28.06.2026, 12:00 ✶
Siedząc w wygodnym fotelu, zsunęła dłoń ze stolika by zniknęła w fałdach spódnicy szaty. Wyjmując z niej różdżkę puściła fajkę, woreczek i niezbędnik, które płynnie lewitowały w powietrzy dokoła jej lewej dłoni. Zataczając płynne, niewielkie okręgi czubkiem różdżki wprawiała obiekt swego nałogu w delikatny lot na orbitach dokoła wysuniętej dłoni.
Kilka ciemnych drobin tytoniu wysunęło się z woreczka, lądując w dębowym kominie, a z niezbędnika z cichym, metalicznym szczękiem wysunął się ubijacz. Wykonał kilka miarowych podskoków, sprawnie ugniatając liście, po czym całe oprzyrządowanie spłynęło z powrotem do kieszeni spódnicy. Sama fajka miękko opadła w wyciągnięte, blade palce panny Burke.
Nie zapaliła jej jednak od razu. Zamiast tego przeniosła na Basiliusa spojrzenie, w którym ciepłe rozbawienie mieszało się z udawaną, głęboko teatralną przyganą. Uniosła lekko brwi.
— Drogi Basiliusie, od dawna nie pobieram już opłat za kłamstwa — odezwała się z lekkim, uroczo kpiącym przeciągnięciem głosu, mrużąc nieznacznie błękitne oczy. — Dbamy o higienę pracy, a to wymaga, by moi klienci działali w warunkach uświadomionego ryzyka. - Przesunęła kciukiem po gładkim, dębowym drewnie fajki, a jej uśmiech stał się nieco bardziej drapieżny, chłodny i tak dla niej charakterystyczny. Uśmiech pełen sekretów, które kusiły wystarczająco zuchwałych. - Rzeczona higiena wymaga byś ty również nie zamartwiał się o przeznaczenie domku. Podpowiem, że jego los nie powinien obciążać waszych sumień. - Jakkolwiek żartobliwie lub kpiący by to nie brzmiała była w tej wypowiedzi dość czytelna nuta szczerości.
Chwilę później jej uwaga przeniosła się na Lazarusa. Odchyliła głowę lekko w bok, a w jej błękitnych oczach błysnął przyjazny, nieco przekorny ognik. — Oczywiście, możecie na mnie liczyć — odparła, a jej melodyjny głos na moment złagodził powagę sytuacji. — Pod warunkiem, rzecz jasna, że ta przeklęta materia okaże się na tyle rozsądna, by podjąć ze mną konstruktywne negocjacje w kwestii okupu za waszą dwójkę.
Skinęła głową na znak akceptacji i aprobaty dla przedstawionego przez czarodzieja planu. Widząc, że obaj klątwołamacze przechodzą do merytorycznej dyskusji i zaczynają analizować zachowanie przeklętej materii, Ceolsige osunęła się głębiej w miękkie oparcie fotela. Szeroka, ciężka spódnica zaszeleściła cicho, układając się w gęste fałdy wokół jej nóg. Wygodna, a zarazem pełna gracji poza pozwoliła jej na swobodne obserwowanie ich poczynań. Delikatnym, niemal leniwym ruchem dłoni przywołała mały, bezgłośny płomień, który rozżarzył tytoń w dębowym kominie. Pierwszy głęboki haust dymu przyniósł upragnione ukojenie, skutecznie odcinając jej zmysły od wszechobecnego, dusznego swądu spalenizny.
Jej prawa dłoń, w której spoczywała różdżka z włosia testrala, opadła luźno na udo, gotowa do natychmiastowego działania. Pomimo pozornego odprężenia pozostawała w stanie wzmożonej czujności. Wyglądając pośród zajmującej pracy specjalistów sygnałów, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Gotowa była na sygnał sięgnąć po magię by rozproszyć lub wykonać inne działania jakie klątwołamacze zdołaliby zasugerować jako pomocne.
