17.03.2023, 18:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2023, 18:50 przez Sarah Macmillan.)
Był uroczy. Był ciepły, dziwaczny, pachnący i czuł - był jak zawsze - cudowny, nawet jeżeli różnił się aparycją od siebie z wcześniej. Ale Sarah nie była do końca sobą. I nie chodziło tu wcale o sytuację z bratem, którą opisywała w liście, jaki nadała do Charlesa niedawno, ale o niego samego. Nie chodziło tu też o wyrzuty za brak kontaktu, za prawdopodobne odstawienie jej na dalszy plan, o czym starała się nie myśleć, bo tego typu myśli potrafiły jedynie martwić, a zmartwienia ściągały ją mimowolnie na ścieżkę o wiele ciemniejszą niż ta, którą lubiła podążać. Zazdrość nie przynosiła nic ponad ciemnością kłującą w serce.
- Żadne skalpety nie będą do niego pasować, Challie - powiedziała mu, nie puszczając go, bo nie chciała, aby to wszystko było za szybkie - bo tu nie chodzi o styl, ale o uziemienie. Nosząc przez cały dzień buty, odcinasz się od ziemi, a odcinając się od niej, odcinasz się od Pani Księżyca. - Uśmiechnęła się do niego. - Ale to nie jest dobly dzień na plóbę, co? Jak zrobi się ciepło, jak będziemy mogli, to chodź ze mną nad wodę, nad jakąś szekę, to ci pokażę jak czelpać enelgię z natuly. - Urwała na moment. - I popływamy też.
To było takie dziwne, mieć go pomiędzy swoimi dłońmi. To było takie dziwne, kiedy trzymał jej dłonie. Bo to było zupełnie tak, jakby wszystko było dobrze, wręcz idealnie, a zarazem Macmillan czuła, że wszystko jest źle. Nie pomiędzy nimi, ale w ich życiach. Ten list, co mu wysłała, będący wyrażeniem najszczerszej tęsknoty za kimś, kto ją rozumiał, był krzykiem o pomoc, beznadziejną prośbą o odrobinę uwagi od kogoś, kto powoli zaczynał się kruszyć. A on tu przyszedł i pokazał jej, że i jemu życie nie było łaskawe i...
- Challie, co świat nam zlobił?
Jej spojrzenie analizowało nową twarz. Ten nos, co się nim chwalił. Te niby-przystojniejsze rysy. Nie umiała tak na niego patrzeć. Szybko przyłapała się na tym, że przestała śledzić nowy układ kości i ułożenie włosów. Śledziła jego oczy. Zmarszczki, które rysowały się wokół brwi. Patrzyła na emocje.
Puścił ją, więc odeszła w stronę kuchenki, na której już płonął ogień. Nie napełniała garnka ręcznie - wszystko uczyniła różdżką. Latające naczynia same ustawiały się na blacie, oczekując na podążające za nimi, odmierzone łyżeczkami herbatki owocowe. Była to jedna z lżejszych mieszanek, jakie Macmillanówna przygotowywała na nadchodzące sabaty.
Próbowała oddychać, kiedy ton jego głosu zmienił się, ale nie udało jej się to. Nie oddychała, kiedy wymamrotał to zdanie tak, jakby miało być kompletnie nieistotne. Sarah pomachała dłonią w kierunku swojej twarzy, chcąc się ochłodzić, ale nic nie potrafiło powstrzymać łez, które zaczęły od razu płynąć po jej policzkach. Miała ochotę powiedzieć coś w stylu „co?”, „na pewno?”, „możesz powtórzyć?”, bo w pierwszej chwili jeszcze to do niej do końca nie dotarło i każda komórka jej ciała próbowała wyprzeć to z kruszejącej świadomości. Ale za każdym razem, kiedy spoglądała w jego stronę, wyglądał na tak samo smutnego, jak przed chwilą. Czyli to nie był żaden żart? No bo gdyby to był żart i zobaczyłby, jak płacze, to by ją od razu zaczął przepraszać.
I ze wszystkich uczuć, jakie ją mogły teraz ogarnąć, pierwszą z nich, odczutą w pełni był gniew. Gniew, że tak uparcie próbował wyglądać tak, jakby to był w jakikolwiek sposób lekki temat. Jakby uśmiech w takiej chwili miał być tym, czego od niego oczekiwała. Podeszła do niego raz jeszcze, złapała go za ramiona i cała zapłakana potrząsnęła nim mimo tego, że siedział na wyjątkowo niestabilnym siedzisku.
