcia, to założył kostkę na kolano i podparł łokieć własną nogą. Zgiął się przy tym niemal w pół.
Zanim zdążył uformować myśli i wtrącić się w rozmowę, w której sam niby uczestniczył, z pytaniem o to, kto i dlaczego w ogóle kazał jej cokolwiek wybierać (może grała w jakąś grę?), język Florki związał się na supełek i odmówił współpracy. To ‘ale’ mogło zawierać ważne informacje na temat kariery Florki jako kosmonautki. Zenek patrzył i czekał. Czekał i patrzył. Łokieć na kolanie mu ciążył. W końcu tu kość i tam rzepka, a on zawiesił na sobie samym ciężar własnego ciała. To było cholernie dużo do ogarnięcia. I nie miało znaczenia, z jaką prędkością sekundy leciały w czasie rzeczywistym, bo Zenek to znał. Kiedy się wykolejał, to czas również przestawał lecieć w swoim zwyczajowym rytmie.
No i Florka w końcu dokończyła, a Zenek zmarszczył nos, jakby wszedł w kontakt z czymś śmierdzącym. No bo coś mu śmierdziało, kurczę, tylko nie przy tym stoliku, a w głowie. Odchylił się ponownie na oparcie, by popatrzeć na Norę. Ona sobie siedziała w perfekcyjnie przystosowanym restauracyjnym stanie. Złapał się za kostkę. Potem Florka zaczęła przy nim szurać, więc odwrócił się ponownie. No i kontynuował ten swój ping-pong. Wypychała kieszenie bluzy własnymi pięściami. Mina Zenka nie poprawiła swojego wyglądu, bo natychmiast zwizualizował sobie ten dym. Szyja Florki była czerwona. Gdy ją ubierał we własny t-shirt, to była raczej ciepła niż czerwona. Chociaż w pokoju także było gorąco. Teraz tylko jej włosy nie potrzebowały poprawienia.
— A ja? — niejasność tego zdania dotarła do niego natychmiast. Wyprostował się do Nory jak struna. — Cr…olka odwiedziła mnie w Rejwachu. Weszła do mnie przez okno.
Czuł, że robi mu się nieznośnie duszno, zupełnie jak wtedy. Kołnierzyk był do poprawienia też. W gardle drapało z suchości. Ach, jakież to życie było nieznośne. Na szczęście na horyzoncie dostrzegał kelnerkę idącą z ich sokami. Mało brakowało, a by do niej pomachał jak rozbitek na bezludnej wyspie.
Kobiety również plumkały. Idąc za ciosem, Zenek zamówił tartę z jabłkami, zgodnie z polecajką Nory. Skoro Nora nie lubiła galaretki, no to należało wszystkie państwowe zapasy żelatyny wylać do Tamizy. Natychmiast. Zenek był w tamtym momencie na to gotowy. Skończyć z galaretkami już raz na zawsze. Co z tego, że tak fajnie się kołyszą, zwłaszcza jak coś w nich jest; że Lewis robi takie specjalne, w których jest mięsko i śmierdzą octem. Że można je tykać widelcem i nożem, a one się trzęsą. Jabłka też były okej!
— Piekarzem…? — kontynuował trend uświetniania swoją erudycją spotkania przy stoliku, odpowiadając jednym słowem. Na twarzy Zenka powoli zaczynał rysować się ten etap pustego zamyślenia, gdy szara komórka przeskakiwała między jedną półkulą a drugą. Wzrokiem przeskakiwał między Florką a Norą, szybko na jedną, po czym znowu na drugą, jakby gałkami ocznymi grał w ping-ponga. — Kierowca bombowca…?
Zenek był zgubiony. Krzesło nie posiadało naramienników. Zwiesił się zatem najpierw z rękami wzdłuż ciała. A kiedy taka pozycja okazała się nie do przyjęcia, to założył kostkę na kolano i podparł łokieć własną nogą. Zgiął się przy tym niemal w pół.
Zanim zdążył uformować myśli i wtrącić się w rozmowę, w której sam niby uczestniczył, z pytaniem o to, kto i dlaczego w ogóle kazał jej cokolwiek wybierać (może grała w jakąś grę?), język Florki związał się na supełek i odmówił współpracy. To ‘ale’ mogło zawierać ważne informacje na temat kariery Florki jako kosmonautki. Zenek patrzył i czekał. Czekał i patrzył. Łokieć na kolanie mu ciążył. W końcu tu kość i tam rzepka, a on zawiesił na sobie samym ciężar własnego ciała. To było cholernie dużo do ogarnięcia. I nie miało znaczenia, z jaką prędkością sekundy leciały w czasie rzeczywistym, bo Zenek to znał. Kiedy się wykolejał, to czas również przestawał lecieć w swoim zwyczajowym rytmie.
No i Florka w końcu dokończyła, a Zenek zmarszczył nos, jakby wszedł w kontakt z czymś śmierdzącym. No bo coś mu śmierdziało, kurczę, tylko nie przy tym stoliku, a w głowie. Odchylił się ponownie na oparcie, by popatrzeć na Norę. Ona sobie siedziała w perfekcyjnie przystosowanym restauracyjnym stanie. Złapał się za kostkę. Potem Florka zaczęła przy nim szurać, więc odwrócił się ponownie. No i kontynuował ten swój ping-pong. Wypychała kieszenie bluzy własnymi pięściami. Mina Zenka nie poprawiła swojego wyglądu, bo natychmiast zwizualizował sobie ten dym. Szyja Florki była czerwona. Gdy ją ubierał we własny t-shirt, to była raczej ciepła niż czerwona. Chociaż w pokoju także było gorąco. Teraz tylko jej włosy nie potrzebowały poprawienia.
— A ja? — niejasność tego zdania dotarła do niego natychmiast. Wyprostował się do Nory jak struna. — Cr…olka odwiedziła mnie w Rejwachu. Weszła do mnie przez okno.
Czuł, że robi mu się nieznośnie duszno, zupełnie jak wtedy. Kołnierzyk był do poprawienia też. W gardle drapało z suchości. Ach, jakież to życie było nieznośne. Na szczęście na horyzoncie dostrzegał kelnerkę idącą z ich sokami. Mało brakowało, a by do niej pomachał jak rozbitek na bezludnej wyspie.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.