Sącząc aromat tytoniu, przyglądała się przygotowaniom Lazarusa z cichą satysfakcją. Jakże odświeżające było uczestniczenie w magii pozbawionej tak powszechnej pośród czarodziejów wszelkich płci potrzeby „mierzenia sobie różdżek”. Pracowali sprawnie, z szacunkiem do rzemiosła. Potrafiła docenić dobrą, profesjonalną synergię.
Kilka ciemnych drobin tytoniu wysunęło się z woreczka, lądując w dębowym kominie, a z niezbędnika z cichym, metalicznym szczękiem wysunął się ubijacz. Wykonał kilka miarowych podskoków, sprawnie ugniatając liście, po czym całe oprzyrządowanie spłynęło z powrotem do kieszeni spódnicy. Sama fajka miękko opadła w wyciągnięte, blade palce panny Burke.
Nie zapaliła jej jednak od razu. Zamiast tego przeniosła na Basiliusa spojrzenie, w którym ciepłe rozbawienie mieszało się z udawaną, głęboko teatralną przyganą. Uniosła lekko brwi.
— Drogi Basiliusie, od dawna nie pobieram już opłat za kłamstwa — odezwała się z lekkim, uroczo kpiącym przeciągnięciem głosu, mrużąc nieznacznie błękitne oczy. — Dbamy o higienę pracy, a to wymaga, by moi klienci działali w warunkach uświadomionego ryzyka. - Przesunęła kciukiem po gładkim, dębowym drewnie fajki, a jej uśmiech stał się nieco bardziej drapieżny, chłodny i tak dla niej charakterystyczny. Uśmiech pełen sekretów, które kusiły wystarczająco zuchwałych. - Rzeczona higiena wymaga byś ty również nie zamartwiał się o przeznaczenie domku. Podpowiem, że jego los nie powinien obciążać waszych sumień. - Jakkolwiek żartobliwie lub kpiący by to nie brzmiała była w tej wypowiedzi dość czytelna nuta szczerości.
Chwilę później jej uwaga przeniosła się na Lazarusa. Odchyliła głowę lekko w bok, a w jej błękitnych oczach błysnął przyjazny, nieco przekorny ognik. — Oczywiście, możecie na mnie liczyć — odparła, a jej melodyjny głos na moment złagodził powagę sytuacji. — Pod warunkiem, rzecz jasna, że ta przeklęta materia okaże się na tyle rozsądna, by podjąć ze mną konstruktywne negocjacje w kwestii okupu za waszą dwójkę.
Skinęła głową na znak akceptacji i aprobaty dla przedstawionego przez czarodzieja planu. Widząc, że obaj klątwołamacze przechodzą do merytorycznej dyskusji i zaczynają analizować zachowanie przeklętej materii, Ceolsige osunęła się głębiej w miękkie oparcie fotela. Szeroka, ciężka spódnica zaszeleściła cicho, układając się w gęste fałdy wokół jej nóg. Wygodna, a zarazem pełna gracji poza pozwoliła jej na swobodne obserwowanie ich poczynań. Delikatnym, niemal leniwym ruchem dłoni przywołała mały, bezgłośny płomień, który rozżarzył tytoń w dębowym kominie. Pierwszy głęboki haust dymu przyniósł upragnione ukojenie, skutecznie odcinając jej zmysły od wszechobecnego, dusznego swądu spalenizny.
Jej prawa dłoń, w której spoczywała różdżka z włosia testrala, opadła luźno na udo, gotowa do natychmiastowego działania. Pomimo pozornego odprężenia pozostawała w stanie wzmożonej czujności. Wyglądając pośród zajmującej pracy specjalistów sygnałów, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Gotowa była na sygnał sięgnąć po magię by rozproszyć lub wykonać inne działania jakie klątwołamacze zdołaliby zasugerować jako pomocne.
Sącząc aromat tytoniu, przyglądała się przygotowaniom Lazarusa z cichą satysfakcją. Jakże odświeżające było uczestniczenie w magii pozbawionej tak powszechnej pośród czarodziejów wszelkich płci potrzeby „mierzenia sobie różdżek”. Pracowali sprawnie, z szacunkiem do rzemiosła. Potrafiła docenić dobrą, profesjonalną synergię.