- I t-ty - próbowała mu coś powiedzieć, ale błyskawicznie zaczęła szlochać - Cha-a - otworzyła usta, ale z jej gardła nie potrafiło wydostać się nic konkretnego. Po prostu nim trzęsła. Rozgrzana do czerwoności, całkowicie zbita z tropu, wzięła jeszcze kilka oddechów. - Przestań udawać. Powiedz to jeszcze laz, ale powiedz to szczerze. - Bo w jej odczuciu był szczery w słowach, ale nie w gestach. Jakkolwiek okrutne to nie było, Sarah chciała, żeby zburzył ten mur wesołości. Chciała zobaczyć to, co naprawdę czuje, wrzucając go w ocean dyskomfortu.
- Żadne skalpety nie będą do niego pasować, Challie - powiedziała mu, nie puszczając go, bo nie chciała, aby to wszystko było za szybkie - bo tu nie chodzi o styl, ale o uziemienie. Nosząc przez cały dzień buty, odcinasz się od ziemi, a odcinając się od niej, odcinasz się od Pani Księżyca. - Uśmiechnęła się do niego. - Ale to nie jest dobly dzień na plóbę, co? Jak zrobi się ciepło, jak będziemy mogli, to chodź ze mną nad wodę, nad jakąś szekę, to ci pokażę jak czelpać enelgię z natuly. - Urwała na moment. - I popływamy też.
To było takie dziwne, mieć go pomiędzy swoimi dłońmi. To było takie dziwne, kiedy trzymał jej dłonie. Bo to było zupełnie tak, jakby wszystko było dobrze, wręcz idealnie, a zarazem Macmillan czuła, że wszystko jest źle. Nie pomiędzy nimi, ale w ich życiach. Ten list, co mu wysłała, będący wyrażeniem najszczerszej tęsknoty za kimś, kto ją rozumiał, był krzykiem o pomoc, beznadziejną prośbą o odrobinę uwagi od kogoś, kto powoli zaczynał się kruszyć. A on tu przyszedł i pokazał jej, że i jemu życie nie było łaskawe i...
- Challie, co świat nam zlobił?
Jej spojrzenie analizowało nową twarz. Ten nos, co się nim chwalił. Te niby-przystojniejsze rysy. Nie umiała tak na niego patrzeć. Szybko przyłapała się na tym, że przestała śledzić nowy układ kości i ułożenie włosów. Śledziła jego oczy. Zmarszczki, które rysowały się wokół brwi. Patrzyła na emocje.
Puścił ją, więc odeszła w stronę kuchenki, na której już płonął ogień. Nie napełniała garnka ręcznie - wszystko uczyniła różdżką. Latające naczynia same ustawiały się na blacie, oczekując na podążające za nimi, odmierzone łyżeczkami herbatki owocowe. Była to jedna z lżejszych mieszanek, jakie Macmillanówna przygotowywała na nadchodzące sabaty.
Próbowała oddychać, kiedy ton jego głosu zmienił się, ale nie udało jej się to. Nie oddychała, kiedy wymamrotał to zdanie tak, jakby miało być kompletnie nieistotne. Sarah pomachała dłonią w kierunku swojej twarzy, chcąc się ochłodzić, ale nic nie potrafiło powstrzymać łez, które zaczęły od razu płynąć po jej policzkach. Miała ochotę powiedzieć coś w stylu „co?”, „na pewno?”, „możesz powtórzyć?”, bo w pierwszej chwili jeszcze to do niej do końca nie dotarło i każda komórka jej ciała próbowała wyprzeć to z kruszejącej świadomości. Ale za każdym razem, kiedy spoglądała w jego stronę, wyglądał na tak samo smutnego, jak przed chwilą. Czyli to nie był żaden żart? No bo gdyby to był żart i zobaczyłby, jak płacze, to by ją od razu zaczął przepraszać.
I ze wszystkich uczuć, jakie ją mogły teraz ogarnąć, pierwszą z nich, odczutą w pełni był gniew. Gniew, że tak uparcie próbował wyglądać tak, jakby to był w jakikolwiek sposób lekki temat. Jakby uśmiech w takiej chwili miał być tym, czego od niego oczekiwała. Podeszła do niego raz jeszcze, złapała go za ramiona i cała zapłakana potrząsnęła nim mimo tego, że siedział na wyjątkowo niestabilnym siedzisku.
- I t-ty - próbowała mu coś powiedzieć, ale błyskawicznie zaczęła szlochać - Cha-a - otworzyła usta, ale z jej gardła nie potrafiło wydostać się nic konkretnego. Po prostu nim trzęsła. Rozgrzana do czerwoności, całkowicie zbita z tropu, wzięła jeszcze kilka oddechów. - Przestań udawać. Powiedz to jeszcze laz, ale powiedz to szczerze. - Bo w jej odczuciu był szczery w słowach, ale nie w gestach. Jakkolwiek okrutne to nie było, Sarah chciała, żeby zburzył ten mur wesołości. Chciała zobaczyć to, co naprawdę czuje, wrzucając go w ocean dyskomfortu.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.