Victorii już nic nie wydawało się głupie. Czasami działały zupełnie nieoczywiste rzeczy, o których nie było w książkach ani słowa. Czasami jakiś drobny szczegół sprawiał, że polowanie okazywało się sukcesem. A skoro działało, to nie było głupie, dlatego tylko patrzyła jak Chris pakuje te wszystkie narzędzia, ale nie powiedziała na to wszystko absolutnie nic. Piła, siekiera, maczeta… może coś akurat się do czegoś przyda. Jak choćby ukryty gdzieś wytrych, czy sztylecik.
– Nie mam pojęcia. Gdybym ja była na ich miejscu, to pewnie wywiozłabym je gdzieś pod miasto, żeby nie stało na drodze, a za jakiś czas pojechałabym na jakąś giełdę je sprzedać i po prostu udawałabym handlarza aut. Nie ma samochodu, nie ma ciał, nie ma zbrodni – stwierdziła. Może ktoś przyjeżdżał i szukał zaginionych, ale ważny był czas: kiedy. Do miesiącu? Dwóch? Kiedy zaczynano szukać… a policja, nawet jeśli kiwnęła palcem, najwyraźniej niczego tutaj nie znalazła. Zupełnie tak jak inni, jak rodziny, może znajomi.
A teraz byli tutaj oni, co znaczyło, że cokolwiek się tutaj działo, przykuło to jednak nieco większą uwagę, niż by sobie mieszkańcy zapewne życzyli.
– Może te pary to faktycznie ofiary składane rytualnie. Tylko nie zabijane sierpem na ołtarzu, a po prostu przekazywane w ręce tego czegoś w darze – zamruczała i dotknęła jednego ze ździebeł zboża oglądając je sobie. Było zdrowe, może nawet za bardzo, biorąc pod uwagę porę roku. – To wygląda mi na gatunek pszenicy, którą wysiewa się od września do końca października. W sensie zbiory są normalnie w lecie… Ale to powinno być małe, dopiero zasiane, a nie… – a nie to. – Bo gdyby nie zebrali ich na czas to zaczęłyby się łamać, sypać, gnić i tak dalej – krótko mówiąc byłoby gówno a nie piękne łany zboża. – Nie wiem jak wytłumaczyć to, że one powinny być dopiero co zasiane, a są tak wielkie jak kukurydza, znaczy się że są prawie tak wysokie jak ty – a Christopher był naprawdę wysoki.
Miasteczko wyglądało całkowicie normalnie, ale też nie spodziewała się, że już od razu zobaczą, że coś jest z nim nie tak. Mieli jednak agendę i wiedzieli dokładnie, co muszą tu zrobić i jak się zachowywać, czyli udawać zagubionych turystów, którzy zostawili mapę w poprzednim miejscu, gdzie się zatrzymali i tak dalej. Odwzajemniła spojrzenie Chrisa, nawet lekko się do niego uśmiechnęła, a za chwilę oboje wysiedli z samochodu i teraz Victoria rozglądała się, jakby szukała jakichś znaków tego, gdzie właściwie są. Wiedziała gdzie są, rzecz jasna, bo przed cała akcja dokładnie przestudiowali mapę i kierowali się dokładnie tutaj od samiutkiego początku, ale to była pora na małe przedstawienie.
Ciekawe tylko czy mieszkańcy już wiedzieli, że poprzednia para, która chcieli przedstawić strachowi na wróble, jednak uniknęła losu, jaki im zgotowali…
– Przepraszam – zagadnęła jakiegoś mężczyznę, gdy Chris obserwował gwoździe wbite w drzwi. – Czy może mi pan powiedzieć jak nazywa się to miasteczko i jak dojechać stąd do głównej drogi? Zgubiliśmy drogę.