– Och, chcesz powiedzieć, że narzekasz na swoje wczorajsze wspomnienia…? – nie uniósł brwi, zamiast tego ze świdrującą atencją przyglądając się szyi kochanka, gdy ten przełykał eliksir. Zaraz jednak pociąg musiał zepsuć nastrój i przywrócić mu choć odrobinę trzeźwości myślenia, więc stalowe tęczówki powróciły do twarzy wyrażającej nic nad napięcie i stres, który ponad wszystko chciał zdjąć z szerokich barków.
– Cyt… cichutko, nic nam tu nie grozi, jeździłem pociągami więcej od Ciebie mój ukochany, i jeśli pojawi się dźwięk, którym należałoby się stresować, bez chwili wahania teleportuję Cię w bezpieczne miejsce – mówił z chłodnym opanowaniem, spokojem oceanu, który bywa bezwzględny by pochłaniać coś co obdarza swoją miłością. Zaraz potem pochylił się ku niemu i ucałował delikatnie okrwawione wargi, bez nadmiaru namiętności, która towarzyszyła mu ostatnim razem gdy w ten sposób „opatrywał” stłuczenia Selwyna. Nie. Nie teraz.
Podniósł się i zwinnie wsunął pod podrywającego się ku górze mężczyznę tak, aby uczynić ze swojego uda poduszkę dla pełnej obaw głowy. Stanowczym ruchem przycisnął go na powrót do płaskiej przestrzeni. Musieli poczekać, aż eliksir zacznie działać. Uspokoił oddech, spoglądając na Selwyna z rozdzierającą jego pierś czułością. To nie było tak, że nie wiedział gdzie nacisnąć, by uzyskać oczekiwany efekt. Palce powędrowały między gęste kosmyki w niespiesznym masażu. Teraz Jonathan nie był przyciśnięty, mógł podnieść się kiedy tylko chciał. Teraz Anthony dokładał wszelkich starań, całego swojego uroku do tego, żeby drugi mężczyzna nie chciał tego robić.
– Jest w Lozannie taka mugolska knajpka. Czarny kot się nazywa, podają tam wyborną kawę i Brunsli, czekoladowo kruche słodkości z migdałowo-korzenną nutą – zaczął spokojnym, aksamitnym głosem roztaczać plany na wspólną randkę, która już została ujęta w ich grafiku równie ciasnym co przestrzenie sypialniane w luksusowym wagonie.
– Cyt… cichutko, nic nam tu nie grozi, jeździłem pociągami więcej od Ciebie mój ukochany, i jeśli pojawi się dźwięk, którym należałoby się stresować, bez chwili wahania teleportuję Cię w bezpieczne miejsce – mówił z chłodnym opanowaniem, spokojem oceanu, który bywa bezwzględny by pochłaniać coś co obdarza swoją miłością. Zaraz potem pochylił się ku niemu i ucałował delikatnie okrwawione wargi, bez nadmiaru namiętności, która towarzyszyła mu ostatnim razem gdy w ten sposób „opatrywał” stłuczenia Selwyna. Nie. Nie teraz.
Podniósł się i zwinnie wsunął pod podrywającego się ku górze mężczyznę tak, aby uczynić ze swojego uda poduszkę dla pełnej obaw głowy. Stanowczym ruchem przycisnął go na powrót do płaskiej przestrzeni. Musieli poczekać, aż eliksir zacznie działać. Uspokoił oddech, spoglądając na Selwyna z rozdzierającą jego pierś czułością. To nie było tak, że nie wiedział gdzie nacisnąć, by uzyskać oczekiwany efekt. Palce powędrowały między gęste kosmyki w niespiesznym masażu. Teraz Jonathan nie był przyciśnięty, mógł podnieść się kiedy tylko chciał. Teraz Anthony dokładał wszelkich starań, całego swojego uroku do tego, żeby drugi mężczyzna nie chciał tego robić.
– Jest w Lozannie taka mugolska knajpka. Czarny kot się nazywa, podają tam wyborną kawę i Brunsli, czekoladowo kruche słodkości z migdałowo-korzenną nutą – zaczął spokojnym, aksamitnym głosem roztaczać plany na wspólną randkę, która już została ujęta w ich grafiku równie ciasnym co przestrzenie sypialniane w luksusowym wagonie.