28.06.2026, 11:21 ✶
Anthony Shafiq miał zazwyczaj ambiwalentny stosunek do swojego przebywania w biurze.
Kiedy "odsiedział" swoje jako zastępca szefa, osiągając w końcu szumne i dumne stanowisko szefowskie postanowił stać się bardziej pracownikiem terenowym, aniżeli biurowym. Rozwijał z resztą przy tym swoje pasje i zainteresowania – nawiedzał piętro Lazarusa Rowle'a pogłębiając swoją ekspertyzę z wiedzy o wilkołakach i smokach, często wyjeżdżał w Bardzo Poważnych Sprawach, albo po prostu w swoim domowym biurze rozważał jedyny słuszny kierunek, którym powinien podążać OMSHM. Oczywiście za godziny pracy uważał niekończące się bale i imprezy. Tak przecież robiło się politykę, wcale nie na obradach komisji i spotkaniach na szczycie w blasku magicznych fleszy.
Pracował.
Planował.
Ktoś złośliwy powiedziałby - knuł.
Od czasu Spalonej Nocy nie opuszczał biura, aby coś komuś udowodnić. A teraz, po szalonej wędrówce zepsutym świstoklikiem od Alp, przez Hiszpanie aż po znów Londyn… teraz nie wyobrażał sobie nie być w biurze.
Victoria nie musiała czekać długo, chociaż jej krótkie oczekiwanie było spowodowane tym, że Anthony i tak właśnie wychodził z biura, roześmiany, zarumieniony, z lśniącymi oczyma przywodzącymi na myśl zakochanego nastolatka.
– Wisisz mi lunch mój drogi, jestem zdewastowany myślą, jak lekko podchodzisz do opóźnień, które naruszają regularność moich posiłków och Victorio! Cóż Cię do mnie sprowadza kwiecie nocy? – wyciągnął ku jej ramionom dłonie, najwidoczniej nie robiąc sobie zbyt wiele z ministerialnego savoir-vivru, w którym aż tak nie podkreślano czystokrwistych koligacji, nawet jeśli wszyscy wiedzieli, że podziemny ul zbudowany był na nepotyzmie. Shafiq ubrany był w swoją ciemnogranatową szatę noszącą insygnia tak Departamentu operującymi sprawami międzynarodowymi, jak i dodatkowymi regaliami bezpośrednio biura, którym zarządzał. Wyglądał nader elegancko, a drogie perfumy spoczywające na gorącej skórze dopełniały wizerunku egzotyką złocistego ananasa i musującej słodyczy. Był tym samym Anthonym. W niczym nie przypominał Anthony'ego z którym rozmawiała przy bardzo dobrej kawie ledwie dwa tygodnie temu. Jakby Londyn nigdy nie spłonął. Jakby magiczna społeczność nie musiała podnosić się z tragedii ściągniętej na ich barki przez Voldemorta.
Strzepnął z jej ramienia nieistniejący pyłek i nieco bezczelnie zlustrował całą jej sylwetkę.
– Muszę przyznać, że gdyby dobór ścieżki zawodowej determinowany był strojem, namawiałbym Cię do pozostania na służbie aurorskiej. Prezentujesz się oszałamiająco Victorio… – dodał o wiele ciszej, powoli przypominając sobie gdzie jest. Zamiast zamknąć drzwi za sobą, rozchylił je w zapraszającym geście, gdyby jej sprawa wymagała poufności, pozostawił jednak swojej gościnii decyzję, gdzie chce podjąć z nim temat z którym przyszła. Nie zakładał ażeby było to cokolwiek bolesnego dla niego. Wierzył, że gdyby miała go aresztować, dałaby mu znać wcześniej, aby miał szansę wziąć "chorobowe" ze wskazaniem doboru sanatorium na drugim końcu świata.
Kiedy "odsiedział" swoje jako zastępca szefa, osiągając w końcu szumne i dumne stanowisko szefowskie postanowił stać się bardziej pracownikiem terenowym, aniżeli biurowym. Rozwijał z resztą przy tym swoje pasje i zainteresowania – nawiedzał piętro Lazarusa Rowle'a pogłębiając swoją ekspertyzę z wiedzy o wilkołakach i smokach, często wyjeżdżał w Bardzo Poważnych Sprawach, albo po prostu w swoim domowym biurze rozważał jedyny słuszny kierunek, którym powinien podążać OMSHM. Oczywiście za godziny pracy uważał niekończące się bale i imprezy. Tak przecież robiło się politykę, wcale nie na obradach komisji i spotkaniach na szczycie w blasku magicznych fleszy.
Pracował.
Planował.
Ktoś złośliwy powiedziałby - knuł.
Od czasu Spalonej Nocy nie opuszczał biura, aby coś komuś udowodnić. A teraz, po szalonej wędrówce zepsutym świstoklikiem od Alp, przez Hiszpanie aż po znów Londyn… teraz nie wyobrażał sobie nie być w biurze.
Victoria nie musiała czekać długo, chociaż jej krótkie oczekiwanie było spowodowane tym, że Anthony i tak właśnie wychodził z biura, roześmiany, zarumieniony, z lśniącymi oczyma przywodzącymi na myśl zakochanego nastolatka.
– Wisisz mi lunch mój drogi, jestem zdewastowany myślą, jak lekko podchodzisz do opóźnień, które naruszają regularność moich posiłków och Victorio! Cóż Cię do mnie sprowadza kwiecie nocy? – wyciągnął ku jej ramionom dłonie, najwidoczniej nie robiąc sobie zbyt wiele z ministerialnego savoir-vivru, w którym aż tak nie podkreślano czystokrwistych koligacji, nawet jeśli wszyscy wiedzieli, że podziemny ul zbudowany był na nepotyzmie. Shafiq ubrany był w swoją ciemnogranatową szatę noszącą insygnia tak Departamentu operującymi sprawami międzynarodowymi, jak i dodatkowymi regaliami bezpośrednio biura, którym zarządzał. Wyglądał nader elegancko, a drogie perfumy spoczywające na gorącej skórze dopełniały wizerunku egzotyką złocistego ananasa i musującej słodyczy. Był tym samym Anthonym. W niczym nie przypominał Anthony'ego z którym rozmawiała przy bardzo dobrej kawie ledwie dwa tygodnie temu. Jakby Londyn nigdy nie spłonął. Jakby magiczna społeczność nie musiała podnosić się z tragedii ściągniętej na ich barki przez Voldemorta.
Strzepnął z jej ramienia nieistniejący pyłek i nieco bezczelnie zlustrował całą jej sylwetkę.
– Muszę przyznać, że gdyby dobór ścieżki zawodowej determinowany był strojem, namawiałbym Cię do pozostania na służbie aurorskiej. Prezentujesz się oszałamiająco Victorio… – dodał o wiele ciszej, powoli przypominając sobie gdzie jest. Zamiast zamknąć drzwi za sobą, rozchylił je w zapraszającym geście, gdyby jej sprawa wymagała poufności, pozostawił jednak swojej gościnii decyzję, gdzie chce podjąć z nim temat z którym przyszła. Nie zakładał ażeby było to cokolwiek bolesnego dla niego. Wierzył, że gdyby miała go aresztować, dałaby mu znać wcześniej, aby miał szansę wziąć "chorobowe" ze wskazaniem doboru sanatorium na drugim końcu świata.