27.06.2026, 13:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2026, 13:24 przez Helloise Rowle.)
Na próżno Dolohov czekała tego, aby Helloise się doprowadziła do porządku — oto był jej porządek. Nie było niczego, co powinna wokół siebie zmienić.
Uśmiechnęła się sennie do kobiety, a spod jej mglistego spojrzenia przebijała iskra bezczelności. Oglądała sobie Delyrę Dolohov, nie kryjąc się z tym — oceniała ją, a uśmiech na twarzy czarownicy podrygiwał tajemniczo przy każdej poczynionej obserwacji. Żadnej z nich nie wypowiedziała na głos.
Wiedziała, z kim ma do czynienia. Stała przed nią bowiem postać szeroko znana i nie tylko z tego, że mieniła się opiekunką tych smutnych różyczek. Delyra zawiodła widać swój ogród, podobnie jak Helloise zawiodła swój, choć ani jednej, ani drugiej kobiecie nie dałoby się przypisać winy. Czarownica zastanawiała się, czy Dolohov tak samo jak ona cierpi, widząc klątwę pleniącą się po miejscu tak bliskim swemu sercu. Czy cierpisz z nimi, Delyro? Czy ty coś wiesz?
Och, tak, to najwięcej interesowało Helloise: czy ona coś więcej wie?
— Witaj, Delyro — przywitała się czarownica.
Leniwie zsunęła się z siedziska i stanęła na nogi, aby się zaraz przeciągnąć, przymykając ciężkie powieki. Opuściła ramiona, poruszyła nimi, aby rozluźnić mięśnie zesztywniałe od leżenia na twardej ławie. Zbliżyła się do Dolohov, obserwując ją okiem bystrego, zaciekawionego zwierza. Więcej słychać było szelest jej długiej sukni ciągnącej się po trawach niż miękkie kroki bosych stóp.
Oto Helloise miała przed sobą siostrę Williama. Ostatnio poznała bliżej również drugiego z braci: Louvaina. Uroczy, genialny William i ten lekkomyślny, gwałtowny Louvain — trudno było uwierzyć, że wydało ich to samo łono.
Kim była pani ogrodów? Tej z Lestrange’ów Helloise nigdy dobrze nie znała.
— Powinnaś mnie oprowadzić — stwierdziła uprzejmie, stając naprzeciw ciemnowłosej czarownicy, która górowała nad nią wyraźnie. Helloise znajdowała coś zabawnego w tej różnicy pomiędzy nimi. — Powinnaś mi o nich opowiedzieć. — Obróciła w rękach pojedynczą czarną różę, którą zerwała wcześniej. — Czy twoje kwiaty nie są szalenie smutne?
Uśmiechnęła się sennie do kobiety, a spod jej mglistego spojrzenia przebijała iskra bezczelności. Oglądała sobie Delyrę Dolohov, nie kryjąc się z tym — oceniała ją, a uśmiech na twarzy czarownicy podrygiwał tajemniczo przy każdej poczynionej obserwacji. Żadnej z nich nie wypowiedziała na głos.
Wiedziała, z kim ma do czynienia. Stała przed nią bowiem postać szeroko znana i nie tylko z tego, że mieniła się opiekunką tych smutnych różyczek. Delyra zawiodła widać swój ogród, podobnie jak Helloise zawiodła swój, choć ani jednej, ani drugiej kobiecie nie dałoby się przypisać winy. Czarownica zastanawiała się, czy Dolohov tak samo jak ona cierpi, widząc klątwę pleniącą się po miejscu tak bliskim swemu sercu. Czy cierpisz z nimi, Delyro? Czy ty coś wiesz?
Och, tak, to najwięcej interesowało Helloise: czy ona coś więcej wie?
— Witaj, Delyro — przywitała się czarownica.
Leniwie zsunęła się z siedziska i stanęła na nogi, aby się zaraz przeciągnąć, przymykając ciężkie powieki. Opuściła ramiona, poruszyła nimi, aby rozluźnić mięśnie zesztywniałe od leżenia na twardej ławie. Zbliżyła się do Dolohov, obserwując ją okiem bystrego, zaciekawionego zwierza. Więcej słychać było szelest jej długiej sukni ciągnącej się po trawach niż miękkie kroki bosych stóp.
Oto Helloise miała przed sobą siostrę Williama. Ostatnio poznała bliżej również drugiego z braci: Louvaina. Uroczy, genialny William i ten lekkomyślny, gwałtowny Louvain — trudno było uwierzyć, że wydało ich to samo łono.
Kim była pani ogrodów? Tej z Lestrange’ów Helloise nigdy dobrze nie znała.
— Powinnaś mnie oprowadzić — stwierdziła uprzejmie, stając naprzeciw ciemnowłosej czarownicy, która górowała nad nią wyraźnie. Helloise znajdowała coś zabawnego w tej różnicy pomiędzy nimi. — Powinnaś mi o nich opowiedzieć. — Obróciła w rękach pojedynczą czarną różę, którą zerwała wcześniej. — Czy twoje kwiaty nie są szalenie smutne?
dotknij trawy