Leviathan chyba nie miał prawa zrewidować wróżby Peregrinusa w podobny sposób. Nie, kiedy jemu miało przyjść zmierzyć się z maledictusem, który był już na krawędzi pozostania bestią do końca swojego życia. Niewiele w tym było duchów, mieszania w głowie i upiornych piosenek, śpiewanych przez monstrum trzymane w piwnicy ośrodka.
Uśmiechnął się krzywo, na jego odpowiedź. Nie był w swoich słowach przesadnie poważny, aczkolwiek faktycznie zdarzało mu się poznać ludzi, którzy mieli ciekawe opinie, w tym takie które dyskredytowały bezpodstawnie niektóre metody badawcze. Jeśli chodziło o naturę, cóż, zmysł zapachu akurat bardzo często był w użytku, często pomagając tam gdzie wzrok zawodził i uprzedzając na zapas.
— Mądrze powiedziane — podsumował. — Prawdę powiedziawszy, jeśli chodzi o pracę z naturą, te sposoby sięgające podstaw, wydają się najczęściej używane i najbardziej potrzebne. — nie wspominając już o tym, że na pierwszy plan najczęściej wysuwał się instynkt i wyuczone odruchy. Momentami nie było czasu żeby zastanawiać się o który zmysł najlepiej było się oprzeć, albo bo który skrawek skomplikowanej wiedzy sięgnąć. — Tak całkiem szczerze, to niektórzy przyrodnicy wpadli na super śmieszne pomysły, chociaż muszę przyznać że tyczy się to raczej wszelkiego typu przewodników. Mianowicie, podczas swoich wycieczek, pokazują oprowadzanym, że wykorzystują do niektórych badań zmysł smaku. Najczęściej jest to wsadzenie palca w zwierzęce ekskrementy i polizanie. Mało kto zauważa, że w międzyczasie zmieniają ten palec. — Czasem zastanawiał się nad tym, jak by to było mieć spokojną, statyczną pracę, ale potem przypominał sobie te momenty, które musiał spędzić za ministerialnym biurkiem. To wystarczało zwykle na długi czas, by przestał zastanawiać się nad takimi głupotami. — Nie, dziękuję — mruknął. Nie był przesadnym palaczem, sięgając po nie zazwyczaj od święta. O wiele bardziej ciekawiła go szklaneczka alkoholu, a najlepiej cała butelka. Tego jednak nie mieli w tym momencie pod ręką.
— Osobliwe to mało powiedziane. Ale faktycznie, coś jest tutaj nie tak, a przynajmniej takie ma się poczucie, kiedy aż tyle dziwnych rzeczy dzieje się dookoła. Chociaż hm, dziwne to pewnie dużo powiedziane, biorąc pod uwagę jak to tłumaczą, ale na pewno wiele tych zbiegów okoliczności — może nastąpiła jakaś nieprzychylna koniunkcja planet, albo trafili na apogeum sabotowania kurortu przez zazdrosną konkurencję. — Powiem ci, że osobiście bardzo żałuję, że cel naszej wycieczki został zmieniony. Początkowo Basil chciał zabrać nas na górski szlak, a zamiast tego skończyliśmy w kurorcie — po jego minie było widać, że nie ważne co działo się w ośrodku, nie bolało go aż tak bardzo jak fakt, że musieli sobie odpuścić oglądanie prawdziwej natury. Dzikie ostępy zawsze były mu bliższe niż leżenie brzuchem do góry pośrodku murowanych, wyłożonych ślicznymi kafelkami murów. — Prędzej poszedłbym nad najbliższą rzekę, niż tkwił nad tym basenem — przyznał, uśmiechając się do tego odrobinkę krzywo.
— To co? Obejdziemy może sobie to dookoła? A nuż uda nam się znaleźć coś ciekawego? — zaproponował, ruszając wąską ścieżynką, która odbijała od głównej drogi i pozwalała faktycznie sobie pooglądać ruiny ze wszystkich stron. Wątpił, żeby faktycznie mieli znaleźć tu coś interesującego, ale przynajmniej mogli jak najdłużej nie zadawać się z resztą hołoty która zagnieździła się w kurorcie.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast